Dekada z frankiem

Rok po dramatycznym skoku kursu szwajcarskiej waluty „frankowicze” doczekali się propozycji rozwiązania swojej sytuacji.

17.01.2016

Czyta się kilka minut

Protest frankowiczów pod Sejmem, Warszawa, 15 stycznia 2016 r. / Fot. Krystian Maj / FORUM
Protest frankowiczów pod Sejmem, Warszawa, 15 stycznia 2016 r. / Fot. Krystian Maj / FORUM

W połowie stycznia 2015 r. Narodowy Bank Szwajcarii ogłosił, że przestaje bronić kursu franka wobec euro. Decyzja „zatrzęsła rynkami”, pisali dziennikarze, ale ruch szwajcarskiego banku przeraził też setki tysięcy polskich rodzin. Nie o abstrakcyjne rynki więc ostatecznie chodziło, lecz o wrażliwe ciała, nagle przeszyte lękiem i pozbawione poczucia kontroli. Oraz o nową kategorię społeczną, która wyłoniła się w ostatniej dekadzie – „frankowiczów”.

Etnograf na osiedlu

Od pięciu lat prowadzę badania etnograficzne wśród kredytobiorców hipotecznych w Warszawie i okolicach. Odwiedzam mieszkania na nowych osiedlach, kupione dzięki kontraktom na 30, a czasem nawet 40 lat, czyli sięgającym dalej w przyszłość niż nasza pamięć wolnego rynku sięga w przeszłość. Rozmawiam z młodymi ludźmi, którzy kierując się marzeniami nie tak różnymi od marzeń swoich rodziców zaczynają wspólne życie w fundamentalnie odmiennych warunkach gospodarczych. Obserwuję, jak podejmują decyzje – wynajem czy kredyt, mniejsze mieszkanie bliżej centrum czy większe na przedmieściach, skąd wziąć na meble, kiedy mieć dziecko. Jak łatają domowe budżety nadgodzinami, fuchami, bezzwrotnymi pożyczkami i słoikami z jedzeniem z domu. Jak dają się uwodzić pokusom centrów handlowych i jak się im opierają, wreszcie: jak próbują stworzyć dobre życie dla siebie i bliskich, wykorzystując środki, których nie było pokolenie wcześniej: fundusze inwestycyjne, polisolokaty, karty kredytowe, linie debetowe i kredyty hipoteczne we frankach szwajcarskich. Związać koniec z końcem to odwieczne wyzwanie, ale dopiero od niedawna ludzie sięgają w tym celu po tak złożoną aparaturę.

Co etnografom do tego? Jeśli przyjrzeć się bliżej, okazuje się, że kredyt i dług stały się nieodłącznymi elementami współczesnej kultury. Obrastają symbolicznymi znaczeniami, stają się metaforami, mają moc przekształcania tożsamości i relacji z innymi. Nieobeznany z codziennością polskich miast przyjezdny zwróci np. uwagę na zaskakującą obecność franków szwajcarskich w życiu publicznym i prywatnym. Na ich kurs wyświetlany na tablicach kantorów i na ekranach w metrze, zaraz za euro i dolarem. Franki od lat są na pierwszych stronach gazet i na pasku w TVN24.

Oto garść moich notatek terenowych. Prowadzący kończy galę w jednym z teatrów: „publiczności dziękują aktorzy i dziękują banki, w których aktorzy zaciągnęli kredyty we frankach”. Matka przyjeżdża w odwiedziny do syna i jego żony, dopytuje, kiedy dziecko, a w odpowiedzi słyszy: „mamy już Franka, na drugie nas nie stać”. Kobieta irytuje się, że partner w łóżku sprawdza kurs na smartfonie. Ktoś inny pisze na Facebooku ze stacji benzynowej: „o, dziś bezołowiowa frank za litr”. W radiu rapuje Łona: „Zapytaj nas o kredyt, mamy tu pasmo przeżyć wartkich. Zapytaj, ile kosztuje, by śledzić, jak nam rośnie w siłę frank szwajcarski”. Tak frank, franek, franciszek stał się dla wielu walutą konwersacji. Sięgają po niego, gdy chcą powiedzieć rzeczy takie jak: teraz, rzeczywistość, nasza sytuacja, ludzie tacy jak my.

