Pielgrzymka z Obrzeży Kościoła: Nie dajcie się wypchnąć!

Pielgrzymka z Obrzeży Kościoła przybyła na Jasną Górę. Udowadniając, wbrew krytykom i malkontentom, że jest tam miejsce dla każdego. Także dla tych, których istnieniu dotąd zaprzeczano.
Czyta się kilka minut
 Pielgrzymka z Obrzeży Kościoła. Jana Góra, 4 października 2025 r. // Fot. Agnieszka Gamdzyk
Pielgrzymka z Obrzeży Kościoła. Jasna Góra, 4 października 2025 r. // Fot. Agnieszka Gamdzyk

Basia opowiada, że kiedy tylko zobaczyła wielką kolejkę przez Bastionem św. Barbary, zrobiło jej się cieplej na sercu.

– Przepraszam, „Obrzeża” to tutaj? – zapytała. – Bo ja ze Słupska! – pochwaliła się, myśląc, że zrobi wrażenie.

– Cóż… Ja z Pekinu.

Rzeczywiście. Jeden z uczestników przyleciał na Jasną Górę prosto z Chin. Basia opowiada dalej, porównując Pielgrzymkę z Obrzeży Kościoła do wyjazdu służbowego czy delegacji. – Tam, wśród obcych ludzi, musisz po prostu odbębnić swoje, odliczasz czas do powrotu. Tutaj od początku było zupełnie inaczej. Jakbym przyjechała do domu. Poczułam się przyjęta, jak u przyjaciół, którzy specjalnie dla mnie rozpalają kominek i szykują gorącą czekoladę. A przecież tu też byli obcy ludzie!

Pielgrzymka z Obrzeży Kościoła – cuda się zdarzają

To był cud. Wydarzył się 4 października w Bastionie św. Barbary na Jasnej Górze. Cud spotkania w różnorodności. Cud przygarnięcia wszystkich zranień. Cud nawrócenia. Program Pielgrzymki z Obrzeży Kościoła był prosty: panel, okazja do spowiedzi i obrzędu umycia nóg, chwila na prywatne rozmowy, msza święta. Nic nadzwyczajnego. Nic, czego by wcześniej nie było.

Jednak samo zaproszenie, adresowane do ludzi, którzy w Kościele czują się niechciani, niewygodni lub przemilczani, którzy w jakikolwiek sposób przez innych w Kościele zostali skrzywdzeni, działało cuda. Ci, którzy wcześniej byli odrzuceni, poczuli się oczekiwani. Ci, których istnieniu zaprzeczano, mogli spojrzeć sobie w oczy.

Cudem były kolejki do księży, którzy nie ukrywali wzruszenia spowiedziami. Cudem długie rozmowy. Poruszająca serca homilia bp. Artura Ważnego. Wspólne odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych, z zapalonymi świecami w dłoniach – dawało siłę i przypominało o chrześcijańskiej tożsamości. Większych cudów nie trzeba. Nie człowiek zresztą ocenia, co się dzieje w drugim. W sercach ludzi ma działać sam Pan Bóg. Ludzie o tym mówią.

Magdalena: tu jest również moje miejsce

– Kilkanaście lat temu podjęłam trudną decyzję, żeby związać się z człowiekiem „z przeszłością” – mówi Magdalena. – Ale nie to wydarzenie sprawiło, że zaczęłam myśleć o Kościele jako o miejscu nie dla mnie. Już później usłyszałam, że jestem „gorszym sortem”. Obśmiałam to. Potem, że jestem „ukrytą opcją niemiecką”. Dalej z uśmiechem na twarzy mówiłam, że nie ukrytą, tylko jawną, bo mam niemieckie korzenie. Przestało mi być do śmiechu, kiedy dowiedziałam się z ambony, że nie jestem prawdziwą katoliczką, bo głosuję zgodnie z własnym sumieniem, a nie zgodnie z poleceniem księdza. 

