Mundial 2026: Anglia nie wraca do domu, choć mało brakowało

Pięć goli, dwa rzuty karne, czerwona kartka - w meczu Anglia-Meksyk było wszystko. Czy Anglikom przeglądającym się w oczach niemieckiego trenera łatwiej zobaczyć się w prawdzie?
Czyta się kilka minut
Zdobywca dwóch bramek Jude Bellingham po meczu Anglia-Meksyk, stadion Azteca, Meksyk, 6 lipca 2026 r. / Fot. Ricardo Mazalan / Associated Press / East News
Zdobywca dwóch bramek Jude Bellingham po meczu Anglia-Meksyk, stadion Azteca, Meksyk, 6 lipca 2026 r. / Fot. Ricardo Mazalan / Associated Press / East News

Jedyne, czego się żałuje w takich sytuacjach, to różnicy czasu. Tego, że dzieci - nawet te, które upierały się, że wytrzymają - zasnęły na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem (z pewnością nie pomogło im też to, że ze względu na krążące wokół stadionu burze, został opóźniony o sześćdziesiąt minut). Że ludzie, którzy ruszają zaraz do pracy, musieli jednak przespać się kilka godzin i z żalem poprzestali na obejrzeniu tego, jak kilka godzin wcześniej Erling Haaland odsyła Brazylię do domu. No, może jeszcze żałuje się tego, że nie było dogrywki, że dziesięciu Anglików wytrzymało jednak huraganowe ataki jedenastu Meksykanów w tak zwanym regulaminowym czasie - i że w związku z tym to futbolowe szaleństwo nie trwało w nieskończoność.

I powiedzmy od razu, nawet jeśli zabrzmi to jak polemika z poprzednim akapitem: nie był to mecz wielki, obfitujący w przepiękne akcje czy bramki cudownej urody. W tym przypadku jednak nikt nie potrzebował not za styl: tyle było zwrotów akcji, tyle dramaturgii i emocji. Tyle kontrowersji.

Czy Anglicy zażyli Viagrę

Do wielu z nich doszło zresztą jeszcze przed meczem na legendarnym stadionie Azteca, pamiętającym przecież porażkę Anglików z Argentyną Maradony w 1986 roku. Obiekt położony jest na wysokości ponad 2200 metrów; wyobraźcie sobie, że próbujecie grać w piłkę na Kozim Wierchu. W angielskich mediach dyskutowano o niemożliwości przystosowania się do lokalnych warunków na długo przed turniejem. Plotkowano, że antidotum na rozrzedzone powietrze może być nieznajdująca się na liście środków dopingujących, rozszerzająca naczynia krwionośne Viagra. Dodatkowym utrudnieniem miała być całonocna kocia muzyka przed hotelem, w którym zatrzymali się Anglicy.

Faktycznie piłkarze z Wysp zaczęli ospale: przez ponad pół godziny to Meksyk grał szybciej i atakował z większym rozmachem, aż do chwili, gdy odsłonił na moment lewe skrzydło: Declan Rice podciągnął z piłką kilkadziesiąt metrów, odegrał do Bukayo Saki, ten dośrodkował w pole karne i Jude Bellingham zdobył pierwszą bramkę dla Anglików. 

Kiedy niecałe dwie minuty później ten sam zawodnik po imponującej asyście Harry’ego Kane’a (kapitan Anglików wybrał podanie, a wydawało się, że walczy o pozycję do oddania strzału - decyzja godna prawdziwego lidera) strzelił drugiego gola, wydawało się, że będzie można pójść spać, ale nie: Quiñones dopadł do piłki odbitej przed siebie przez Konsę i Meksykanie złapali kontakt, a chwilę później Bellingham powstrzymał ich przed zdobyciem bramki wyrównującej desperackim wślizgiem.

Harry Kane strzela karnego i daje karnego Meksykowi

To się naprawdę oglądało, zwłaszcza po tym jak Quansah sfaulował Gallardo i obejrzał czerwoną kartkę. Była 53. minuta, Anglicy od tamtej pory musieli grać w dziesiątkę, a że do końca zostało naprawdę dużo czasu, nic dziwnego, że na koniec meczu ich posiadanie piłki wynosiło 33,2 proc. (statystycy zliczający takie dane podają, że nie mieli równie niskiego od 1966 r.). W świetle tego, jak prezentowali się przed przerwą, perspektywa utrzymania korzystnego wyniku wydawała się nierealna, ale dzięki długiemu podaniu bramkarza do Kane’a i zgraniu tego ostatniego do Gordona, dostali kolejną szansę: skrzydłowy, który właśnie przeprowadza się do Barcelony, został sfaulowany w polu karnym, a napastnik Bayernu, jak to ma w zwyczaju, wykorzystał jedenastkę.

Kontrola? Mecz zamknięty? Zabity zmianami przez selekcjonera Anglików? Nic z tych rzeczy: od karnego Kane’a minęło zaledwie 9 minut, gdy sędzia zdecydował o kolejnym karnym, tym razem dla Meksyku: we własnym polu karnym kapitan Anglików usiłował wybić piłkę, ale przypadkiem trafił w stopę przeciwnika. Prawo jest w takich przypadkach bezlitosne, choć Kane ani myślał faulować.