Frankowicze to dwa procent społeczeństwa (więcej, jeśli doliczyć krewnych), ale w ostatniej dekadzie niewiele było liczb omawianych tak intensywnie jak kurs franka. Socjolodzy nazywają takie publiczne liczby faktami-totemami, które skupiają społeczną uwagę, wywołują intensywne emocje i wiążą się z ważnymi dla zbiorowości tożsamościowymi opowieściami. W niektórych podwarszawskich osiedlach, na grillach i kinderbalach kurs franka jest jak pogoda, można zagadnąć o niego nieznajomego młodego mieszczanina, small talk gwarantowany.

Wokół kursu franka wytwarzają się wspólnoty wytężonej uwagi, oczekiwania, przewidywania, a bywa, że i lęku. Jego kulturowa siła polega na gromadzeniu wokół siebie ludzi i robieniu z nich populacji: zadłużonych frankowiczów i tych, którzy ich z różnych powodów obserwują. O frankowiczach mówi się czasem jako o pokoleniu, niesłusznie, bo są bardzo małym wycinkiem pokolenia i frankowiczem nie jest się z urodzenia. Ale coś jest na rzeczy. Mówimy w końcu o zamkniętej grupie ludzi doświadczanych niezależnymi od nich turbulencjami. Do frankowiczów nie można już przystąpić, bo kredyty frankowe praktycznie zniknęły z oferty, ale też trudno z ich szeregów wystąpić, bo wielu nie może sprzedać zadłużonych domów lub nie chce ponosić straty przewalutowania.

Zamienić niepewność na ryzyko

Kredyty frankowe stworzyły zupełnie nowy rodzaj gospodarstwa domowego, dla wielu moich rozmówców często pierwszego bez rodziców. Co je wyróżnia? Frankowy dom jest efektem bezprecedensowej w naszym życiu codziennym inżynierii finansowej. „Nieruchomości” to pojęcie mylące, ściany są może nieruchome, ale to, co czyni je możliwymi, to nieustający światowy ruch pieniędzy i derywatywów. Na naszych oczach powstał zupełnie nowy rodzaj majątku, niektórzy mówią, że fikcyjny, ale czy w fikcji można gotować i wychowywać dwójkę dzieci?

Dom frankowy zamieszkują ludzie, których wieloletnie umowy kredytowe ustawiają w pozycji bezwiednych i niezabezpieczonych graczy na globalnym rynku Forex. Wpisują one życie w logikę obarczonej ryzykiem spekulacji na walucie, mimo że większość frankowiczów przywiodła do tego po prostu chęć zaspokojenia jednej z podstawowych potrzeb. Australijscy farmerzy, islandzcy urzędnicy, wielu na świecie ma swoją opowieść o codzienności budowanej na takiej spekulacji, o tym, jak logika globalnych rynków przecieka do kameralnego życia na nowym osiedlu. W ostatniej dekadzie w regionie zaroiło się od frankowych (i jenowych) domów: na Litwie, w Łotwie i Estonii, w Serbii, Chorwacji, Bułgarii i Rumunii, najbardziej spektakularnie na Węgrzech, a najwcześniej w Austrii, gdzie lokalny w latach 80. trend wśród mieszkających przy granicy ze Szwajcarią szybko rozprzestrzenił się na cały kraj.

