Przez wszystkie dni

Jego nadejście, objawienie się, nie jest jednostkowym wydarzeniem. By w nim uczestniczyć, nie trzeba wychodzić z domu, biec gdzieś w poszukiwaniu specjalnych przeżyć. Jest wszędzie, rozjaśnia całą rzeczywistość.

23.11.2010

Czyta się kilka minut

/ fot. Maciej Stawski / East News /
/ fot. Maciej Stawski / East News /

Marność nad marnościami, wszystko marność (Koh 1, 2)

Zapytany przez faryzeuszy, kiedy przyjdzie Królestwo Boga, odpowiedział:"Królestwo Boga nie przyjdzie dostrzegalnie. Nie powiedzą:»Oto jest tutaj« lub:»Oto jest tam« - ponieważ Królestwo Boga jest pośród (w) was". A uczniom oznajmił: "Nadejdzie czas, w którym zapragniecie ujrzeć choćby jeden z dni Syna Człowieczego, a nie ujrzycie. Powiedzą wam: »Oto jest tam« lub:»Oto jest tutaj«. Nie chodźcie tam i nie biegnijcie. Jak błyskawica, gdy zabłyśnie, świeci od jednego krańca nieba aż po drugi, tak będzie z Synem Człowieczym w dniu Jego"  (Łk 17, 20-24)

A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata (Mt 28, 20b)

Ja jestem Alfa i Omega, mówi Pan Bóg, ten, który jest, który był, i który przychodzi,

Wszechmogący (Pantokrator) (Ap 1, 8)

Oto czynię wszystko nowe (Ap 21, 5)

Adwent znaczy przyjście.

Teksty nadchodzącego okresu liturgicznego wskazują na pewnego rodzaju "podwójną" rolę adwentu. Pierwsze tygodnie to czas bardziej świadomego oczekiwania na przyszłe, czyli drugie przyjście Jezusa - w chwale, na końcu czasów. Tygodnie ostatnie natomiast to przygotowanie do dobrego przeżycia świąt, podczas których wspominamy Jego pierwsze przyjście - to, które wydarzyło się dwa tysiące lat temu w Betlejem.

Najpierw wychylenie w przyszłość, potem wspomnienie przeszłości. Przyszłość i przeszłość. Może co prawda dziwić, że nie na odwrót, zgodnie z naturalną koleją rzeczy - przeszłość i przyszłość, ale… czyż nie jest jeszcze dziwniejsze, że w takim pojmowaniu i przeżywaniu adwentu znika gdzieś czas pomiędzy przeszłością a przyszłością, jedyny czas, który rzeczywiście zamieszkujemy?

Co z teraźniejszością?

***

Czasami można odnieść wrażenie, że takie właśnie rozumienie adwentu jest odbiciem/wyrazem bardziej ogólnego sposobu pojmowania - i przeżywania - chrześcijaństwa: jako religii "rozpiętej" pomiędzy przeszłością a przyszłością.

Kto z nas nigdy nie przeżył pewnego rozczarowania, że nie żyje w czasach apostołów albo chociażby proroków - kiedy to Bóg przemawiał, działał, co rusz przychodził do swojego ludu. A dziś? Co pozostało nam poza wspominaniem czasów dawno minionych i oczekiwaniem tego, co - zapewne - nie zdarzy się za naszego życia? Może moralne życie w nadziei, że będzie nam policzone. I zostaniemy przyjęci do Bożego królestwa, gdy kiedyś wreszcie ono przyjdzie lub gdy my przyjdziemy do niego po śmierci?

Ale - może ktoś spytać - czyż nie tak po prostu jest? Czyż teraz nie doświadczamy Bożej nieobecności, a jedyny głos Boga, który do nas dociera, to zapis tego, co - kiedyś - było jakoś bezpośrednio słyszane? Ktoś inny powie: a sakramenty? Lecz czy nie są to - przynajmniej na poziomie doświadczenia - tylko nieprzejrzyste znaki, wspominanie Świętych Zdarzeń i modlitwa o dobrą (lepszą) przyszłość? Owszem, często można usłyszeć, że modlitwa jest rozmową z Bogiem. Lecz czy ta rozmowa nie przypomina najczęściej konwersacji z niemym, który nie daje nawet znać, że w ogóle słyszy?

***

Jeśli jednak wierzyć zapewnieniom zapisanym w Piśmie, Bóg jest Przychodzącym. Przychodzącym przez wszystkie dni aż do skończenia świata. Jeśli wierzymy Pismu, to jak możemy przypuścić, że Bóg rzeczywiście przerwał swoje przychodzenie...