A potem były filmy Sekielskich oraz bomba w postaci informacji, że mój katecheta, ksiądz, który przygotowywał mnie do bierzmowania, jest oskarżony o pedofilię.

Panel dyskusyjny w czasie Pielgrzymki z Obrzeży Kościoła. Od lewej: ks. Dawid Dyrcz, duszpasterz osób w związkach niesakramentalnych w archidiecezji katowickiej, red. Monika Białkowska, dziennikarka "Tygodnika Powszechnego" i o. Michał Legan, paulin, kierownik Redakcji Audycji Katolickich Telewizji Polskiej. Jasna Góra, 4 października 2025 r. // Fot. Agnieszka Gamdzyk / materiały prasowe

– Słuchając historii chrztu księdza Dawida Dyrcza i ojca Michała Legana – jednemu i drugiemu księża przed laty odmawiali udzielenia chrztu – boleśnie przypomniałam sobie historię syna mojego męża – kontynuuje Magdalena. – Został wprawdzie ochrzczony, ale kilkanaście lat później usłyszał, że z powodu braku ślubu kościelnego rodziców jest nieczysty. On nie jest na obrzeżach Kościoła. Jest poza Kościołem i nie chce do niego wracać. 

Bardzo się cieszę, że pojechałam na Jasną Górę. Uczestnictwo w pielgrzymce upewniło mnie, że chcę zostać w Kościele, a nie szukać własnej drogi do Boga. Nie byłam tu kilkanaście lat. Dzięki tej pielgrzymce wiem, że jest tam również miejsce dla nas.

Basia: zapragnęłam iść do spowiedzi

– Nie byłam u komunii od jakichś dziesięciu lat, u spowiedzi pewnie tyle samo – opowiada Basia. – Zewsząd słyszę, że same moje poglądy stawiają mnie poza Kościołem. Nie oburzam się na homoseksualistów i tworzenie przez nich związków, usankcjonowanych przez państwo. Nie mam nic przeciwko wychowywaniu dzieci przez takie rodziny. Całym sercem jestem za in vitro. Choć nie uważam aborcji za coś pozytywnego, jestem przeciwna temu, co się stało w 2020 r. Sprzeciwiam się też próbom zrobienia ustawy z Katechizmu Kościoła Katolickiego. Nie zgadzam się z teologią ciała według Jana Pawła II. Dla dodania dramatyzmu jestem starą panną i bezdzietną kociarą. W czasie pielgrzymki zadałam pytanie o. Maciejowi Biskupowi: czy taka nieprawomyślność naprawdę wyklucza mnie z życia sakramentalnego?

– Zapragnęłam iść do spowiedzi i wrócić do sakramentów – zwierza się Basia – ale uznałam, że to dzieje się za szybko. Po tylu latach przerwy potrzebuję głębszego przygotowania przed spowiedzią. Jednak drzwi zostały uchylone. Wiem, że sporo osób wyspowiadało się i przyjęło komunię świętą pierwszy raz od lat – to samo w sobie pokazuje, jakie są owoce tej pielgrzymki.

Paweł: Jasna Góra zawsze będzie świętym zakątkiem

Na Jasną Górę przyjechał z głęboką raną, wywołaną przez to miejsce. – Przez wiele lat uczestniczyłem w pieszych pielgrzymkach, zanosząc tam swoje życie. Zawsze było to dla mnie święte miejsce – wspomina Paweł. – Potem gorszące wydarzenia na Jasnej Górze sprawiły, że odszedłem. Pozwoliłem triumfować złu. Pozostała tęsknota i żal. Kiedy usłyszałem o inicjatywie, jaką miała być pielgrzymka dla osób skrzywdzonych w Kościele, poczułem, jakby już sama idea uśmierzała mój ból. „Nie dajcie się wypchnąć, czujcie się kochani i zaproszeni” – wyraźnie usłyszałem te słowa. Wróciłem do Domu. 