Jerzy Krzętowski narysował niedługo po kryzysie żart o domu frankowym. Jesteśmy w sypialni, w łóżku para, lecz obok niej, klasowo obcy osiłek, zarośnięty, w podkoszulku z napisem SPREAD, czyli terminem z bankowości, który wszedł do życia potocznego (spread to różnica między ceną kupna i sprzedaży waluty). „Spytaj pana Franka, czy chce kawy”, mówi kobieta do mężczyzny. To frank jako ten trzeci w domu, częsty trop w moich badaniach. Coś, co jest, domaga się, rozpycha, ale przede wszystkim ma moc przekształcania relacji społecznych. Trzeba wracać z podkulonym ogonem do rodziców, tych samych, od których frank obiecał niezależność. Trzeba usiąść z partnerem na niekomfortową rozmowę o wydatkach, niech pójdzie do szefa po podwyżkę. Rozmawiałem z adwokatami, którzy rozwodzą frankowiczów. Spece od rozstań szukają dystansu w ironii. „Biorę ciebie, we franku, w oprocentowaniu zmiennym, na trzydzieści lat”, żartował jeden przed rozprawą. Para chce się rozejść, ale frank ją trzyma. Żaden z małżonków nie ma zdolności kredytowej, żeby przejąć cały dług, przewyższający wartość mieszkania. Inni z kolei zarabiają coraz lepiej, następne dziecko w drodze, ale małe mieszkanie z frankiem jest niesprzedawalne.

Każdy kredytobiorca pożycza pieniądze od własnej przyszłości, jeśli bank uzna tę za obiecującą. Za cenę odsetek przybliża do siebie mieszkanie, na które w innych warunkach pozwolić mógłby sobie dopiero za kilkadziesiąt lat. O frankowiczach można powiedzieć, że dostali możliwość zamieszkania swoistej, komfortowej przestrzeni za cenę konieczności zamieszkania równie swoistego czasu. Ten czas ma odległy horyzont, notariusze opowiadają, że ludzie wybuchają nerwowym śmiechem, gdy w czasie odczytywania umowy słyszą: rok 2040. Ten czas ma miesięczny rytm, który dyscyplinuje wydatki i ustawia plany. Ten czas cechuje wreszcie nieoznaczoność przyszłości i próby jej okiełznania przez kalkulację, zamiana egzystencjalnego problemu niepewności w techniczny problem ryzyka.

Społeczne wytwarzanie optymizmu

Wielu pyta dziś: dlaczego właściwie ludzie brali te kredyty, banki je oferowały, a państwo na to przyzwalało? Chyba wszyscy wiemy, że nie należy się zadłużać w walucie, w której się nie zarabia? Słychać to zdanie zewsząd, czasem mówione tonem pobłażliwego eksperta, zadziwionego ludzką naiwnością, czasem tonem sąsiada z nieskrywaną Schadenfreude. Taka wiedza nie jest jednak zawsze trafna; zdarzało się przecież, że z zadłużenia w innej walucie wynikały korzyści i dla banków, i dla kredytobiorców. Ludzie mieli jakieś powody, żeby mieć nadzieję. Dekada rozmów o franku ujawnia problem filozofii historii: nikt nie potrafi wyjść poza swój czas. Antropolodzy wiedzą, że dług jest formą pamięci. Przechowuje moment, w którym go zaciągnięto. Rosnące zadłużenie odsyła nas do zupełnie innego czasu, kiedy co innego wydawało się prawdziwe i co innego wydawało się możliwe.

Słucham nagrań grup fokusowych zorganizowanych przez jeden z banków w 2005 r. z przyszłymi kredytobiorcami w Krakowie. Na rynku pracy warunki dyktuje pracownik, mówią, jeszcze nigdy nie żyło się tak komfortowo, a frank to najstabilniejsza z walut. Za lustrem weneckim pracownicy agencji reklamowej planują kolejną kampanię. Co wiadomo? Za życia pierwszego postsocjalistycznego pokolenia weszliśmy do NATO i do UE, z której płyną pieniądze na rozwój. Żyjemy właściwie na Zachodzie, tylko trzeba nadgonić standardy, zwłaszcza mieszkaniowe. W mediach dużo o wzroście gospodarczym, niskiej inflacji, spadających stopach procentowych i mocnej złotówce, z którą powoli się żegnamy w związku z niechybnym wejściem do strefy euro w 2011 r. Ale mieszkań brakuje, problem jak istniał w PRL-u, tak istnieje w wolnej Polsce, której władze nic nie robią, żeby go rozwiązać, poza zachęcaniem, żeby brać sprawy we własne ręce, „korzystać z dobrodziejstw wolności” (to fraza Bronisława Komorowskiego o kredycie z wywiadu w „TP” nr 36/2015).

