Pieśni tułacza

Odszedł, jak żył – wciąż w drodze, w tańcu, śpiewając ludziom o ich codziennym życiu, nadziejach i troskach. Był pieśniarzem, kronikarzem, kustoszem tożsamości i pamięci.

30.07.2019

Czyta się kilka minut

Johnny Clegg (pierwszy z prawej) i jego żona Jennifer Bartlett (po lewej) na weselu zuluskim, prowincja Natal, Republika Południowej Afryki, 1989 r. / TREVOR SAMSON / AFP / EAST NEWS
Johnny Clegg (pierwszy z prawej) i jego żona Jennifer Bartlett (po lewej) na weselu zuluskim, prowincja Natal, Republika Południowej Afryki, 1989 r. / TREVOR SAMSON / AFP / EAST NEWS

Cztery lata temu, niedługo po 62. urodzinach, Johnny Clegg dowiedział się, że jest śmiertelnie chory i że niewiele zostało mu życia. Przerwał koncerty, którymi odmierzał czas, i za radą lekarzy poszedł do szpitala, gdzie poddał się operacjom i sesjom chemioterapii. Kiedy dwa lata później umówił się na spotkanie z dziennikarzami, spodziewali się najgorszego.

„Mam raka trzustki... Już się z tego nie wykaraskam...” – wyznał w wywiadzie dla stacji Channel 24. Po czym oznajmił, że terapie i operacje poskutkowały na tyle, iż choroba zelżała, więc postanowił wyruszyć w pożegnalną trasę koncertową. Tak ją nazwał: „Ostatnia podróż”. Spędził w niej prawie cały zeszły rok, odwiedzając Stany Zjednoczone, Kanadę, Dubaj, Mauritius, Wielką Brytanię i Francję, gdzie poza Południową Afryką cieszył się największą popularnością i gdzie ochrzczono go „Białym Zulusem” (szczerze tego nie znosił). I na koniec – ma się rozumieć – wystąpił w RPA. Ostatni koncert odbył się w styczniu w Port Elizabeth. Ci, którzy widzieli go na scenie, przysięgają, że nie wyglądał na chorego ani słabego. Ani starego – jeśli 65 lat oznacza starość.

To w tamtym czasie kolejny raz spotkał się z dziennikarzami. Mówił, że więcej już występować nie będzie, że założył fundację, która ma zbierać pieniądze na utrzymanie szkół dla najbiedniejszych, że pisze książkę o swoim życiu. „Napisałem jakieś 150 stron, a dopiero jestem w połowie” – powiedział. Sporo mówił też o śmierci, że o niej rozmyśla i że człowiek nie jest przecież wieczny i wszyscy kiedyś umrzemy: „Następne dwa lata będą w tej mojej podróży przez życie najtrudniejsze”.

Okazało się, że były to ostatnie wypowiedziane publicznie słowa Clegga. 16 lipca jego stary przyjaciel i menadżer Roddy Quinn ogłosił: dziś po południu, w wieku 66 lat w rodzinnym domu w Johannesburgu, w obecności żony i synów, Jonathan „Johnny” Clegg skończył życie.

Taniec i tożsamość

Trochę jak Bob Dylan, zaprzeczał, ilekroć pytano go zaangażowanie w politykę. „Nie jestem żadnym politykiem, bo dla mnie polityk to ktoś, kto wiąże się z jakąś konkretną ideologią – powiedział w wywiadzie dla londyńskiego „Timesa”. Był rok 1989, a w Południowej Afryce wciąż obowiązywał ustrój segregacji rasowej. – Nie opowiadam się za żadną partią polityczną, lecz za prawami człowieka”.

W innym z wywiadów powiedział, że tym, co go pochłonęło bez reszty oraz ukształtowało jego życie, nie była polityka, ale tańce Zulusów, najliczniejszego z ludów zamieszkujących Południową Afrykę. Nawet zuluska muzyka nie uwiodła go tak bardzo jak tańce. „Kiedy pierwszy raz zobaczyłem, jak tańczą, doznałem olśnienia. Czułem, że jest w tym jakaś tajemnica, którą coś kazało mi poznać. To było silniejsze ode mnie. Chciałem być jak oni” – wspominał.

Po latach dodał, że obcowanie z kulturą, tradycjami i zwyczajami Zulusów pomogło mu zrozumieć samego siebie, odnaleźć własną, afrykańską tożsamość.

Zulusi, potomkowie sławnych królów i władców potężnego imperium, Szaki i Dingaana, pokonani i podbici przez Brytyjczyków i Afrykanerów, z niegdysiejszych, wzbudzających trwogę wojowników przerodzili się w górników z kopalni złota, robotników rolnych, kucharzy, zamiataczy ulic. Ściągali za chlebem do białych miast. Mieszkali w nich w specjalnych osiedlach, na przedmieściach, z dala od domów białych państwa, którym służyli. W zastrzeżonych dla białych dzielnicach mogli przebywać tylko na czas pracy i potrzebowali do tego specjalnych przepustek. Po fajrancie musieli wracać do swoich baraków. Nie wolno im było sprowadzać rodzin, nie mieli żadnych praw. W osiedlach robotniczych wolno im było przebywać tylko tak długo, jak długo byli potrzebni białym. Jeśli tracili pracę, musieli wynosić się precz, szukać zarobku gdzie indziej. Białym też nie wolno było bez wyraźnego powodu pojawiać się na czarnych przedmieściach. Na tym właśnie, na całkowitym rozdzieleniu ludzi różnych ras, polegał ustrój apartheidu.

Zulusi i wszyscy inni czarnoskórzy mieszkańcy zawłaszczonej przez białych Południowej Afryki stali się tułaczami we własnym kraju. O ich tułaczym losie opowiadały pieśni z najsłynniejszą „Shosholozą” na czele. O tułaczce śpiewał też Johnny Clegg. „Wszyscy ludzie ruszający w świat za chlebem czy lepszym życiem są tułaczami. I wszystkich ich łączy poczucie wykluczenia. Wszędzie, czy to w Ameryce, w Europie, czy Afryce – powiedział w jednym z wywiadów. – Ta bliskość, jaką czułem z Zulusami, wynikała chyba właśnie z tego, że ja też czułem się tułaczem”.

Płonne nadzieje

Urodził się w Anglii, jako syn Anglika i Żydówki z ówczesnej Rodezji Południowej, a dzisiejszego Zimbabwe, dawnej kolonii brytyjskiej na południu Afryki. Rodzina matki Johnny’ego wywodziła się z Litwy, najprawdopodobniej z tej jej części, która w tamtych czasach stanowiła część Polski. Kiedy poznała Dennisa, przyszłego ojca Johnny’ego, Muriel była piosenkarką jazzową i występowała w klubach muzycznych i kabaretach rodezyjskiej stolicy, Salisbury. Małżeństwo z Anglikiem nie przetrwało, a po rozwodzie Muriel postanowiła wrócić do Rodezji.

Johnny wciąż był małym chłopcem, gdy z matką i jej nowym mężem, Afrykanerem i dziennikarzem, przenieśli się do Południowej Afryki. Chcąc oszczędzić mu koczowniczego życia i uwolnić od więzów ustroju segregacji rasowej, a może żeby samej łatwiej zapuścić korzenie w nowym miejscu, matka posłała małego Johnny’ego do szkół z internatem w Zambii, a także do Izraela w nadziei (płonnej, jak się okazało), że syn da się wychować na bogobojnego żyda. Zanim kolejne małżeństwo matki się rozpadło, ojczym, liberał i buntownik (podobnie jak matka Johnny’ego), autor rubryk kryminalnych, zdążył wprowadzić chłopaka w świat czarnych przedmieść, gdzie do zbrodni dochodziło najczęściej, i nauczył, by nie patrzeć na ludzi przez pryzmat barwy ich skóry.

Wiodąc od dziecka tułacze życie (mieszkał w pięciu krajach, chodził do tuzina rozmaitych szkół), opuszczony zarówno przez ojca, jak i ojczyma, Johnny wychował się właściwie na ulicy i wśród rówieśników, których tam spotykał. Już jako młody chłopak sięgnął po gitarę i szybko nabrał w grze na niej sporej wprawy. Pewnego dnia Charlie Mzila, kilkunastoletni Zulus, który przyjeżdżał do dzielnicy Johnny’ego sprzątać u białych państwa, pokazał mu, jak stroi się gitarę na zuluską modłę, by grać muzykę maskandi. Nowy przyjaciel zgodził się też uczyć „białasa” zuluskich tańców i zuluskiej mowy.

Czarny w białej skórze

Mało który z afrykańskich ludów tak troskliwie jak Zulusi dba o tradycję, by utrzymać swoją tożsamość w niezmiennym kształcie. Dla młodego chłopaka, spragnionego akceptacji i wzoru do naśladowania, Zulusi z hoteli robotniczych stali się przybraną rodziną. Johnny spędzał z nimi każdą wolną chwilę. Starał się do nich we wszystkim upodobnić, wszystkiego się nauczyć, zwłaszcza tańców. „Taniec Zulusów najlepiej oddaje ich duszę – mówił. – To ciągła walka i tęsknota za wielkością i bohaterstwem”.

Taniec Zulusów jest właściwie tańcem wojennym. Tancerze w lamparcich skórach i pióropuszach odgrywają sceny wyimaginowanych bitew. Nacierają, zadają ciosy włócznią, kopią, wymachując nogami wysoko, aż nad głowę, upadają, powstają, giną, zwyciężają. Najlepsi tancerze, jak dawniej wojownicy, zyskują podziw i sławę.

Johnny okazał się uczniem tak pojętnym, że wkrótce mówił biegle po zulusku, a w maturalnej klasie przyjaźnił się już tylko z Zulusami. „Nie jesteśmy Zulusami” – zwróciła mu kiedyś uwagę matka. „Ale jestem Afrykaninem” – odparł. „Podobnie jak ja” – powiedziała. „Ty? Ty tylko tu przebywasz, a ja stąd jestem”.

Na czarnych przedmieściach zrobiło się głośno o białym chłopaku, grającym zuluską muzykę i tańczącym zuluskie tańce. Zuluscy robotnicy mieli zresztą nieraz okazję, by posłuchać jego gry i obejrzeć jego taniec. Choć prawa apartheidu surowo mu tego zabraniały, przyjeżdżał do hoteli robotniczych, by dawać w nich z Charliem Mzilą występy. Za złamanie nakazu rozdzielności ras po raz pierwszy został aresztowany jako 15-latek. Policjanci, którzy zaalarmowali matkę, nie mogli uwierzyć, że pozwala synowi zadawać się z „czarnuchami”.

Wieści o białym gitarzyście, umlungu omnyama, czarnym w białej skórze, dotarły w końcu do Sipha Mchunu, znanego już zuluskiego muzyka i tancerza, który dorabiał w Johannesburgu jako ogrodnik. Spotkali się, zaprzyjaźnili, zaczęli grać razem, a w końcu w 1969 r. założyli zespół Juluka (trzech czarnoskórych muzyków i trzech białych), łączący muzykę Zulusów z zachodnią. Nikt nigdy wcześniej tak w RPA nie grał. Nikt nawet nie wpadł na pomysł, że można tak grać. Johnny miał wtedy 16 lat, Sipho był o dwa lata starszy.

Ale muzyka, tworzona i grana wspólnie przez białego i czarnego w apart- heidowskiej Południowej Afryce była zakazana. Żadna rozgłośnia radiowa (telewizja, jako odwodząca ludzi od modlitwy, zaczęła działać w RPA dopiero w 1976 r.) nie nadawała ich utworów, nie wolno im było wspólnie występować.

„Obchodziliśmy przepisy albo je po prostu łamaliśmy” – wspominał Clegg w wywiadach. Biały basista podczas koncertu na czarnych przedmieściach zakładał maskę goryla, by policjanci nie widzieli koloru jego skóry. Czarnoskóry gitarzysta, grając w białym mieście, wychodził na scenę z wiadrem i ścierką, by w każdej chwili móc uchodzić za sprzątacza. „Nie mogliśmy dawać publicznych koncertów, więc występowaliśmy na uniwersytetach, na przykład na johannesburskim Witwatersrand, w kościołach, w hotelach robotniczych, w prywatnych domach. Zapraszały nas też niektóre ambasady” – opowiadał Clegg.

Polityka ich dopadła

Choć odżegnywał się od politycznych manifestów, fakt, że występował z czarnoskórymi muzykami i grał zuluską muzykę, sprawiał, iż strażnicy apartheidu widzieli w nim wroga, a ich przeciwnicy – sprzymierzeńca. „Nie graliśmy z powodów politycznych, ale polityka nas dopadła” – komentował Clegg. Apartheid w każdej sferze życia starał się oddzielić czarne od białego, a Clegg, jakby na przekór, czarne z białym łączył. Ba! On, biały, próbował się upodobnić do Zulusa!

W 1979 r. z Mchunu nagrali pierwszą płytę „Universal Man”. „Za czarne dla białych, za białe dla czarnych” – orzekli krytycy. Dopiero trzecia płyta, „African Litany”, przyniosła muzykom pieniądze i zaproszenia na trasy koncertowe po Ameryce i Europie. Dopiero wtedy, gdy zdobyli światową sławę, władze Południowej Afryki pozwoliły Cleggowi i Mchunu występować razem. W 1985 r. na ich koncert na stadionie Ellis Park w Johannesburgu przyszło 100 tysięcy ludzi.

Sukces okazał się jednak końcem Juluki. Dochody ze sprzedaży płyty i koncertów sprawiły, że Clegg mógł pozwolić sobie na rezygnację z pracy wykładowcy antropologii na uniwersytecie. Sipho Mchunu zaś kupił stado bydła i wrócił do rodzinnej wioski i żon w Zululandzie. Muzyka jego zdaniem odciągała go od rzeczy w życiu najważniejszych – rodziny i życia wśród przyrody.

Clegg założył nowy zespół, Savuka, z którym odnosił sukcesy jeszcze większe niż z Juluką. Kapela została rozwiązana na początku lat 90., gdy Dudu „Zulu” Ndlovu, perkusista i partner Clegga od zuluskich tańców, zginął w strzelaninie podczas wojny taksówkowych gangów w Johannesburgu. Potem Clegg grał już sam.

Niewidzialny

Z Savuką nagrał swój najsławniejszy chyba utwór, „Asimbonangę”: odę do Nelsona Mandeli (na mnie niezmiennie wrażenie robi jego utwór „Warsaw 1943 – I Never Betrayed The Revolution”, zainspirowany wierszami Czesława Miłosza). Clegg napisał tę pieśń w 1986 r., gdy w Soweto trwało nowe powstanie przeciwko apartheidowskim władzom, a Mandela, skazany na dożywocie, ćwierć wieku przebywał w więzieniu. „Asimbonanga” znaczy w języku zuluskim „niewidzialny”, „nie widzieliśmy go”.

Po wtrąceniu Mandeli do więzienia władze zabroniły wymieniać w gazetach jego nazwiska, zakazały publikowania jego zdjęć. Czarni w Południowej Afryce wciąż uważali go za swojego przywódcę, ale nikt nie wiedział, jak po tylu latach niewoli Mandela wygląda, ani kim tak naprawdę jest. Pod koniec lat 80. „Asimbonanga” stała się jednym z hymnów śpiewanych przez przeciwników apart- heidu podczas ulicznych wieców i marszów protestacyjnych.

W 1999 r., gdy Johnny Clegg rozpoczynał „Asimbonangą” koncert we Frankfurcie, na scenie pojawił się niespodziewanie Mandela, który – zwolniony w 1990 r. z więzienia i wybrany w 1994 r. na pierwszego czarnoskórego prezydenta Południowej Afryki – przechodził właśnie na polityczną emeryturę. „To była jedna z tych chwil w życiu, kiedy czujesz, że jesteś na samym szczycie, że wyżej się nie da – wspominał ten koncert Clegg. – Śpiewałem akurat refren, gdy publiczność zerwała się z miejsc, podniosła wrzawę. Pomyślałem: »Super! Znają ten utwór!«. Dopiero kiedy się odwróciłem, zobaczyłem, że zza kurtyny wyszedł Mandela. Gość, o którym napisałem tę pieśń, stał tuż obok mnie!”.

W nowej Południowej Afryce, już pod rządami Mandeli, Clegg stał się skarbem narodowym, jak trębacz Hugh Masekela i pieśniarka Miriam Makeba. O Mandeli powiedział kiedyś, że nauczył się od niego, jak ważna jest cierpliwość przy pokonywaniu wszelkiego rodzaju przeciwności. Na pytanie dziennikarza, jaką rolę odegrał Mandela w jego życiu, odpowiedział: „Nauczył mnie, że historia to nie jest mgnienie oka, że nic nie dzieje się od razu. Nauczyłem się od niego, że nic nie jest doskonałe, a żeby doskonałym się stało, potrzeba zwykle czasu”. ©℗

Artykuł jest zmienioną wersją tekstu, który ukazał się pierwotnie na "Stronie świata" - w specjalnym serwisie "TP" z reportażami i analizami Wojciecha Jgaielskiego

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem Krzysztofem Millerem tworzyli tandem reporterski, jeżdżąc wiele lat w rejony… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2019