Już wiem, że mimo wszystko Jasna Góra zawsze będzie dla mnie świętym zakątkiem na tej ziemi i nic nie jest mi w stanie go odebrać. Dzięki temu wydarzeniu po raz pierwszy od wielu lat spojrzałem inaczej na Kościół. Być może zrodziła się we mnie nadzieja...

Dorota: można iść z podniesioną głową

– Moja sytuacja jest dramatyczna. Od 2019 r. nie mogłam przekroczyć bram kościoła – przyznaje Dorota. – Miałam barierę psychiczną i fizyczną. Zostawałam w domu, słuchając mszy online. Tęskniłam za Eucharystią przez lata. Miały na to wpływ zranienia, jakich doznałam od duszpasterzy, a o których przez lata bałam się opowiedzieć. Wiary nie straciłam, tego jestem pewna. Dzięki tej pielgrzymce pokonałam lęki, które są we mnie. Wróciłam umocniona. Byłam wzruszona postawą ludzi, którzy służyli pomocą w dotarciu na Jasną Górę. Czułam dobroć tych, którzy tam byli. Nie zapomnę tego do końca życia. Pielgrzymka umocniła mnie w wierze, że Kościół jest dalej moim Kościołem. Matka Boża jest Matką nas wszystkich: ludzi poranionych, zagubionych, odtrąconych, ludzi, którzy noszą w sercach rany, i ludzi, którzy towarzyszą im w leczeniu tych zranień. Jezus Chrystus nie robi złudzeń, nie wprowadza w błąd. Można wyjść z obrzeży z podniesioną głową, zachowując godność człowieka.

Artur: ja też poczułem się Ważny

Artur opowiada, że na Jasnej Górze miało go nie być: mówi, że jego peryferia Kościoła to w porównaniu z innymi ledwie delikatne przedmieścia. Zmotywował go hejt, rozkręcony przez media. – Kiedy przeczytałem, że ktoś, pod wpływem nagonki redaktora Pospieszalskiego, nie przyjedzie, bo się boi ostracyzmu, to ta nie-moja-pielgrzymka stała się moją – wyznaje. – Chciałem dać swoją twarz w zastępstwie nieobecnych. Przyjechałem na samą mszę. Poruszyło mnie kazanie mojego imiennika, biskupa Artura. Nagle będąc na wewnętrznych przedmieściach Kościoła, poczułem się „Ważny”. Było nas już dwóch – Arturów Ważnych. „Nie dajcie się wypchnąć z Kościoła” – ta myśl ze mną pozostanie.

Jakub: nie jestem lepszy

– Od pewnego czasu staram się wychodzić do ludzi, z którymi nie do końca mi po drodze, których się jakoś obawiam czy boję, z którymi „nie powinienem” się spotykać, bo mogą mnie sprowadzić na złą drogę (nie prowadzi się dialogu ze złem, prawda?) – opowiada Jakub. – Pojechałem na Jasną Górę, bo czuję się z Kościoła wypychany: gestami parafialnych księży, listami KEP, słowami walczących działaczy o jedynie-słusznych-poglądach. Chciałem też spotkać ludzi, których to ja w Kościele przez wiele lat nie chciałem widzieć. I rzeczywiście mogłem ich spotkać. Zobaczyć, że, choć inaczej się ubierają czy zachowują, są... ludźmi. Nie mieszczą się w schematach, w ciasnych gorsetach konwenansów, ale czy mam jakikolwiek mandat twierdzić, że jestem od nich lepszy? Czy to, że jestem heteroseksualny, mam sobie poczytywać za zasługę? Albo to, że mam wspaniałą, kochającą żonę, że się nie rozwiodłem i nie spotkałem kogoś, z kim mogłem założyć nowy związek?

Nogi umył mi duszpasterz środowiska LGBTQ+. Zapytał o imię, o to, kim jestem. Coś we mnie drgnęło. Podziękowałem mu za to, że rozbija mury. Trzeba mieć odwagę, aby w tym kraju występować oficjalnie w takiej roli.

