Podróż

Do Gdańska wjechałem przez las, przez Otomin.
Czyta się kilka minut

Ubitą ziemną drogą, wyboistą, ale pustą. Wieczór był ciepły, złoty, chociaż w powietrzu unosiło się coś jakby woń opuszczonej, zarastającej chwastami fabryki. Jechałem na spotkanie autorskie do biblioteki usytuowanej w popularnym centrum handlowym. Spałem w hotelu, którego okna wychodziły na Pomnik Poległych Stoczniowców i wielki betonowy statek nowej siedziby Europejskiego Centrum Solidarności. Śniły mi się fioletowe ryby pływające pod ścianami pokoju w przejrzystej, zielonkawej wodzie.

Następnego dnia poszedłem pod bramę stoczni. Minąłem tłum wychodzących z porannej zmiany. Część zatrzymywała się tuż za bramą w Klubie Wydział Remontowy. Siedzieli przy piwie pod parasolami i milczeli; szczupli, zmęczeni mężczyźni w średnim wieku. Pojedynczy turyści fotografowali pomnik na placu Solidarności, co jakiś czas oglądając się w stronę stolików. Było słonecznie, ciepło i cicho, jakby spełniło się to, o czym mówił wypisany na ścianie dużymi literami fragment psalmu. Tyle że spełniło się jakoś smutno, zamiast błogosławieństwa przynosząc niespodziewane rozczarowanie – i teraz trzeba było ten smutek, to rozczarowanie przesiedzieć, przeczekać, przełknąć, popić piwem.

Miałem sprawę do załatwienia, więc wszedłem na teren stoczni. W powrotnej drodze postanowiłem sprawdzić, jak dzisiaj wyglądają bramy-pomniki ustawione tu niegdyś przez Grzegorza Klamana. Z wnętrza bił ostry zapach szczyny, musiałem uważać, żeby nie wdepnąć w zaschnięte i świeże kupki kału. To, co miało symbolizować rozpad totalitaryzmu, stało się symbolem rozpadu w ogóle. Puste, stalowe regały – które miały się w zamyśle artysty kojarzyć z opustoszałym archiwum – tworzyły teraz ponurą bibliotekę smrodu.

Przekroczyłem Wisłę w Kiezmarku, maleńkiej wsi, gdzie w maleńkim XVIII-wiecznym kościółku są już papieskie relikwie, włosy i kropla krwi. W Dworku i Starych Babkach błyszczały w słońcu grube skiby tłustej, czarnej ziemi. Mijałem rzadkie rzędy drzew zasadzonych na miedzach i nad kanałami, i ułożone w sterty wielkie wałki siana. Błyszczał las i błyszczało w dole jezioro Isąg. Przejeżdżając przez Nowe Ramoty, pomyślałem, że natura błyszczy, ale błyszczy rzetelnie i zasłużenie.

Byłem zmęczony. Kilkudniowa trasa wiodła przez Leszno, Drezdenko, Chodzież, Gdańsk. Mijałem ludzi pochylonych nad rozbitymi samochodami, rozjechane koty i psy, sprzedawców grzybów, prostytutki. Wjeżdżając do Olsztyna, na pierwszych światłach musiałem nagle hamować. Prawa noga natrafiła jednak na opór, nie udało mi się docisnąć pedału do końca i uderzyłem lekko w jadący przede mną renault megane. Z auta wysiadł szpakowaty mężczyzna w czarnej koszuli ze starannie przystrzyżoną brodą: „I co to się stało?”. Obejrzał tył auta, obejrzał mój zderzak. „Ma pan pęknięte”, powiedział. „Ja? To nic. Ale pana trochę zarysowałem”, bąkałem zaskoczony. Uśmiechnął się: „Ech, takie zarysowanie...”. Podał mi rękę, życzył dobrego dnia i odjechał.

Świat błyszczał, miał chyba urodziny lub coś podobnego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 44/2012