Może jesteśmy w sytuacji faryzeuszy, którzy pytali Jezusa, kiedy przyjdzie królestwo Boga. Lecz odpowiedź Jezusa ujawnia, że faryzeusze stawiają złe pytanie. Pytanie faryzeuszy jest sensowne tylko przy założeniu, że Bożego królestwa jeszcze nie ma tam, gdzie są pytający. Jezus zaś stwierdza, że Królestwa Boga, czyli Bożej obecności, nie trzeba oczekiwać, dopiero się spodziewać, wypatrywać. Ono już jest.

Dlaczego jednak faryzeusze tego nie zauważają? Paradoksalnie, właśnie dlatego, że chcą c o ś zauważyć. Myślą o królestwie, jako o czymś, co może być "tu" lub "tam"; jako o czymś, co da się wyróżnić z szerszego tła, zlokalizować, pojąć. Nie chodzi tu zapewne o czysto zmysłowe postrzeganie, ale to właśnie za pomocą metaforyki wzroku da się opisać ich postawę. A jak działa nasz wzrok? Odróżnia kształty, kolory, poszczególne przedmioty. Gdy ten zmysł jest sprawny, możemy łatwo zorientować się w naszej sytuacji w świecie: gdzie jesteśmy, co nas otacza.

Wzrok to główny zmysł większości ludzi. Ma on jednak kilka słabości, kluczowych - jak się okazuje - w przypadku rozpoznania królestwa Bożego. Poznanie wzrokowe zakłada dystans pomiędzy tym, kto patrzy, a przedmiotem widzenia. Jak jednak podkreśla Jezus, Królestwo jest w nas, czyli nie ma żadnego dystansu między nim a nami - wypatrywanie go nie ma żadnego sensu, dostrzec go nie sposób.

***

Czy jednak słowo "wewnątrz" nie wskazuje na jakąś lokalizację, na jakieś "tu, a nie tam"? Owszem, interpretacja taka byłaby możliwa, gdyby nie dalsze słowa Jezusa skierowane już do uczniów, dotyczące Syna Człowieczego, czyli samego Chrystusa. Nadejście Królestwa Boga i dzień Syna Człowieczego to ta sama rzeczywistość. Nic dziwnego, że i Syna Człowieczego "w Jego dniu", to jest wówczas, gdy objawia się taki, jaki jest, też nie można zlokalizować.

Nie jest tu. Ani tam. Jego nadejście, objawienie się, nie jest żadnym jednostkowym wydarzeniem. By w nim uczestniczyć, nie trzeba wychodzić z domu, biec gdzieś, w jakieś szczególne miejsce, w poszukiwaniu specjalnych przeżyć. Jest wszędzie, rozjaśnia całą rzeczywistość - jak błyskawica świecąca od krańca po kraniec nieba; taka, która "zaczyna się" i "kończy" w niebie, nie uderza o ziemię: rozjaśnia, lecz nie niszczy. Ale spróbujcie "złapać", opanować taką błyskawicę. Świeci wszędzie, nieuchwytna.

Jak wyraził to czternastowieczny mistyk Mistrz Eckhart, Bóg tym różni się od wszelkiego stworzenia, że nie odróżnia się, nie dystansuje od niczego. Tożsamość, a więc i istnienie każdego bytu stworzonego zakłada istnienie granicy pomiędzy nim a tym, co nim nie jest. Dlatego też żaden byt stworzony nie jest pełnią bytu; brakuje mu tego, co stanowi o tożsamości innych bytów. Bóg jednak, absolutny, "nie jest tym ani tamtym", czyli nie jest jakimś fragmentem rzeczywistości, choćby najdoskonalszym. Tak bardzo Inny (transcendentny), że nieodróżnialny (immanentny).

Mistrz Eckhart ostrzega zatem, że mijamy się z Nim zawsze, gdy szukamy Go jako kogoś odrębnego od wielości istot jakoby pozbawionych Jego bycia. Gdy jakieś poszczególne wydarzenie, doświadczenie, praktykę, sposób życia utożsamiamy z nadejściem Jego Królestwa, z miejscem Jego szczególnego przebywania lub najkrótszą drogą do takiego miejsca.

***

Jeśli jednak Królestwo Boga, Bóg sam, już jest w każdej i każdym z nas, i pośród nas - to dlaczego mówić o przychodzeniu, o adwencie? Co jest, jest. Można powiedzieć, że nadeszło, ale nie, że przychodzi. Dlaczego zatem Bóg nazywa samego siebie "przychodzącym"?

