Przemytniczka na Księżyc

29 czerwca zmarła Irena Kirszenstein-Szewińska. Najwybitniejsza polska lekkoatletka. Miała 72 lata, wiele rekordów świata na koncie i potężną kolekcję medali z najważniejszych imprez sportowych.

09.07.2018

Czyta się kilka minut

Irena Szewińska, lata 70. / EUGENIUSZ WARMIŃSKI / EAST NEWS
Irena Szewińska, lata 70. / EUGENIUSZ WARMIŃSKI / EAST NEWS

Nawet kiedy, rzadko, przegrywała (o ułamek sekundy, o parę centymetrów), z jej kroków i rozbiegów biła pewność. Piszę „pewność”, ale szukam – bezskutecznie – jeszcze innego, lepszego rzeczownika. Nie da się powiedzieć „automatyzm” ani „beztroska”, ani „łatwość”, ani „bezwiedność”; z każdego trzeba by pobrać jakąś cząstkę. Nie pasuje też całkiem „nieustępliwość”; ten, kto jest nieustępliwy, biegnie nierówno, walczy do końca, ale dlatego, że chwilami odstaje i musi powracać do zmagań. Tymczasem w jej ruchach nie było zawahania, zdawała się monolitem odpornym na wszelkie okoliczności.

Rzekłbym nawet, że odpornym na nią samą; odnieść można było wrażenie, że jej ciało galopuje na setkę czy dwusetkę, później na czterysetkę, samoistnie, trochę jak wyćwiczony koń bez jeźdźca. Nie wiem, czy można mówić o bieganiu stylowym; była w niej moc, która w ogóle zawieszała taką kwestię, geniusze nie mają stylu.

Domorosły geniusz

Nawet kiedy mówiła coś do mikrofonu – wtedy, czy już później, jako działaczka – jej słowa, niełatwo, nieatrakcyjnie wypowiadane, wyglądały na doklejone do ciała, powstałe w wyniku dodatkowej, wymuszonej konieczności. Jeden z jej dawnych kolegów klubowych, opowiadając mi dzisiaj, że nie lubiła w sporcie partactwa, cwaniactwa, i że zarazem była skuteczna w załatwianiu różnych spraw i dobrze czytała rzeczywistość, dorzucił to jeszcze: „Irena była z wyższej atmosfery”. Ale domyślam się, że nie chodziło mu w żadnym razie o zadzieranie nosa, absolutnie, raczej o szczególną osobność. Nie samotność, lecz dystans; nie zapatrzenie się w siebie, lecz wsłuchanie się we własną odrębność. Stąd i to wrażenie, że Irena Szewińska biegała sobie a gwiazdom, sobie a własnemu niebu, mimo tego, że była największą chlubą naszej lekkoatletyki, bez wątpienia polskim sportowcem wszech czasów, pewnością wszystkich pewności.

To oczywiście tylko impresje kibica, wzmocnione teraz dodatkowo mundialową klęską. Przy niej można było być właśnie – pewnym: że pobiegnie równo od początku do końca, że zwycięstwo leży pod nosem, że idzie się po nie jak po swoje, jak po siedem kolejnych medali – jeden z największych światowych rekordów – na czterech kolejnych igrzyskach olimpijskich.

Swoją wielkość osiągnęła w najlepszych latach polskiego sportu, 1960-76. Liczby nie mylą, było im wciąż blisko do czasów przedwojennych. Nasi rodzice pamiętali Walasiewiczówną, lata 60. to był wciąż okres – z dzisiejszego punktu widzenia – sportowego etosu, czyli sportu domorosłego, do którego jeszcze nie całkiem zdążyła wkroczyć technologia i gdzie jeszcze o powodzeniu sportowiec decydował bardziej osobiście, bez rozrośniętego sztabu specjalistów. Okres, kiedy, nota bene, nie mógłby się przydarzyć ostatni kwadrans (a tak po prawdzie to więcej) meczu Polska-Japonia, którego skandalem nie była sama imitacja gry, lecz niezrozumienie, że taka imitacja może się jeszcze komuś w ogóle wydać skandalem.