Epilog pielgrzymki dopisała niedzielna msza. Podszedłem do komunii, a obok szła znajoma z mężem. Przystanęli przed kapłanem, prosząc jedynie o błogosławieństwo – od przeszło trzydziestu lat są razem, ale oboje po rozwodzie. Trzydzieści lat! A ja przyjąłem Eucharystię i zrozumiałem, że coś tu jest dziwnego. Ja mogę, oni nie. Jestem jakiś lepszy od nich? W czym? Trzydzieści lat ma swoją wagę. Trzydzieści lat „nielegalnej” miłości. Trzydzieści lat na obrzeżach. Poczułem, jakby mi ktoś przywalił obuchem. Nie jestem lepszy od nich. Jeśli ja mogę przystąpić do sakramentu, a oni nie, to przystąpię w ich imieniu.

Biskup: próg jest lepszy niż brak domu

„Niektórzy przyszli tu pomimo gniewu, złości, bólu, jaki także Kościół, ten ludzki, ułomny, wam zadał. Jesteście dotknięci brakiem zrozumienia, niesprawiedliwą oceną, głupim słowem, okrutnym gestem – mówił bp Artur Ważny w czasie homilii. – Być może mierzycie się z lękiem, poczuciem krzywdy, konfliktem z tymi, którzy mieli prowadzić, a zawiedli. Wielu jest potwornie rozczarowanych Kościołem w różnych jego przejawach. Jezus też bardzo się rozczarował systemem religijnym w swoich czasach. Więcej: ludzie tworzący ten system Go prześladowali, krzywdzili i w końcu ukrzyżowali. Wasz ból, wasza szczera walka o wiarę, wasze poszukiwanie prawdy – wszystko to sprawia, że jesteście blisko Tego, który sam został odrzucony na krzyżu”.

„Wasze miejsce w Kościele nie zależy od ludzkiego sądu, szat czy tytułów – puentował biskup. –  Jeśli czujesz się na obrzeżach, to znaczy, że stoisz dokładnie tam, gdzie Jezus rozradował się w Duchu Świętym. On nie rozradował się w świątyni z faryzeuszami uczonymi w Piśmie. Rozradował się w objawieniu Ojca wobec niemowląt. Nie dajcie się wypchnąć z domu Ojca. Nawet jeśli stoicie na progu, to ten próg jest lepszy niż świat bez domu”.

Oskarżenia: dyktatura ofiar i utwierdzanie w grzechach

Jeszcze przed rozpoczęciem pielgrzymki przez media przetoczyła się burza. Usłyszeliśmy o sobie wiele złych słów. Czytaliśmy, że pielgrzymka z obrzeży to obraza dla Kościoła, profanacja Jasnej Góry, „dom wariatów”. Obrazą i profanacją miało być wejście do sanktuarium tłumów, ubranych jak na Paradę Miłości, z transparentami i flagami, dopominających się krzykiem zmian nauczania Kościoła. Co wydarzyło się chyba tylko w wyobraźni oskarżycieli. Nic podobnego nie miało miejsca. Jedynie ci, którzy wzięli udział w pielgrzymce, sami o sobie to wiedzieli: jaką mają orientację seksualną, przez kogo zostali zranieni, z jakim bólem Kościoła trudno jest się im pogodzić.

Czytaliśmy, że manipulujemy ludźmi, bo obrzeża Kościoła nie istnieją: Kościół przecież nikogo nie odrzuca. Tak, w teorii Kościół przygarnia wszystkich. Tyle że nie wszyscy czują się w nim przyjęci. Fakt, że taka jest Ewangelia, nie oznacza, że ludzie Kościoła, od świeckich po kardynałów, głęboko nią żyją. Ani tym bardziej że nigdy nie zdarzyło im się źle potraktować człowieka. Wystarczą śladowe ilości pokory, by to przyznać. Na klatę trzeba przyjąć fakt, że i my sami bywamy antyświadectwem, wypychając innych z Kościoła. Obrzeża Kościoła istnieją – są grzechem tych, którzy próbują się w nim rozpychać łokciami. Tych, którzy w przekonaniu, że mają do tego prawo, zastępują Boga w sądach.