Indywidualne ryzyko – więcej: indywidualizacja poprzez ryzyko – było w tych czasach nową cnotą. Tak zaczynał się boom kredytowy. Ci sami, którzy dziś uważnie i często w asyście prawników wgłębiają się w treść swoich umów, podpisywali je w pośpiechu, w kolejce do drożejących z tygodnia na tydzień mieszkań i w kolejce do pracujących na granicy wydajności doradców kredytowych.

Skąd bierze się optymizm? Jakie sprzężenie ducha czasu, aspiracji do dobrego życia i urządzeń społecznych, które pozwalają twierdzić, że przyszłość jest przewidywalna, zadziałało w przypadku frankowiczów? Grupa węgierskich socjologów badała podobny boom kredytowy w Budapeszcie. Opisują doradców, symulujących kredytobiorcom świetlaną przyszłość na wykresach, spotkania rad nadzorczych banków, ale i rządowych regulatorów, na których czytano raporty o trendach i porównywano się z innymi rynkami, by mieć pewność, że sprawy idą we właściwym kierunku. Opisują gospodarstwa domowe, wsłuchujące się w publiczny optymizm i uzgadniające go z prywatnymi marzeniami. Ich wniosek: kapitalizm jest napędzany oczekiwaniami i nadzieją, ale to, co nazywamy „przyszłością”, to tylko jak najbardziej teraźniejsze opowieści, plany i spekulacje, za którymi stoi wystarczająco dużo społecznej mocy, by wydały się prawdziwe i motywowały ludzi do działania.

Od spreadów przez doradców po treść umów i niejasne ubezpieczenia – banki mają w sprawie franków wiele przewin, ale złożoności sprawy nie da się zredukować do prostego oszustwa. Ludzie obecnie będący po dwóch stronach barykady podzielali zaskakująco spójną wersję przyszłych wydarzeń. W 2006 r. o frankach niemal jednym głosem pisał „Forbes” i „Nasz Dziennik”. Właściwie żaden z czynnych wtedy i dziś polityków nie może powiedzieć: „ostrzegałem”. Gdy nadzór bankowy chciał trochę przykręcić śrubę, banki przeprowadziły sprawną ofensywę PR-ową, portal Money.pl rozkręcił akcję w imieniu „rodzin, które próbują zdobyć dach nad głową” pod hasłem „Chcemy ryzykować!”, a klub parlamentarny PiS uznał szeroką podaż kredytów frankowych za przejaw „interesu publicznego”.

Początek dekady franka to czas, w którym waluta była medium łączącym ludzi z dobrą przyszłością. Franki były rodzajem światotwórczej substancji. Zarządy banków i ich akcjonariusze, politycy, młodzi ludzie gnieżdżący się u teściów – każdy chciał z franków coś zbudować. Marketingowiec jednego z banków wspomina spotkanie o nowej kampanii reklamowej. Rozmawiali o podejściu, które marki i towary ujmuje jako fundamentalne wzorce postaci, archetypy. Starbucks to „odkrywca”, Nike to „bohater”. A kredyt we frankach, wtedy? „Magik”. Robi coś z niczego i spełnia marzenia: bankowcy mają gigantyczne zyski, politycy elektorat „na swoim”, a sam mój rozmówca – trzypokojowe na warszawskim Bemowie. Bank dał mu kredyt na 110 proc. wartości mieszkania. Jeszcze pojechał za to do Chorwacji.

Pod wodę

Skoki franka zwiększały wysokość miesięcznych rat jednym nieznacznie, innym bardziej, większości jednak drastycznie wzrastało zadłużenie, wtrącając wiele domów, jak mawia się w Ameryce, „pod wodę”, czyli w ogromny wskaźnik zadłużenia do zabezpieczenia (LTV). Konsekwencje to historia szeroko opowiedziana, również dlatego, że wielu dziennikarzy, twórców i innych elit, które opowiadają dziś Polskę, to frankowicze.

Momenty zapaści wartości złotówki do franka są też momentami tożsamościowej zapaści części nowej klasy średniej, która również po to zadłużała się w starej, zachodniej walucie, żeby mocniej związać swoje życie na peryferiach z pewnością, jaką dają instytucje centrum. Bezpieczeństwo miało dawać to, co zachodnie. Wydawało się, że kryzys mógł nadejść ze Wschodu lub Skądinąd, lecz nigdy z Zachodu. Ostatecznie dlatego rodzice frankowiczów gromadzili przez lata oszczędności w markach i dolarach. Zahaczenie frankowych domów o finansową geografię Zachodu stało się nagle obciążeniem. Najpierw Wall Street, a potem Ateny podbiły wartość franka, bezpiecznej przystani dla uciekającego w panice kapitału. Do tego w Londynie LIBOR wstrząsany skandalami, w Zurychu bank centralny zainteresowany swoją gospodarką, nie naszymi gospodarstwami.

Moralna ekonomia 

W przeciwieństwie do poprzednich skoków kursu (w 2009 i 2011 r.) rok temu frankowicze rzadziej słyszeli, żeby „czekać”, wiedzieli już o państwowych interwencjach, wymuszonych przewalutowaniach i pakietach ratunkowych w innych krajach regionu. Rozumieli też, że są pożądanym elektoratem, a postulat przewalutowania z miesiąca na miesiąc przestawał być pomysłem szalonym. Od kilku lat obserwowali też toczące się procesy z bankami, najpierw indywidualne, później zbiorowe. Z pomocą adwokatów i rzeczników konsumentów uczyli się mówić nowym językiem praw, „klauzul abuzywnych” i bankowego arbitrażu. Ich problem wszedł w zakres tzw. ekonomii moralnej, charakterystycznej dla czasów kryzysu, kiedy interesy gospodarcze i społeczne zaczynają się rozchodzić, a w zbiorowościach rozwija się poczucie niesprawiedliwości i krzywdy. Wyrazistym przejawem tego są manifestacje stowarzyszeń frankowiczów, w których rynkowy symbol franka, CHF, na transparencie wygląda tak: „liCHFa”.

Wśród frankowiczów narasta gniew, lecz jako że większość z nich identyfikuje się z klasą średnią, gniew ten rzadziej kieruje się przeciw systemowi („banksterzy i ich politycy”), a częściej chce z systemem rozmawiać, jest sublimowany w twarde negocjacje w asyście prawników w polityczny lobbing i samoorganizację – w internecie i poza nim. Nowe mechanizmy ekonomii moralnej tam, gdzie technokraci chcą wciąż rozmawiać o rynkowych cenach, każą pytać o „uczciwą cenę”, a tam, gdzie bank pokazuje kopię podpisu pod drobnym drukiem, pytać o sprawiedliwość. Powstaje nowy język mówienia o franku, o tym, jaki skok wyceny pary CHF-PLN jest „normalny”, a jaki nie. Bankowcy w dużej mierze nie umieją w tym języku rozmawiać. 15 stycznia Kancelaria Prezydenta przedstawiła projekt ustawy oparty na „mechanizmie kursu sprawiedliwego”. Jeszcze niedawno taka fraza mało komu przyszłaby do głowy.

Kilka lat temu obserwowałem spotkanie grupy kredytobiorców z prawnikiem, którego chcieli nająć, by iść z pozwem zbiorowym przeciwko jednemu z banków. W sali konferencyjnej kilkadziesiąt osób, prosto z biur po pracy, w żakietach i marynarkach, kilka dalszych na Skypie, ze swoich frankowych domów, po których biegały rozkrzyczane dzieci. W dyskusji wydarzyło się kilka rzeczy, które rzucają światło na nowy etap w dekadzie franka.

Po pierwsze, ludzie zaczęli studiować umowy, wymieniać się cytatami, zestawiać je z przykładami z innych banków i z wykazem klauzul niedozwolonych. Fora internetowe zaroiły się od egzegez. Zaczęła się praca, którą projektanci nazywają „inżynierią odwrotną”, czyli badanie nakierowane na odkrycie, jak coś właściwie działa.

Po drugie, ludzie zaczęli dyskutować ontologię kapitalizmu, stawiając pytania, które od lat stawiali badacze systemu finansowego: która wartość jest realna, a która fikcyjna? Co to właściwie znaczy, że mamy kredyty denominowane we frankach albo do nich indeksowane? Do tego doszło następne pytanie: czy banki w ogóle miały franki? Rok później w telewizji Witold Modzelewski argumentował, że nie, bo zapis księgowy rano kupionych, a wieczorem sprzedanych przez bank franków to nie „rzecz” i nie „rzeczywistość”. Przedstawiciel banku tłumaczył, że franki są i były, sugerując, że podobne wątpliwości to anachronizm myślenia przyzwyczajonego, że pieniądze są czymś namacalnym.

Po trzecie, wrócił problem filozofii historii: czy jest do pomyślenia powrót do status quo ante? Ludzie pytali, czy można uznać całą sprawę za niebyłą, przeliczyć kredyty od początku? Dlaczego w 2006 r. rozmawialiśmy o tym, że kupujemy szybką drogę do własności mieszkania, zamiast wynajmu, a teraz pociesza się nas, że comiesięczne raty niewiele drgnęły? Przecież kapitału do spłaty jest więcej, więc to tak, jakbyśmy znowu wynajmowali coś, co nigdy nie będzie nasze. Co z tymi nielicznymi, którzy spłacili? Co z tymi, którzy na franku zyskali?

To ostatnie pytanie otworzyło na spotkaniu frankowiczów kolejną puszkę Pandory. No dobrze, powiedział ktoś w trybie eksperymentu myślowego, bank powie nam: „frank ostro skoczył i chcecie powetowania swojej straty, ale gdyby ostro spadł, zyski chcielibyście zachować dla siebie”. Człowiek ten pytał w istocie: kim byliśmy i kim jesteśmy? Obywatelami z potrzebą mieszkaniową, których nowe państwo odesłało do banków tak jak stare odsyłało do książeczki mieszkaniowej? Klasą średnią, która buduje majątek spekulując na rynku walut i nieruchomości? Czy to, co się zdarzyło, było prawomocną inwestycją, czy nieprawomocnym hazardem? Trwa obecnie wytężona kulturowa praca przerysowywania moralnych granic i nazywania na nowo ról i sytuacji.

Czyje jest frankowe ryzyko, czyje są zyski i czyje są straty? Poprzedni system obiecywał absorbować całe ryzyko w centralnie sterowanej gospodarce, ale zawiódł. W nowym to ludzie mieli przejąć na siebie znaczną część ryzyka, nowej obywatelskiej cnoty. Przejęli. W 2013 r. na łamach „Gazety Wyborczej” Adam Leszczyński pisał: „Mieszkając na terenie zagrożonym powodzią, ludzie podejmują świadome ryzyko. Nikt nie zabrania im się przenieść. Mimo to jednak po każdej powodzi państwo udziela im różnego rodzaju bezzwrotnej pomocy, a kiedy premier Włodzimierz Cimoszewicz w czasie wielkiej powodzi w 1997 r. zauważył cierpko, że »trzeba się było ubezpieczać«, wzbudził powszechne oburzenie. Czym różnią się wylewy Odry od równie nieprzewidywalnych fluktuacji na rynkach walutowych?”. Maciej Samcik odpowiadał mu, że to nieuprawniona analogia, krzywdząca złotówkowych kredytobiorców, a poza tym frankowicze są przeważnie zadowoleni i niezagrożeni.

Dekada minęła, a problem właściciela ryzyka pozostaje otwarty. Na obradach poprzedniego parlamentu, na spotkaniach w Kancelarii Prezydenta, w Związku Banków Polskich, w zarządach banków – kroi się ryzyko jak tort. Tyle państwa, tyle banku, tyle frankowicza. To dyskusja ważna nie tylko dla frankowiczów i ich rodzin, bo inżynieria finansowa spotyka się w niej z moralną ekonomią, ścierają się odmienne wizje roli globalnych rynków w zapewnianiu dobra wspólnego (tak jak było to w przypadku debaty o OFE). Okazuje się, że w dobie niestabilnego finansowego kapitalizmu umowę społeczną trzeba wciąż dyskutować na nowo. ©

KURS SPRAWIEDLIWY

15 stycznia sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Maciej Łopiński przedstawił projekt ustawy o „sposobach przywrócenia równości stron” między bankami a zadłużonymi w walutach. Zakłada on możliwość przeliczenia kredytu na złote po „kursie sprawiedliwym”, wyliczanym indywidualnie dla każdego kredytobiorcy. Powstawał w toku kilku miesięcy konsultacji z organizacjami zrzeszającymi frankowiczów, a te na osobnej konferencji prasowej uznały go za spełniający dużą część ich oczekiwań. Nikt nie policzył jeszcze kosztów operacji, która nie tylko ma nie obciążyć budżetu państwa, lecz zdaniem Kancelarii Prezydenta i frankowiczów wręcz go wesprzeć, uwalniając w gospodarstwach domowych nowe środki na konsumpcję.

– Nie jeździmy taksówkami, nie chodzimy do kina i do restauracji, bo musimy zapłacić ratę, którą nazywamy haraczem – mówił członek Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Projektodawcy ustawy przedstawili działanie algorytmu, który na podstawie daty wzięcia kredytu i jego wysokości każdemu zadłużonemu powie, jaki w jego przypadku powinien być „kurs sprawiedliwy”. Frankowicz będzie mógł wybrać jedno z trzech rozwiązań: restrukturyzację, która przeliczy kredyt na złotówkowy za zgodą banku, restrukturyzację wymuszoną na banku albo przeniesienie na bank własności domu w zamian za zwolnienie z długu. Koszty ustawy dla banków nie są jeszcze znane, oszacuje je KNF, ale i Łopiński, i frankowicze podkreślali, że nie ma mowy o stratach, lecz raczej o tym, że nie osiągną one zakładanych zysków.

To nie pierwszy pomysł na rozwiązanie problemu, Sejm poprzedniej kadencji dyskutował nad projektem, który przeliczał franki na złotówki rozdzielając ryzyko między państwo, banki i kredytobiorców. Demonstrujący, którzy przeszli 15 stycznia w Czarnym Marszu pod Sejm z kajdanami na rękach i stryczkami na szyjach, wskazywali też na ustawy przewalutowujące na Węgrzech, w Chorwacji i Rumunii. ©

Autor jest asystentem w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN oraz kierownikiem zespołu humanistyki i nauk społecznych w School of Form. Pod adresem opowiedz.o.zyciu.z.frankiem@gmail.com zbiera doświadczenia kredytobiorców frankowych (zapewniona anonimowość). Część badań powstała we współpracy z Mikołajem Lewickim z UW i Martą Olcoń-Kubicką z PAN.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 04/2016