Lekkoatletyka zapełniała wówczas stadiony po brzegi; warto sięgnąć po „Kroniki sportowe” Adolfa Rudnickiego, by zrozumieć powojenny status tej dyscypliny. Potrzebę – bez względu na ówczesny polityczny wymiar sportu – jej energii, jej rekordów, kompensujących z dokładnością do jednej dziesiątej sekundy powojenne niewymierzalne traumy. Jej, jak by tu rzec, mocnego kontaktu z życiem, który pozwalał Stanisławowi Dygatowi i innym czynić ze sportowców bohaterów powieściowych. I jej siły poetyckiej, czerpanej, jak u Rudnickiego, wciąż z przedwojennego zasobu wyobrażeń: „Nieco dalej dziewczyna wyłuskuje się z dresu i pozostaje biała jak promień. Przyciąga oczy, jak wezbrana woda, jak lalka w kącie dziecinnego wózka. Zaczyna podskakiwać, próbuje nóg jak skrzypek strun. Za chwilę będzie tylko na nie zdana, jak przemytnik na księżyc w ciemnym lesie”.

„Niezły z ciebie Kirszenstein”

We wspomnieniach pośmiertnych o Irenie Szewińskiej będzie się pojawiało wciąż określenie Wunderteam, obrazy z legendarnego meczu lekkoatletycznego Polska-USA z roku 1958 – sto tysięcy ludzi na stadionie – który dla młodszej juniorki musiał być tym, czym występ FC Barcelona dla chłopaków na orlikach. Wkrótce do Wunderteamu dołączy, stanie się jego nową podporą.

Widziałem ją pierwszy raz na żywo, ją i Ewę Kłobukowską, na tym samym Stadionie X-lecia, chyba jeszcze przed igrzyskami w Tokio w 1964 r. Były już naszymi bohaterkami, tak jak kilku innych sportowców z innych dyscyplin; piłka nożna była wówczas tylko jedną z nich. Tłumy ludzi napływały ze wszystkich stron Warszawy jak po dotyk cudotwórcy, trudno jest dziś pojąć tamtą magnetyczną siłę bieżni. Chyba wygrała, przebiegła linię mety, pochyliła się, oparła dłonie na kolanach i tyle; dzisiaj uderza jej brak tryumfalnych gestów po skończeniu zwycięskich biegów, nawet tych olimpijskich; co najwyżej półradosne machnięcia dłońmi. Tak wtedy w ogóle było, lecz ekspansywne gesty radości nie należały do jej zwyczaju.

Kogo bardziej się wówczas lubiło, kogo z obu biegaczek wybierało, obstawiało? Debel był tak mocny, tak wspaniały, że pytaliśmy się siebie: kogo wolisz? Ewę czy Irenę? Tak jak pytaliśmy o wybór między Legią a Polonią. Kłobukowska była nieco z boku, zamknięta w swej sprinterskiej specjalizacji, trochę outsiderska (więc może bardziej nosiło się ją w sercu). Irena Kirszenstein, bardziej wszechstronna, miała silniejszą pozycję, była mocniejszym awersem tej złotej monety. Była kolumną; nie wzbudzała gwałtownych uczuć jako niepodważalna oczywistość, lecz wiedziało się, że bez niej świątynia się zawali.

Przed każdym nazwiskiem trzeba się ukłonić, nazwisko to rzecz święta. Jednak, rzecz jasna, dla kibica tamtych pierwszych jej lat, dla dzieciaka śledzącego nawet drugo­ligowe mecze lekkoatletyczne, dla którego sport był całym światem, na zawsze pozostanie Ireną Kirszenstein; może nie bliskim sercu jak postacie z książek, lecz przecież jednym z mitycznych bohaterów jego życia. Po marcu 1968 r. (i pewnie nie tylko) będzie z powodu tego nazwiska cierpiała; kto w końcu zgubił na igrzyskach w Meksyku pałeczkę w naszej polskiej sztafecie? No kto? „Szewińska zdobyła złoto, a Kirszenstein zgubiła pałeczkę” – żartowano wtedy gorzko z tej nagonki.