Jeśli królestwo Boga jest w nas, jeśli są nim - mówi tak nie tylko Eckhart - teraz właśnie wydarzające się narodziny Wcielonego Syna w duszy, jeśli Bóg jest Innym właśnie przez swą absolutną bliskość, nie-różność - to znaczy, że boska Obecność daje się doświadczyć nie obok, ale w samym doświadczeniu świata. Podstawową zaś cechą naszego świata, wszystkiego, co nas spotyka, jest przemijalność.

Jezus obiecał, że będzie z nami przez wszystkie dni - wszystkie, bo jest ich wiele, bo żaden nie trwa, każdy mija, a na jego miejsce nastaje następny. Wszelkie ludzkie doświadczenie jest doświadczeniem tego, co przemija, samego przemijania, przemijalności. Niczego, czego doświadczamy, żadnego doświadczenia nie możemy zatrzymać. Zjawia się - i w tej samej chwili "jest" zmienia się w "było". Na to miejsce przychodzi coś innego. Może lubisz siadać i otwierać nowy numer "Tygodnika"? Lecz gdy czytasz, Czytelniku, ten tekst, tamtej chwili już nie ma. Ani tej, gdy czytałeś poprzednie zdanie. Nie ma tych chwil i nie ma Ciebie, jakim byłeś wtedy.

Świadomość powszechnej i nieustannej przemijalności może być trudna do zniesienia. Z tego też powodu bronimy się przed nią, konstruując ze wspomnień, wrażeń i oczekiwań w miarę stabilny obraz trwałej rzeczywistości. I tylko czasem, gdy doświadczenie przemijania uderza weń z siłą zdolną rozbić nasze konstrukty, stajemy twarzą w twarz z nietrwałością rzeczy. Nieco przerażeni, że "marność nad marnościami, wszystko marność".

Więc skoro marność i "pogoń za wiatrem", to może rację miał Mistrz Eckhart, gdy mówił, że stworzenia są nicością. A skoro Bóg nie-różny, w nich tylko doświadczony być może, to chyba i On niczym... Skoro nie ma żadnego "tu" ani nawet "tam", które - co dałoby się zobaczyć - jest różne od wszystkiego przez to, że nie przemija, to cóż pocieszającego w stwierdzeniu, że w powszechnej marności obecne jest Królestwo Boże...

Lecz mimo to nie jesteśmy niczym ani nie żyjemy w pustce. Bo wciąż nadchodzi coś nowego. Można powiedzieć, że rzeczywistość nie tyle jest, co raczej (odchodząc) przychodzi. Albo: jest na sposób przychodzenia. Adwent. Wedle Mistrza Eckharta stworzenia są nicością same w sobie i dlatego właśnie doświadczenie tego, że są, że nie tylko odchodzą, lecz przede wszystkim przychodzą, objawia nam obecnego we wszystkim Boga.

***

Królestwo Boga nie jest tu ani tam, lecz w nas i pośród nas - to znaczy w całym naszym doświadczeniu. A jednocześnie można przeżyć życie, nie zauważając Przychodzącego.

To znaczy, że problem tkwi w nas, w naszej relacji do tego, co nas otacza. Można żyć "goniąc za wiatrem", próbując złapać, zatrzymać to, czego złapać i zatrzymać się nie da. Biegać tu i tam w poszukiwaniu szczęścia, wypatrywać go - lecz wówczas będzie ono wydawać się zawsze daleko. Można też zgodzić się na przemijanie, przestać kurczowo chwytać to, co odchodzi, stać się wolnym - od rzeczy marnych i od marnego siebie - i w tej wolności otwartym na przychodzące wciąż nowe. Owszem, i nowe bywa trudne, czasami nawet bardzo. W tradycji chrześcijańskiej możemy jednak znaleźć wskazówki, w jaki sposób przyjmować wszystko, co przychodzi, tak by nas to nie niszczyło, lecz prowadziło do rozwoju i spełnienia. Liturgiczny okres adwentu to dobry czas, by trochę się nad tym zastanowić.

Marność nad marnościami, wszystko marność. Lecz jednocześnie: Królestwo. Wieczny Adwent.

Piotr Sikora (ur. 1971) jest doktorem filozofii, teologiem, wykładowcą filozofii religii; pracuje w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej "Ignatianum" w Krakowie.

Rekolekcje adwentowe Piotra Sikory będziemy kontynuować w dwóch kolejnych numerach "Tygodnika".

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Filozof i teolog, publicysta, redaktor działu „Wiara”. Doktor habilitowany, kierownik Katedry Filozofii Współczesnej w Uniwersytecie Ignatianum w Krakowie. Nauczyciel mindfulness, trener umiejętności DBT. Prowadzi też indywidualne sesje dialogu filozoficznego.

Artykuł pochodzi z numeru TP 48/2010