Odliczałam dni do końca sierpnia. A to wszystko dlatego, że jak zwykle moja ulubiona piekarnia zamknęła się na miesiąc wakacji. Muszę wtedy łatać brak dobrego pieczywa w przypadkowych marketach czy kawiarniach, a to jednak nie to samo. Mało mam żywieniowych kaprysów, ale kiepski chleb wprawia mnie w zły humor. Pod koniec sierpnia odliczam więc dni z irytacją. Wczoraj kupiłam ostatni przypadkowy bochenek, wiedząc, że zaraz wróci kojąca rutyna: pół wiejskiego, pół nordyckiego – niekrojone.
Co to za zwyczaj, żeby zamykać się na miesiąc? Uroki starej Europy i jej sierpniowych wakacji, które są jak kosmiczny rytm. Wakacji wielotygodniowych, podczas których zamyka się prywatna piekarnia, większość dobrych knajp w okolicy ma co najmniej dwutygodniową przerwę, wiele butików, kawiarni, sklepików robi sobie solidny urlop. Przegiął tylko mój szewc, wywieszając w pierwszych dniach lipca karteczkę, że otwiera dopiero w połowie września. Ale to artysta, klienci i tak wrócą.
Z tych europejskich wakacji oczywiście rytualnie kpią Amerykanie, którzy za ekstrawagancję uważają dwa tygodnie wolnego. Jeszcze tego lata „The Economist” nabijał się z europejskich autoresponderów, jakoby Europa była na urlopie, a świat nie czekał, tylko dział się i zmieniał. Myślałam, że już udowodniono, iż praca to nie wszystko, ale wyraźnie kpina z urlopu ma się dobrze. Śmieją się, jakby właśnie od tych wypoczywających Europejczyków zależała geopolityka i sprawy świata.
Inna sprawa, że dopadają ich one w tej czy innej formie – jak nie w gazetach, to w postaci ekstremalnych upałów i pożarów. Spłonęło w końcu milion hektarów w Hiszpanii, Grecji, Francji i Portugalii, Szwajcaria i Francja wyłączyły reaktory atomowe, bo rzeki, które je chłodzą, były zbyt ciepłe. A na plażach południowej Hiszpanii pojawił się potwornie jadowity mięczak, Glaucus atlanticus. Zwany niebieskim smokiem, dotąd był właściwy tropikalnym wodom, a nie Śródziemnomorzu. To już może lepiej eskapistycznie udać się na wakacje? Choć niekoniecznie na południe Francji czy Hiszpanii.
Obok sierpniowych wakacji, kulturową specyfiką Belgii były dotąd godziny otwarcia sklepów. Uważałam je za najbardziej odczuwalną różnicę kulturową od momentu mojej przeprowadzki do Brukseli. Prosto z szybkiej, zapracowanej Warszawy, gdzie zakupy da się pod domem zrobić przed 23.00, do miasta, gdzie duży sklep spożywczy otwiera się leniwie o 8.30 i zamyka o 20.00, a pozostałe działają jeszcze krócej.
Trzeba tu uważać na dwie rzeczy. Na francuską modłę przestrzegać pór posiłków, bo restauracje zamykają się najpóźniej o 15.00 po obiedzie, by otworzyć dopiero na kolację. Oraz pamiętać, że większość sklepów i usług zacznie życie koło 10.00, a o 19.00 będzie już zamkniętych. Zamknięte będą z pewnymi wyjątkami również w niedzielę, choć do kościoła chodzi tu może 5 proc. społeczeństwa. Nie ma więc snucia się po sklepach wieczorami ani jechania po meble po kolacji.
I owszem, najpierw było to bardzo irytujące, a potem przyszło zrozumienie. Belgijski rynek pracy jest głęboko regulowany dzięki związkom zawodowym i układom zbiorowym tychże z rządami. „Nikt nie będzie siedział wieczorem w pracy, żebyście mogli kupić skarpetki w sieciówce przed 21.00” – tłumaczyłam z pewną dumą znajomym z Warszawy. Brukselskie ulice wysyłały w ten sposób sygnał, że są rzeczy ważniejsze niż praca i kupowanie, oraz że po 19.00 jest czas na życie. Do kina idźcie, do knajpy, spędźcie czas z rodziną, ale zakupy zostawcie sobie na jutro.
To przesłanie tworzyło się nie tylko za sprawą lokalnej kultury. Do tego potrzebne jest prawo pracy, które poza niektórymi sektorami zakazuje pracy nocą, czyli między 20.00 a 6.00, oraz nakazuje zamknięcie sklepu na 24 godziny w tygodniu. Teraz niestety nacjonalistyczno-liberalna koalicja ma w umowie zmianę tych zasad. Podobnie jak zwiększenie dopuszczalnych nadgodzin. Ciekawe, czy usłyszeliby głos migrantki ostrzegającej, że to zamach na belgijskość!
Tak, po tych zmianach prawa Bruksela może być zupełnie jak Warszawa, ze skarpetkami dostępnymi w niedzielę przed 21.00. Tylko po co? I kto na tym zyska, a kto straci? Już protestują właściciele małych sklepów i rodzinnych biznesów. Przy okazji, te przepisy chroniły też ich oraz ich prawo do odpoczynku i szanse w konkurencji z sieciówkami. Każąc większym sklepom żyć rytmem możliwym do życia, sprawiało, że mali mieli szanse z nimi rywalizować. Teraz, gdy mali po ludzku będą potrzebowali dnia wolnego, wielcy zatrudnią sobie dodatkową zmianę pracowników na niedzielny wieczór.
Kto zyska na tym, że więcej będzie pracy i kupowania, a mniej życia?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















