Po czarnym czwartku

Spekulanci, cwaniaki, utracjusze – to tylko kilka spośród epitetów, jakie wypełniają internet od „czarnego czwartku”, kiedy kilkaset tysięcy Polaków zaczęło nerwowo odświeżać strony z kursami walut. To o nas, posiadaczach kredytów frankowych.

20.01.2015

Czyta się kilka minut

Zachciało się kombinować, to teraz macie!”. „Po co było się zadłużać?” – czytamy o sobie. Jeśli więc chodzi o tendencję do zadłużania się, wielu z nas unika jak ognia dodatkowych pożyczek, odkąd co miesiąc musi spłacić ratę. Co więcej: gdyby można było cofnąć czas, teraz pewnie nie zdecydowalibyśmy się nawet i na to jedyne wieloletnie zobowiązanie, ale nie z powodu zmiany kursu, lecz świadomości. Przecież jakość życia spędzonego w wynajmowanym mieszkaniu nie różni się niczym od tego we własnym. Paradoks: do podobnych wniosków dochodzi się dopiero z pewnym bagażem lat, podczas gdy dekadę temu, gdy sygnowaliśmy umowy z bankami, posiadanie swojego lokum było dla nas jednym z przejawów bycia dojrzałym.

Piszę „my”, „nas”, bo liczną wśród frankowiczów grupą są ludzie z pokolenia 30-40-latków, dziesięć lat temu stawiający pierwsze kroki na zawodowej drodze. Weszliśmy na rynek pracy w czasie pierwszego kryzysu i nawet mocno zaciskając pasa, przy naszych wynagrodzeniach moglibyśmy kupić za gotówkę dopiero własny dom spokojnej starości. O ile do tego czasu ceny na rynku mieszkaniowym, które po akcesji do UE poszły w górę, zatrzymałyby się na osiągalnym dla przeciętnego ciułacza poziomie. Do oszczędzania nie zachęcali nawet rządzący, obkładając lokaty podatkiem Belki, wokół zaś było słychać, że lepiej wydawać, bo przecież nic nie napędza gospodarki tak jak konsumpcja. O programach tanich mieszkań dla młodych mogliśmy posłuchać tylko z okazji wyborów. Dla kogoś, kto nie widział się w roli włoskiego „mammismo”, kwaterującego kątem u rodziców, alternatywą były wynajem lub kredyt.

Lecz po co płacić komuś za cudze, jeśli można spłacać własne, w dodatku mniejszym kosztem? – słyszeliśmy wokół, i to nie od akwizytorów rozdających na ulicy ulotki, lecz z ust ekspertów, występujących w poważnych programach, oraz doradców przedstawiających wieloletnie symulacje. Politycy i piszący o finansach dziennikarze przekonywali, że najlepszą kredytową walutą jest frank szwajcarski. Niskie stopy procentowe, stabilność gospodarki, prognozy o umacnianiu się złotówki – jeśli ktoś nie wierzy, polecam lekturę raportu Instytutu Globalizacji z sierpnia 2006 r., podsumowującego akcję promującą jak najszerszy dostęp do kredytów frankowych. Banki prześcigały się w zachętach. Zawsze istnieje możliwość przewalutowania, zapewniały.

Większość z nas, składając podpis pod umową, nie czuła dreszczyku spekulacji, tylko ciężar należności, którą trzeba będzie spłacać latami. Banki orzekły, że jesteśmy do tego zdolni, badając stan zarobków i umowy o pracę. Jeszcze przez kilka lat opędzaliśmy się od konkurencji kuszącej, by przenieść zobowiązanie na nią. Potem kurs franka poszybował. Znów odbieraliśmy telefony, tym razem z propozycją wykupu dodatkowego ubezpieczenia, na wypadek, gdyby rósł nadal. Przyszedł kryzys, część z nas straciła stałą pracę i zwróciła się do banków z pytaniem, co robić, jeśli z trudem ciułamy na kolejną ratę. Wtedy okazało się, że w umowie z instytucją, której powinno zależeć przede wszystkim na terminowych spłatach rozłożonych na jak najdłuższy okres, coś jednak zgrzyta, jeśli chodzi o równość obowiązków i praw. Potwierdził to wyrok sądu w Szczecinie, kwestionując decyzję banku, który żądając spłaty całości długu od pogrążonej w tarapatach kredytobiorczyni, narzucił jej korzystny dla siebie sposób przewalutowania – po kursie z dnia, w którym rozpoczął egzekucję należności.

Większość z nas, wiedząc, że w życiu nie ma nic pewnego, zwłaszcza jeśli chodzi o kursy walut w wieloletniej perspektywie, przytnie teraz inne wydatki i zapłaci bankom więcej, traktując czarny czwartek jako jedną z konsekwencji świadomie podjętej decyzji i nie licząc na pomoc z zewnątrz. Nawet jeśli możliwa jest interpretacja, którą niedawno przyjął inny sąd, w Barcelonie, że banki same wpakowały się w kabałę, nie sprawdziwszy odpowiednio sytuacji finansowej klientów, którym pod pozorami kredytu zaoferowały „skomplikowany produkt o charakterze inwestycyjnym”, i powinny ponieść tego konsekwencje. Np. godząc się na spłatę po kursie z dnia zawarcia umowy lub tuż przed skokiem kursu.

Ciekawi mnie tylko, drodzy komentatorzy z internetu, czemu – gdy tylko pojawiają się pierwsze propozycje, by systemowo ulżyć frankowiczom, podnosicie larum, jakby chciano sięgnąć wam do kieszeni? Wszak różnica między dzisiejszym a zawarowanym przez państwo kursem naszych rat nie byłaby finansowana z podatków. Wolałabym wierzyć, że to nieświadomość, a nie zwykłe Schadenfreude. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Pisarka i dziennikarka. Absolwentka religioznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i europeistyki na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Autorka ośmiu książek, w tym m.in. reportaży „Stacja Muranów” i „Betonia" (za którą była nominowana do Nagrody… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 04/2015