Słyszeliśmy obawy o upolitycznienie i zawłaszczenie Jasnej Góry. Ale to, zdaje się, dzieje się na Jasnej Górze już od dawna. Pielgrzymka z Obrzeży Kościoła przywraca jedynie prawdziwy sens temu miejscu: czyni je na powrót sanktuarium, w którym mieszczą się wszyscy, ponad podziałami.

Czytaliśmy, że włączamy się w nurt budowania „dyktatury ofiar” – cementujemy postawy, które odbierają im sprawczość i wolę działania, dając wygodną pozycję społeczną. To twierdzenia bezduszne, wiktymizujące powtórnie tych, którzy zostali realnie skrzywdzeni. To właśnie możliwość wypowiedzenia swojej krzywdy daje szansę wyjścia z pozycji ofiary. Dopiero po nazwaniu tej krzywdy – choćby tylko przed Bogiem, jak to było w czasie pielgrzymki – ludzie mogą podnieść głowy i uznać, że są gotowi iść dalej. Dopóki zamyka się im usta, realnie są i pozostają w roli ofiary.

Czytaliśmy, że naszą pielgrzymką utwierdzamy w grzechach tych, którzy nie są w stanie wypełnić przykazań. Nikt nie jest w stanie spełnić wszystkich przykazań. Jezus nie handlował cudami, nie wymieniał ich na obietnicę nawrócenia: najpierw okazywał miłość i to ona pociągała ludzi do przemiany życia. Wykluczanie tych, którzy nie są wystarczająco idealni, to mechanizm działania sekt, nie Kościoła. Ostateczny argument przeciwko takim zarzutom przyniosło samo życie: kolejki spowiadających się często po wielu latach i łzy wzruszenia na twarzach spowiedników. Życzyłabym Kościołowi jak najwięcej takiego „utwierdzania w grzechach”.

Fantazje sędziów i odpowiedź, jaką napisało życie

Usłyszałam wreszcie o sobie, że organizując pielgrzymkę, jestem niczym tamten bohater skandalicznego wybryku, o którym niedawno rozpisywały się media: pijany, półnagi, agresywny mężczyzna, który wtargnął do kościoła w trakcie mszy, fizycznie zaatakował księdza, wulgarnie mu wygrażał, połamał na ołtarzu krzyż. Uciekając się do tego porównania, Jan Pospieszalski chciał zapewne zmusić mnie do refleksji, czy zapraszając „takich ludzi” na Jasną Górę, nie jestem jak ten agresor.

Tu także życie napisało najlepszą odpowiedź. Wieczorem w dniu pielgrzymki poszłam na Apel Jasnogórski. Przechodziłam przez zakrystię, gdzie spotkałam księdza, którego znam od piętnastego roku życia: to on uczył mnie Kościoła, przy nim dojrzewałam w wierze, przez długie lata był moim mistrzem, potem, przez kolejne, proboszczem i współpracownikiem. Nasze drogi się rozeszły, mamy czasem różne poglądy, ale wierzymy wciąż w tego samego Boga. Przywitaliśmy się serdecznie. Gdy on prowadził apelowe rozważanie, stałam tuż za nim, zaledwie kilka centymetrów.

To był właśnie ten ksiądz, zaatakowany przez pijanego mężczyznę w Mieścisku. W fantazji Jana Pospieszalskiego on był ofiarą, ja agresorem. W rzeczywistości staliśmy ramię w ramię przed Bogiem, by się wspólnie modlić. I o to chodziło w naszej pielgrzymce. Piękno Kościoła, który kocham, tkwi właśnie w tym – że jest to możliwe. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Nie dajcie się wypchnąć!