Najpierw był szok: ks. Czajkowski. Później, cały ubiegły tydzień, emocjonujące dociekania, kim jest "Delegat". Teraz rewelacja: "Doradca prymasa i agent wpływu SB" Andrzej Micewski. Wolno przewidywać, że inne gazety nie pozostaną w tyle i będą dostarczały nowych wrażeń. Jest to budowany rękami ludzi, pewnie dobrej woli, pogrobowy sukces Departamentu IV, któremu za życia nie udało się ani skompromitować, ani podzielić Kościoła. Owszem, działalność agentów, zwłaszcza tak perfidnych jak Micewski, narobiła sporo szkód (w tym przypadku zresztą działalność trwała dłużej niż podała "Rzeczpospolita": zdaniem dziennikarzy skończyła się w 1984 r., ktoś z moich bliskich ma w swojej teczce wredne donosy "Historyka" z roku 1985). Jednak ani SB, ani "Historyk", ani inni agenci nie decydowali o biegu wydarzeń. Dlatego obraz tamtych czasów, wyłaniający się z kolejnych enuncjacji, jest coraz bardziej wypaczony. Bo nawet jeśli Kościół i różne opozycyjne środowiska były gęsto obstawiane agentami, nawet jeśli tym agentom udało się wyrządzać szkody i robić zamieszanie, to przecież były to - mimo wszystko - marginesy. Boję się, że kolejne rewelacje wmówią nam, że Kościołem w Polsce w rzeczy samej kierowała Służba Bezpieczeństwa, która też zmontowała KOR i "Solidarność" i wreszcie, nie wiadomo czemu, zdemontowała PRL i siebie samą.
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

















