Polityczny kociołek

Polityczny obiad zawsze się składa z pierwszego, drugiego i deseru. Liczy się ich kolejność oraz wzajemna gra, na kontraście oparta – inaczej nie jest ciekawa. Ziobro i towarzysze woleliby mieszać wielki eintopf.

30.01.2017

Czyta się kilka minut

Fagioli alla Bud Spencer (przepis na końcu tekstu) / Fot. Bruno Crescia / GETTY IMAGES
Fagioli alla Bud Spencer (przepis na końcu tekstu) / Fot. Bruno Crescia / GETTY IMAGES

Grzeczne dziewczynki im więcej pochwał zbiorą, tym mniej potem od życia dostaną – sugeruje dziś na tych łamach moja nowa koleżanka po piórze, dartym piórze, dodajmy. Otóż z chłopcami nie jest wiele lepiej, jeśli na czas nie zaczną choć trochę brykać, potem robi się niewesoło, kiedy próbują wobec dorosłego świata zachowywać się jak gospodarz klasy. Próbując poukładać się ze światem z niskiej perspektywy kuchennego blatu, nie słucham sformatowanych rozmów na rzekomo poważne tematy, za to bywa, że późną nocą oglądam programy kulinarne. Taką mam z tego korzyść, że o wielu politykach dziś będących na wierzchu mam sporo cennej, choć niewerbalnej wiedzy. Wyniosłem ją z podglądania ich reakcji i mowy ciała w „Kuchni polskiej” – emitowanej ongiś przez pewną niepokorną telewizję. Goście w tym programie byli wówczas drugoplanowymi postaciami opozycji, nie musieli zanadto udawać biegłości w gotowaniu czegoś bardziej zaawansowanego niż woda na herbatę.

Może kiedyś jeszcze znajdę okazję, żeby się popastwić nad innymi – dziś szczególnie polecam znalezienie w odmętach internetu Zbigniewa Ziobry, który z wdziękiem chłopca z pocztu sztandarowego stoi nad kuchnią odsztafirowany w pełen garnitur, pod krawatem – i nawet tego krawata nie decyduje się zdjąć, mimo serdecznej namowy prowadzącego. Wygląda jak z księżyca, jego jestestwo krzyczy z lęku, że ta cała babranina go pokala. Powagę zniweczy, autorytet nadkruszy.
Próbując zrozumieć zatem dzisiejszego Ziobrę – pogromcę niezawisłych sądów – trzeba nie tylko wspomnieć o zamordystycznej chętce. Jest coś więcej, co właśnie z syndromu grzecznego chłopca się bierze: niechęć do sporu, napięcia, niepewności co do tego, kto jest pierwszy w klasie i zasłuży na nagrodę. To stąd doskonała obojętność na trójpodział i równowagę władz. Niedostrzeganie piękna tej sytuacji, że ciągle trzeba coś uzgadniać, przepychać. Polityczny obiad zawsze się składa z pierwszego, drugiego i deseru. Liczy się ich kolejność oraz wzajemna gra, na kontraście oparta – inaczej nie jest ciekawa. Ziobro i większość jego towarzyszy wolałaby zaś stanąć przy kotle i mieszać wielki eintopf. Jedno danie, w którym składniki śpiewają chórem.

Gdyby mierzyć popularnością i rangą potraw jednogarnkowych, to Polacy nie stawiają wysoko w hierarchii harmonii i kolektywizmu. W badaniach prof. Henryka Domańskiego tylko 3,9 proc. respondentów deklarowało spożycie takowej poprzedniego dnia. Gdyby nie bigos, osadzony w postszlacheckim horyzoncie aspiracji, w ogóle potrawy jednogarnkowe istniałyby dla nas jako margines. Z piętnem podłego żarcia z epoki peerelu, jak fasolka po bretońsku, albo w etnicznych niszach, takich jak leczo czy czulent.

W samej południowej Francji jest co najmniej kilkanaście oficjalnie najprawdziwszych wersji fasolowo-mięsnego cassoulet. Szkoda miejsca, by pisać w szczegółach, co i jak poszczególne ludy do jednego garnka kładą – zwłaszcza że, umówmy się, permutacja składników jest dość ograniczona. Ważniejszy jest fakt, że wszystkie takie potrawy bazujące na powolnym przenikaniu krańcowo różnych smaków najlepiej się udają, jeśli wykonane są w dużej masie. I dlatego właśnie eintopf ma szczególną moc gromadzenia ludzi.

Los kiedyś rzucił mnie na początku wiosny do małej wsi na północy Niemiec, która szykowała się do corocznego, skromniutkiego festynu. Od rana przy ogromnym stole paręnaście kobiet zapamiętale siekało kapustę, paprykę, ziemniaki. Reszta gospodyń (ale także trochę mężczyzn) krążyła „w drugim rzędzie”, czasami któraś przerywała pracę i na jej miejsce od razu znajdowało się zastępstwo. Wszyscy potem spotkali się znów wokół gigantycznej patelni podczas wieczornego festynu na łące. Zjadanie tego – niewyszukanego skądinąd – pożywienia było dla tej społeczności spoiwem, dowodem na istnienie po długiej zimie.

Marokański tażin, ceramiczna misa z nakładaną na nią stożkowatą „czapą”, wymusza w swoim wnętrzu niepowtarzalny i dobroczynny dla potraw obieg wilgoci i ciepła, którego nie da żaden piec z komputerowym termoobiegiem i konwekcją. Ten wynalazek niepiśmiennych garncarzy ma jeszcze drugą zaletę: kiedy po wielu godzinach pobytu w piecu potrawa jest gotowa, właściwy sposób jej zjadania nie polega na rozłożeniu każdemu po troszeczku na talerz, lecz na zasiądnięciu wokół misy i wyjadaniu z niej kąsków ręką uzbrojoną w placek.

Pisałem niedawno o napięciu między analitycznym a syntetycznym podejściem do posiłku. Swoją sympatię kładę niezmiennie po stronie syntezy – tym bardziej właśnie z uwagi na ksobny, integrujący wektor, który tkwi w kuchni polegającej na mieszaniu i scalaniu. Wspólnotą człowiek oddycha na równi z tlenem – jest wszakże warunek: nie może to być kolektyw narzucony przez władzę. Niechże panowie ministrowie pilnują zupy, drugiego i deseru. ©℗

We włoskiej kulturze popularnej oprócz spaghetti westernu istnieje podgatunek parodystyczno-komediowy fagioli western, nazwany tak na cześć kultowej potrawy z fasoli, spożywanej przez czołowego ich aktora o pseudonimie Bud Spencer. Stąd fagioli alla Bud Spencer, mimo korzeni w kuchni Tex-Mex, stanowią integralną część kulinarnej tożsamości Włochów wychowanych w latach 70. Gotujemy 250 g namoczonej uprzednio fasoli z połówką cebuli i łodygą selera naciowego – starczy godzina. Studzimy w wywarze. Na patelni rumienimy parę łyżek mąki na maśle z listkiem laurowym i czosnkiem. Dodajemy uprzednio ugotowaną fasolę, dusimy pięć minut, podlewając odrobiną wywaru, który rozpulchni zrumienioną mąkę, tworząc krem. Dodajemy pół szklanki białego wina, mieszamy, żeby pozbyć się grudek. Dodajemy 250 g białej kiełbasy (wydłubanej z osłonek) i parę kawałków boczku, wraz ze szczyptą ostrej papryczki, podlewamy jeszcze wywarem i dusimy przez pół godziny do godziny, aż fasola będzie całkiem miękka.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Zawodu dziennikarskiego uczył się we wczesnych latach 90. u Andrzeja Woyciechowskiego w Radiu Zet, po czym po kilkuletniej przerwie na pracę w Fundacji Batorego powrócił do zawodu – najpierw jako redaktor pierwszego internetowego tygodnika książkowego „… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2017