To były osoby dobre, zwykle bardzo dobre. Świeccy pracownicy parafii, w których pracowałem, bywali ludźmi, dla których praca w Kościele była czymś więcej niż po prostu pracą. Owszem, miewali swoje nastroje, np. jeden z zakrystianów bywał niekiedy dość trudny do zniesienia, lecz i on swoje funkcje spełniał skrupulatnie. A może jego nastroje wynikały z życiowej sytuacji, z warunków pracy...? Bo przecież wiem, że są problemy z uregulowaniem zatrudniania pracowników świeckich w Kościele i to poważne. W tym wydaniu, które jest też numerem na Święto Pracy, pisze o nich Ignacy Dudkiewicz.
W miastach parafie do pracy w kancelarii czy zakrystii często zatrudniają zakonnice. Zwykle odnosiłem wrażenie, że zarówno one same, jak też proboszcz, wikarzy i wierni byli z tego zadowoleni. Zwłaszcza że dla zakonnic jest to niezła praca – alternatywą zwykle są znacznie gorsze zajęcia. I spotykają się w niej z ludźmi, dla których pracują. Ale bywały też przypadki dramatyczne: nadmiar obowiązków, niedobre relacje z szefem (proboszczem). Ale na ogół księża zabiegają o obecność i pomoc zakonnic, więc starają się zachować z nimi dobre układy. A i siostry coraz lepiej potrafią bronić swoich interesów.
Owszem, prawo pracy dotyczy też świeckich pracowników Kościoła. Ale wciąż i często, zwłaszcza na małych, wiejskich parafiach, te osoby zatrudniane są na starych zasadach, czyli bez żadnych zasad. Tylko w niektórych diecezjach istnieją przepisy łączące prawo kościelne z państwowym i biorące pod uwagę specyfikę pracy w Kościele. System funkcjonowania parafii będzie stopniowo ewoluował, jak w krajach Zachodu. Sytuacja się powoli zmienia, a pierwszym symptomem jest trudność w znalezieniu chętnych do takiej pracy. Po prostu, osoby odpowiadające zapotrzebowaniu instytucji kościelnych nie mogą, poza wyjątkami, sobie na tę pracę pozwolić. To nie jest dramat, nie jesteśmy w tym zresztą światowymi pionierami.
Przez rok mieszkałem w parafii w Paryżu. Była, owszem, pani, która przychodziła gotować obiady, ale nie codziennie – parę razy w tygodniu gotowaliśmy sobie sami. Mieszkańcy plebanii odpowiadali też sami za wszystkie śniadania i kolacje. I nikomu korona z głowy nie spadła. A pewnie i tak byliśmy w doskonałej sytuacji, bo już wtedy bynajmniej nie wszystkie parafie we Francji tak miały. To model i polskiej przyszłości. Już dziś klasztorom męskim coraz trudniej znaleźć chętnych do przygotowywania posiłków, a co będzie za kilkanaście lat? Bo braci kucharzy też nie widać w nadmiarze.
Epoka majątków kościelnych, pól, łąk, lasów, kamienic i pałaców nieubłaganie się kończy. Styl życia Kościoła, z plebaniami pełnymi księży i z pełną ich obsługą, też przemija. Wchodzimy w nową epokę i choć niektórym trudno ją sobie wyobrazić, to przecież nie jest żaden zmierzch Kościoła. Przeciwnie, myślę, że oczyszczenie instytucji ze słabości będzie owocowało jej odrodzeniem. Na czym będzie ono polegało – nie wiem, mam nadzieję, że nie na braku księży, ale jednocześnie także na tym, że świeccy przejmą wiele księżowskich dziś funkcji.
Tak, trudno sobie wyobrazić Kościół za sto lat. Wierzę, czy mam nadzieję, że będzie trwał i w swoich strukturach będzie jakoś odmieniony. Kłopoty z niezupełnie regularnym zatrudnieniem przejdą do historii. Będą inne kłopoty. Nie wiemy jeszcze jakie, ale na pewno się pojawią.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















