Prawica obrotowa: dziś mówię jedno, jutro drugie, ale i tak mam zawsze rację

Polska jest ojczyzną emigrantów politycznych. Były sędzia Szmydt zapisuje jednak w historii polskiej emigracji niemal pustą kartę. Niemal.
Czyta się kilka minut
Stanisław Mancewicz // Fot. Grażyna Makara / Katarzyna Włoch / Tygodnik Powszechny
Stanisław Mancewicz // Fot. Grażyna Makara / Katarzyna Włoch / Tygodnik Powszechny

Przygody byłego już polskiego sędziego, który – jak to się powiada – poniewczasie uznał, że lepiej mu będzie wyjechać do Białorusi i stamtąd komentować sytuację polityczną na świecie, wywołały – co zrozumiałe – zamieszanie. Starannie dobieraliśmy to słowo, co powinno być nam uznane jako znaczący wsad w polską sztukę analizy. Oto zamieszanie jest jednym z najlepiej syntetyzujących krajowe sprawy polityczne słów w języku polskim. Każdy to przyzna, kto choćby fragment swojego życia poświęcił, by politykę polską próbować nazywać, określać czy – jak kto woli – nadgryźć jej twardą i grubą skórę.

Zanim rozbierzemy zamieszanie z powodu byłego sędziego, który całą swą karierę zawdzięcza kontaktom z politykami prawicy polskiej oraz funkcjonariuszami białoruskich bądź rosyjskich służb specjalnych, popatrzmy wpierw, co jest sednem zamieszania w polityce polskiej.

W pierwszej kolejności są to, rzecz jasna, deklaracje. Na przykład w sprawie sojuszy, ale też deklarowanie gustów bądź przywiązań. Zderzonych czy może raczej zweryfikowanych z praktyką. Celuje w tym oczywiście prawica polska, która ma szalenie obrotowy system wartości; mamy świadomość, że słowo „wartości” pasuje tu jak pięść do nosa. Popatrzmy: deklarowany przez prawicę antyputinizm z żywiołowo praktykowanym proputinizmem to klasyka gatunku, ale idźmyż dalej: deklarowana przynależność do świata Zachodu, ale praktykowana doń nienawiść, deklaracja europejskości z praktykowaną wschodniością, deklaracja katolickości przy uprawianiu pogaństwa, deklaracje praworządności i praktykowanie łamania paragrafów, nadymanie się w sprawie korupcji i praktykowanie łapówkarstwa, deklarowana troska o kulturę, ale praktyka zwalczania jej elit i instytucji… I tak dalej, można by jeszcze wymienić takich paradoksów ze sto. O co chodzi? Zapewne o łatwość. Nie ma w świecie nic prostszego niż powiedzieć „tak” po to, by zaraz powiedzieć „nie”. Praktyka pokazuje, że wbrew przypuszczeniom, takie uprawianie polityki jest opłacalne. A więc, powtórzmy już nieco znudzeni, kreowanie zamieszania jest podstawą działania. Chciałoby się to wszystko podsumować jakimś celnym bon motem, na przykład takim: Dziś mówię jedno, jutro drugie, ale i tak mam zawsze rację.

No dobrze, dość tych arcycelnych syntez, bowiem trzeba by się jak najrychlej zająć byłym polskim sędzią, a dziś emigrantem politycznym w Białorusi, p. T. Szmydtem, i jego mocodawcami.

Rzec wypada – dla porządku – że dzieje polskiej emigracji politycznej są imponujące i w świecie znane. Polska, co powinno wiedzieć każde dziecko w pieluszkach, jest ojczyzną emigrantów, w tym – jakże licznych – odwiecznych emigrantów politycznych. T. Szmydt, którego kariera w kraju oparta była o kontakty z polską prawicą i służbami zza Buga, zapisuje jednak w historii polskiej emigracji niemal pustą kartę. Niemal. Trudno nam sobie przypomnieć, by w ostatnich dziesięcioleciach ktoś poza nim i tow. Kazimierzem Mijalem obrał sobie za miejsce emigracji kraj o podobnym Białorusi klimacie. Nieświadomym warto przypomnieć, że K. Mijal – założyciel w latach 60. XX wieku nielegalnej polskiej partii komunistycznej, którego późne poglądy na świat Zachodu były zadziwiająco zbieżne z dzisiejszymi poglądami J. Kaczyńskiego i jego kolegów – był emigrantem politycznym i w zamordystycznej Albanii, i maoistowskich Chinach. Słowem: kiedyś Chiny, a dziś Białoruś, to rzadko w historii polskiego wychodźstwa politycznego wybierane kierunki, choć kto wie? Być może w najbliższych miesiącach zyskają na popularności.

Zostaje coś jeszcze. Są to mianowicie meandry życia towarzyskiego p. J. Kaczyńskiego. Zapytany kiedyś o p. P. Wawrzyka – wiceministra w wykreowanym przez siebie rządzie, a zamieszanego w aferę handlu polskimi wizami – dziś zaś o p. T. Szmydta, J. Kaczyński odpowiadał i odpowiada to samo: „nie znam”. Przykre. Ciekawe jednak, czy kiedyś, zapytany o znajomość – na przykład – z p. A. Macierewiczem, też, jak to mówią, zrobi wielkie oczy. Co się wtedy stanie? Nic. Będzie zamieszanie i tyle.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Nie znam