Ale od początku, od pierwszych jej ważniejszych występów lubiło się jej pierwsze nazwisko, biła z niego sprężystość, energia, siła wzmocniona powtórzonym „ir” z imienia. „Ir”, „ira”, gniew, coś co przewodzi ruchowi, prze do przodu. Aguirre, gniew boży. Irena, gniew bloku startowego.

Ileż to razy używało się tego pierwszego nazwiska w porównaniach na naszych przedszkolnych i szkolnych boiskach. „Pobiegł jak Kirszenstein”, „Poczekaj na mnie, nie bądź taka Kirszenstein”, „Na sześćdziesiątkę miałeś niewiele ponad osiem sekund, niezły z ciebie Kirszenstein”. Po co rozdrabniać się we frazeologii, skoro lepsze przykłady mamy pod nosem: nie mówiło się „szybki jak błyskawica”, „jak strzała”, lecz po prostu szybki, „szybka jak Kirszenstein”.

Nazwisko brzmiało niczym zaklęcie, właściwie do dzisiaj używam go wśród rówieśników dla różnych metaforycznych określeń.

Cała ona

Później, jako Irena Szewińska, będzie nadal świetna, nieraz jeszcze lepsza, lecz z roku na rok coraz bardziej odległa; przekaz kolorowy zastąpił przekaz czarno-biały, wypindrzona gierkowszczyzna bardziej naturalną gomułkowszczyznę, magia dawności – o której filmowaniu wie coś Paweł Pawlikowski – nieco się osłabiła. Bieg po złoto na olimpiadzie w Montrealu w 1976 r. na czterysta metrów był fenomenalny; nigdy, choć już się powoli zbliżał koniec kariery, nie osiągnęła takiej przewagi nad przeciwniczkami. Tych 15 czy 20 metrów różnicy wystrzeliło ją ponad orbitę, pokazało faktyczne miejsce, jakie we wszechświecie (sportowym) zajmuje. Przemytniczka na Księżyc.

Niezwykły był też wcześniejszy bieg na 200 metrów po złoto meksykańskie w 1968 r. Po 50 metrach jest przedostatnia; wygrywa finisz, wyraźnie, lecz paradoksalnie wydaje się, że wcale nie przyśpiesza, biegnie równo swoje, to inne stoją w miejscu. Ale najbardziej lubię się wpatrywać (poproszę o podkład jazzowy i Tadeusza Konwickiego z Dygatem na trybunach) w czarno-białe zdjęcia czy ujęcia z jej pierwszych zwycięstw, sztafety tokijskiej choćby. O ile jej późniejsze tryumfy należały już bardziej do partykularnej historii polskiego sportu niż do polskich dziejów ogólnych, o tyle te pierwsze medale wydają się wprost współtworzyć polską historię tamtych lat.

Po raz drugi widziałem ją na żywo nie tak dawno temu, na lotnisku Okęcie. Leciała do Genewy, zapewne na jakąś lozańską sesję MKOL-u. Jej życia działacza nie śledziłem, wyobraźnia kibica nie wkracza w te rejony; zapewne opowieść o tym, o jej różnych afilicjach czy poparciach politycznych (stan wojenny Jaruzelskiego) byłaby niezłą kanwą dla rozważań o meandrach najnowszych naszych dziejów.

Ale na lotnisku nic mnie to nie obchodziło; wpatrywałem się w tę sylwetkę, która kiedyś biła rekordy, w jej ciało, które zdolne było do niezwykłej szybkości. Zawsze ta sama myśl: odnaleźć w ciele sportowca oznaki jego dawnej świetności, zrozumieć w starym ciele cud jego młodości. Sportowiec to byt najbardziej platoński z możliwych; na nikim innym tak nie widać, jak zamieniamy się w odblaski siebie. Ale nie da się zapomnieć i tej pierwszej platońskiej prawdy: 22,5 sek. na 200 metrów, 49,29 sek. na 400 metrów, 43,6 sek. w złotej sztafecie 4x100. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Pisarz, historyk literatury, eseista, tłumacz, znawca wina. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”. W 2012 r. otrzymał Nagrodę Literacką NIKE za zbiór „Książka twarzy”. Opublikował także m.in. „Szybko i szybciej – eseje o pośpiechu w kulturze”, „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 29/2018