Przy stanie 3:2 oglądało się to już z zapartym tchem, na stojąco. Nawałnicę meksykańskich dośrodkowań. Pojawiających się na boisku kolejnych obrońców angielskich, wybijających z własnego pola karnego wrzutkę za wrzutką. Tu nie było prób zawalczenia o jakąkolwiek kontrolę czy spowalnianie gry; obserwowaliśmy coś, w czym może Anglicy czują się tak naprawdę najlepiej. Heroiczną obronę, rzucanie się pod nogi, dalekie wykopy, wślizgi, ofiarność i odwagę. Desperackie piąstkowania Pickforda. Szczęśliwą, co tu kryć, interwencję Stonesa, po którego zagraniu futbolówka omal nie wtoczyła się do własnej bramki. Serię rzutów rożnych, podczas których bramkarz Meksyku nie opuszczał angielskiego pola karnego. Doliczony czas do drugiej połowy, całe jedenaście minut, minął szybciej niż przerwy na nawodnienie.

Niemiecki trener Anglików wie, co robi

Jedno trzeba powiedzieć w tym miejscu mocniej, zwłaszcza w kontekście na chwilę tylko cichnących wątpliwości co bardziej patriotycznie usposobionych angielskich dziennikarzy. Każdy słabszy występ ich reprezentacji przynosi nagłówki, w podtekście których kryje się żądanie dymisji niemieckiego szkoleniowca (wygrana z Kongo była opisywana jako mecz, w którym dwa gole Harry’ego Kane’a uratowały nie tylko ich awans do jednej ósmej, ale i posadę Thomasa Tuchela). Owszem, z wyjątkiem kilkudziesięciu minut z Chorwacją, Anglia wciąż nie gra ładniej w porównaniu z czasami, w których selekcjonerem był Gareth Southgate. Z drugiej jednak strony Tuchel został zatrudniony właśnie jako ekspert od wygrywania turniejów i faz pucharowych - i, jak na razie, z tej roli wywiązuje się znakomicie.

Jego taktyka na Meksyk - wciągnięcie rywala na własną połowę i czyhanie na kontry - przyniosła dwubramkowe prowadzenie. Kiedy po czerwonej kartce i karnym stopniało do jednobramkowego, wycofał jednego ze środkowych pomocników i przeszedł na ustawienie 5-3-1. Te defensywne zmiany były zagraniami va banque, podobnie jak zdjęcie z boiska Harry’ego Kane’a. Gdyby rywale doprowadzili do wyrównania, perspektywa dogrywki i może karnych bez najlepszego strzelca Anglików wyglądałaby przerażająco. Ale Niemiec się nie pomylił - i choć wielokrotnie już widywaliśmy go szalejącego przy linii bocznej i wrzeszczącego na swoich piłkarzy, tym razem emanował spokojem i poczuciem, że świetnie wie, co robi. Udzieliło się piłkarzom czy nie - dowieźli korzystny wynik do końca.

Paradoks Bellinghama: Galactico od czarnej roboty

A może po prostu jest tak, że tym piłkarzom przeglądającym się w oczach trenera z zagranicy łatwiej zobaczyć się w prawdzie. Nie być ani kolonialnie aroganckimi, ani postkolonialnie wycofanymi. Ale też nie myśleć zbyt wiele o "drogiej Anglii" (odwołuję się do tytułu głośnego listu Southgate'a do rodaków przed Euro 2020, listu, na podstawie którego powstała nawet sztuka teatralna, objeżdżająca sceny całego kraju). Wierzyć, ciężko pracować i nie mamić nas obietnicą gry lekkiej jak vinho verde. Nawet największe gwiazdy tej drużyny, Kane (o którym jeszcze podczas tego turnieju napiszę osobny tekst) czy Bellingham, to przecież - przy całej swojej skuteczności - ludzie biegający po całym boisku, znakomici bez piłki, chętnie wchodzący w fizyczne zwarcia. Piękne gole zdobędą przy okazji (może zresztą nie muszą być wcale piękne), ale najpierw muszą zrobić ten wślizg, żeby rywal nie zdobył wyrównującej bramki, albo poholować piłkę przez parę sekund, zastawić się i dać sfaulować, żeby dać odetchnąć kolegom z defensywy.

Ta Anglia nie jest więc piękna. Ta Anglia wydaje się zbyt zmęczona, by triumfować. Ta Anglia straciła głos, by się pysznić (kto słyszał piszczącego do mikrofonu w pomeczowym wywiadzie Harry’ego Kane’a, ten wie, o czym mówię). Ale ta Anglia jest w ćwierćfinale - i jeśli cokolwiek zajmuje teraz umysł Thomasa Tuchela, to już nie dramatyczne okoliczności zwycięstwa z Meksykiem, tylko kwestia powstrzymania Erlinga Haalanda oraz obsada prawej obrony, bo po czerwonej kartce Quansaha ta pozycja zaczyna przypominać posadę nauczyciela obrony przed czarną magią w Hogwarcie.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł