Polska zmorą Polski

Jedyną wspólną sprawą, która łączy lewaka, prawaka i liberała, jest fatalna ocena Polski, jej elit i rodaków. Czyli: „naród wspaniały, tylko ludzie kulsony”.

04.12.2017

Czyta się kilka minut

 / PIOTR MAŁECKI / NAPO IMAGES
/ PIOTR MAŁECKI / NAPO IMAGES

Nie ma narodów zdrowych, są tylko niezdiagnozowane – rzec można, trawestując myśl Zygmunta Freuda. Polaków akurat problem braku diagnozy nie dotyczy, tu każdy jest doktorem narodowej duszy. Któż nie zna melodii miarowych, a w złej godzinie kompulsywnych, narzekań „na to miejsce w środku Europy”? Kto nie nuci czasem prześladującego refrenu, że „największym problemem Polski są Polacy”? Orzeczenie o kondycji ojczyzny i ziomków wydajemy bez specjalnej zachęty i w czym jak w czym, ale w tym się zgadzamy, że polskość dotknięta jest chorobami raczej nieuleczalnymi.

W swojej najnowszej książce Adam Leszczyński podejmuje ów temat samograj. Niepozostawiający złudzeń tytuł – „No dno po prostu jest Polska” – zaczerpnął z wpisu anonimowego internauty (lub internautki – alergia na Polskę jest ponadpłciowa), który ojczyzny nie lubi i choć z Polską jest mu źle, to od narzekania na nią robi mu się lepiej. Zwłaszcza że nie jest w tym osamotniony.

W jednej z poprzednich książek, „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980”, Leszczyński pisał o falach modernizacyjnego optymizmu, który poprzedzał wszelkie projektowane cuda gospodarcze, plany kilkuletnie, mrzonki o drugiej Japonii albo drugiej Irlandii. Wiara, że Polskę da się przetransferować do europejskiej pierwszej ligi, a Polaków wytresować na tygrysy nowoczesności, zawsze karlała w czołowym zderzeniu z rzeczywistością. Brak zbiorowego spełnienia sublimowany jest w mowie okrutnie rozprawiającej się z wszystkim, co polskie. „Na setki negatywnych opinii o cechach przypisywanych Polakom przypada może jedna pozytywna” – tak Leszczyński wspomina zbieranie materiałów do nowej książki.

Podkreśla, że pisze o obrazach w naszych głowach, a nie o nas samych. Nie interesuje go charakter narodowy, w którego istnienie wątpi. I słusznie. W polskiej socjologii naukowości pojęcia charakteru narodowego bronił nieżyjący już Edmund Lewandowski, rozumiejąc w ten sposób „zbiór specyficznych dla członków narodu cech psychicznych”. Jednakże samo myślenie o ludziach i społeczeństwach jako spójnych grupach, którym można przypisać konkretne cechy i poglądy, czyli grupizm w rozumieniu nadanym mu przez Rogersa Brubakera, jest wątpliwe i pełne pułapek. Oznacza nie tylko mierzenie wielu jedną miarą, ale mami złudną łatwością szukania w katalogu narodowych i etnicznych cech odpowiedzi na wszystkie bolączki zmieniającego się społeczeństwa. Leszczyński zaznacza więc, że poszukuje wyłącznie autostereotypu, „uogólnionego wyobrażenia własnej wspólnoty, które bywa zakorzenione w rzeczywistości, ale jego relacja ze społecznymi faktami jest skomplikowana”. Jednak nie raz, nie dwa ulega pokusie, żeby sprawdzić, czy np. Polacy faktycznie rzadziej się myją niż Niemcy. Oczywiście, znajduje takie statystyki, które potwierdzają obraz Polaka na bakier z higieną. Autostereotyp, tak mocno wdrukowany w kulturę, działa bowiem niczym samospełniająca się przepowiednia.

„Jeśli ludzie definiują sytuację jako rzeczywistą, to jest ona rzeczywista w swoich konsekwencjach” – od tego twierdzenia Williama Thomasa studenci zwykle zaczynają naukę socjologii. Co nie przeszkadza im i tysiącom Polaków każdego ranka szykować się na spotkanie z rodakami jak na wojnę – bo wiadomo, że naród to kłótliwy, burkliwy i zawistny.

Galeria brzydoty

Pierwszym przewodnikiem po galerii polskich wad i kompleksów jest poczciwy, wydawałoby się, Bolesław Prus. Nie tak dawno antypolskość wytknął mu Jan Polkowski na łamach tygodnika „Sieci Prawdy”. No i się zaczęło. Kto za Prusem, ten przeciw PiS-owi, żołnierzom wyklętym i miesięcznicom (czyli wszystkiemu, czego Prus szczęśliwie nie dożył), kto przeciw Prusowi, ten i przeciw lewicowym kosmopolitom wszelkiej maści. Leszczyński mówi „sprawdzam” i rzeczywiście znajduje w dwudziestu tomach „Kronik tygodniowych” w pełni odmalowany polski autostereotyp. Litania Prusa brzmi i dzisiaj znajomo. Elity uważają pospólstwo „za masę upośledzoną, zbiór dzieci lub stado inwentarza”, a same są dość tępe. Kamienicznicy prowadzą wobec biedoty kanibalistyczną politykę, a pomocy od bezdusznych urzędników nie można się doprosić. Na ulicach brud i smród, a pośród szkaradnej architektury snują się niedomyte ciała. Nawet jeśli ktoś ma dach nad głową, „to nie są mieszkania istot mających nieśmiertelną duszę”. Nie dziwi Prusa emigracja chłopów i robotników, sam mógłby za Wokulskim powiedzieć: „Trzeba było zostać w Paryżu”. Tam świat jest zborny i przede wszystkim niepolski.

W uczuciach do Zachodu Prus jest nieodrodnym synem narodu, na który pomstuje. Jego zdaniem Polacy cierpią na „chorobę zagranicomanii”, bezrefleksyjnie małpując obce mody, ale nie weryfikując prowincjonalnego widzenia świata. Receptę Prus ma na to przewrotną: jeszcze więcej Zachodu nad Wisłą. W 1885 r. rzuca pomysł: „Za granicą ludzie są jacyś wszechstronniejsi. (...) Czybyśmy więc nie mogli sprowadzić stamtąd – przynajmniej kilku indywiduów, które by jak dyrektorowie o fabrykach, a rządcy o gospodarstwie, myśleli za nas o rzeczy publicznej?”. Dotknięty własnym wirusem zagranicomanii Prus jednocześnie bronił dobrego imienia Polaków przed rosyjską prasą. Kaprys? Niekonsekwencja? Schizofrenia? Nie, to raczej niełatwa relacja z zaściankową ojczyzną, która budzi litość, a krytyki nie znosi. „Polaków trudno opisywać krytycznie, ponieważ dotknięci historycznymi doświadczeniami klęsk i obcego ucisku czujemy się rozgrzeszeni ze zwykłych, ogólnoludzkich przywar. Najłatwiej jest oskarżyć publicystę czy pisarza o kalanie gniazda, bo to oskarżenie zwalnia od refleksji nad własnymi wadami” – tyle Prus.

Łatka kalającego jest znakiem rozpoznawczym całych literackich pokoleń i nicią porozumienia między generacjami twórców. Jest u Leszczyńskiego Norwid ze słynnym oskarżeniem: „Jesteśmy żadnem społeczeństwem. Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym”. Jest Wańkowicz z krytyką polskiego kundlizmu. Jest wreszcie Ziemowit Szczerek, dla którego „wszystko, co ma na sobie napis »Polska«, ma też certyfikat podłej jakości”. W „No dno po prostu jest Polska” spotykają się Piłsudski z Dmowskim, Przybyszewski z Żeromskim, Orzeszkowa z Dąbrowską, Hemar z Bobkowskim, Słonimski z Brzozowskim, Mieroszewski z Gombrowiczem, a Masłowska ze Szczerkiem i Springerem. Patrząc na rozwijającą się karierę tych dwóch ostatnich autorów, o Polsce „piszących żółcią” lekko tylko osłodzoną, widać, jakim rogiem obfitości dla pisarza i reportera jest polski negatywny autostereotyp. Bez niego wiele talentów literatury realistycznej musiałoby się przekwalifikować na fantastykę. Ale, ale – by nie zrobiło się zbyt miło, że Polska w pierwszorzędnych krytyków jest tak bogata – trzeba wspomnieć o jeszcze jednym kamyczku w naszym ogródku: od czasów Norwida Polacy czytają rzadko, a jeśli już, to trzeciorzędnych pisarzy zagranicznych.

Od niechlujstwa do tupolewizmu

Leszczyński wskazuje na uderzającą trwałość, wyjątkową spójność i demokratyczny charakter polskiego autostereotypu. Pierwszą cechę łatwo udowodnić. Od I Rzeczypospolitej piętnowane są kłótliwość, lekkomyślność, lenistwo, małość, brak polotu i zmysłu estetycznego, ponuractwo i nienoszenie bielizny. Nawet to ostatnie nie odeszło całkiem do lamusa, jeśli wspomnieć oburzenie na łamach jednego z tygodników opinii na sikających po wydmach rodaków z 500 plus. Również uzasadnienie emigrowania z Polski pozostaje niezmienne od XIX w. „W Ameryce jest lepiej jak w Warszawie” – pisał z Brooklynu do domu chłop z guberni płockiej w 1891 r. To samo jego prapraprawnuk mógł napisać (i pisał) o Londynie i Warszawie sto dwadzieścia lat później” – przekonuje Leszczyński. Co znamienne, na obczyźnie Polak od razu staje się bardziej przedsiębiorczy i wydajniejszy, jakby zrzucił z siebie balast polskości. Jedynym problemem za granicą są inni Polacy...

Spójność autostereotypu – bez względu na to, kto się nim posługuje – związana jest z piętnem pańszczyzny, odciśniętym na stosunkach społecznych, i folwarcznym modelem relacji międzyludzkich, aktualnym także w kapitalizmie. Leszczyński przypomina obserwacje zapomnianego Władysława Orkana, który 100 lat temu porównywał głębokość przepaści między chłopami oraz ziemianami i inteligentami do dystansu dzielącego Zulusów i kolonizatorów. Nie chodzi o napięcie między cywilizacją a barbarzyństwem, lecz o wzajemną wrogość i ignorancję. „Najczęściej inteligent nie uważa prostego tak całkiem za »człowieka«, a prosty widzi w inteligencie też wiele, ale mało z »człowieka«. Obustronna pogarda, wrodzona, zaostrzona z jednej strony zawiścią, z drugiej obawą »masy«, nie ułatwia przekroczenia tego małego ząbka” – pisał w 1940 r. Bobkowski, ale ta krytyka równie dobrze może paść w dzisiejszym sporze o Januszów.

Spuścizna folwarku ujawnia się też w fatalizmie myślenia o hierarchiach społecznych, które nikomu nie daje nadziei na faktyczną odmianę losu. Z awansu społecznego nie rodzą się nowi panowie, ale co najwyżej, jak pisał Ksawery Pruszyński, „półpanki”. Z kolei schłopiała inteligencja nie uszlachetnia prowincji, lecz przejmuje jej zaściankowość. Elity, zwłaszcza polityczne, są najgorszego sortu i cierpią, za Wańkowiczem, na „wielki luz w myśleniu”. Wreszcie zmorą są posłowie: „Ci panowie, konkurujący wiecznie z jedynym suwerenem państwa, gdyż sami się czują suwerenami, dochodzą w swoim postępowaniu (...) do mniemania, że jeżeli brzuch go zaboli i jest z tego powodu w złym humorze, to to jest najważniejszy wypadek dla całego państwa” – pisał Piłsudski w 1929 r. Czytając „No dno po prostu jest Polska” ma się nieodparte wrażenie, że skoro nic się nie zmieniło od wieków, to już się nie zmieni – że polskość ulega odwiecznej reinkarnacji i nie może się od tutejszych ciał uwolnić.

Czy jednak można łatwo łączyć folwarczne niechlujstwo z proceduralnym chaosem, który po katastrofie smoleńskiej zyskał miano tupolewizmu? Czy obwinianie za przeróżne niedogodności klimatu (na tę skłonność zwracał uwagę już Prus) znajduje prostą kontynuację w słynnej kwestii minister Bieńkowskiej, pytanej o wielogodzinne opóźnienia pociągów – „Sorry, taki mamy klimat”? Leszczyński sugeruje taką ciągłość. Tym samym ulega czarowi autostereotypu i traci z oczu to, co w nim frapujące. Czyli plastyczność autoportretu Polaków, który dopasowuje się do dynamicznej rzeczywistości.

Naród wspaniały, tylko ludzie kulsony

Tę plastyczność widać w demokratycznym charakterze polskiego autostereotypu. Autor „No dno po prostu jest Polska” przekonuje, że „publicysta wielkiej gazety ma do zarzucenia rodakom z grubsza to samo co raper z blokowiska”. Publicysta, raper i zwykły człowiek będą mieli jednak ze swoją diagnozą polskich chorób inną siłę przebicia.

Dobór cytatów u Leszczyńskiego świadczyłby o tym, że elity niezmiennie nadają ton dyskusji o Polsce i Polakach, a masy powielają krążące opinie. Sęk w tym, że zmienia się skład elit. Jeszcze w międzywojniu Słonimski pisał: „U nas śmieją się jedynie Żydzi i inteligencja. Proletariat miejski jest nie bez powodu ponury, a na wsi w Polsce nikt się w ogóle nie roześmiał od czasu króla Popiela”. Dziś „śmieją się” ci, których kocha (czasem trudną miłością) internet. Dlatego złote myśli o Polsce Ilony Felicjańskiej, Anny Muchy czy Taco Hemingwaya funkcjonują w publicznym obiegu na równych prawach z ironią Słonimskiego. A w zasadzie na prawach równiejszych, bo Słonimski jest dla młodej publiczności niczym wymarły gatunek dinozaura.

Zmieniają się „ambasadorzy” autostereo- typu oraz jego treść. Cechy typowo szlacheckie wraz ze zmierzchem tej warstwy i emigracją chłopów do miast ustępują miejsca przywarom ludowym, traktowanym od powojnia jako ogólnonarodowe. Autostereotyp bardzo też się opatrzył. W XIX w. refleksja nad charakterystyką polskości mogła być elementem „wielkiej narodowej dyskusji, (...) której sedno tkwiło w pytaniu: na ile upadek Rzeczypospolitej był wywołany wadami szlachty, jej kłótliwością, krótkowzrocznością, pychą i pogardą dla ludu?”. W epoce politrozrywki pamflety na polskość są zwykle pozbawione powagi historycznego procesu, wydają się rytualnym zaklinaniem rzeczywistości albo skleconym ad hoc kolażem inwektyw. Przyciągają uwagę więcej niż garstki krytyków wtedy, kiedy bawią gawiedź, co jednak osłabia ich moc rażenia.

Po demonstracjach z 11 listopada, przy okazji „afery” z aspirantem o ksywce „Kulson”, kolejne życie jako mem dostały słynne słowa Piłsudskiego – w nowej wersji: „Naród wspaniały, tylko ludzie kulsony”. Co ciekawe, nie wiadomo, czy oryginał rzeczywiście padł z ust marszałka, czy został mu błędnie lub celowo przypisany. Leszczyńskiego pociąga wizja fabrykacji. Byłaby dowodem na skłonność Polaków do perwersyjnego masochizmu, biczowania się sarkazmem narodowych bohaterów, którego jeśli jest mało, to trzeba go wymyślić.

W takim myśleniu tkwi pewna zagwozdka. Czy wskutek peryferyjnego statusu Polski jako podmiot zbiorowy jesteśmy ofiarami negatywnego autostereotypu, czy raczej konsumentami kolejnych odsłon hasła o Polsce w ruinie, dopasowanych do indywidualnych gustów i instrumentalnych zadań. Dlaczego mimo fatalistycznej diagnozy wielu z nas deklaruje dumę narodową, dlaczego ulega populistycznym elitom? Dlaczego oikofobia, wstręt do swoich, nie pociąga dziś za sobą ksenofilii, lecz jej przeciwieństwo? Na te pytania ani Leszczyński, ani przywoływane przez niego badania socjologiczne nie udzielają odpowiedzi.

Narodowa psychoterapia?

W starciu z „odwiecznymi” problemami społeczeństwa – a fatalistyczne krytykanctwo do nich należy – recepty zawsze wydają się nadto naiwne i zbyt życzeniowe. Nie dorastają do skali ani powagi sprawy i przypominają placebo. Trzeba w nie uwierzyć, bo rzeczywistość obnaża ich pozorne działanie. Tak jest i w tym przypadku. Leszczyński konfrontuje ze sobą dwie kontrastowe kuracje. Obie przypisują Polakom ten sam katalog przywar, ale inaczej chcą je leczyć. Pierwsza kuracja, konserwatywna, to odwyk od zachodniofilii i osławiony powrót do korzeni, których nikt nie pamięta, więc łatwo o nich fantazjować. Taki postulat Leszczyński znajduje i u Krasińskiego, i u endecji, i u prawicy w III Rzeczypospolitej. Jeśli Polacy zwrócą się ku sobie, zamkną drzwi, okna i zachowają „nieskazitelną czystość narodu”, wszystkie problemy zostaną rozwiązane: nie będzie uchodźców, gejów, aborcji i niemieckich mediów. Zostaną tylko łąki umajone. Z kolei kuracja liberalno-lewicowa, zalecana m.in. już przez Prusa, chce te łąki skosić i ujarzmić po zachodniemu. Czyli ucywilizować.

Obie kuracje są dobrze znane i żadna z nich do tej pory się nie sprawdziła. Leszczyński proponuje więc trzecią drogę – małych kroczków, które mają poprawić praktykę społecznego współżycia. „Trzeba zmienić skrypt”, mówi. Pastwi się nad medialno-prezydencką akcją „Orzeł może” sprzed czterech lat, kiedy zachęcano do wzajemnej życzliwości, a niejako w nagrodę przed Pałacem Prezydenckim stanął wielki orzeł z czekolady, co obnażyło sztuczność całego planu i jego infantylny charakter. Zamiast odgórnych działań polityków Leszczyński proponuje „program narodowej psychoterapii”. Pierwszy punkt dotyczy najmłodszych: „Być może zamiana jednej z dwóch godzin religii w szkołach na godzinę poświęconą prawdziwemu wychowaniu obywatelskiemu – szacunkowi dla innych, asertywności, uprzejmości – zrobiłaby z Polaków lepszych ludzi niż dziś, kiedy ten czas zajmuje wkuwanie katechizmu”. Pewnie tak, szkoda tylko, że jako wzór takiej „reedukacji” autor podaje autorytarny Singapur. Druga korekta to więcej uśmiechu i pomocnej dłoni w urzędach. A jeśli i to nie pomoże, ma Leszczyński jeszcze jedną radę: „każdy z nas może oczywiście zacząć od zmiany w skali mikro: ufać ludziom, traktować ich życzliwie, uśmiechać się, traktować instytucje z takim założeniem, jakby działały”.

No masz. Znalazł się fantasta, który myśli, że opryskliwych zjadaczy chleba w nowoczesne anioły przerobi i jeszcze patetycznie nazywa ten plan narodową psycho- terapią. Coś takiego to tylko Polak może wymyślić, tylko Polak może w to uwierzyć, pierwszy naiwny... Chwila, chwila, sama zaczynam złorzeczyć na rodaka. To sygnał, że czas kończyć. ©

Adam Leszczyński, NO DNO PO PROSTU JEST POLSKA. DLACZEGO POLACY TAK BARDZO NIE LUBIĄ SWOJEGO KRAJU I INNYCH POLAKÓW W.A.B., Warszawa 2017

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 50/2017