O tej korespondencji – zamkniętej przez szesnaście lat w sejfach Biblioteki Narodowej – wiedziano od jakiegoś czasu, ale jej treść była jedynie przedmiotem spekulacji, podsycanych dodatkowo przez aurę niedostępności i tajemnicy. Czy w pisanych przez ponad 30 lat listach Jana Pawła II i Anny Teresy Tymienieckiej (1923-2014) kryje się coś, co zgorszy świat? Czy kryje się w nich coś, co zatrwoży katolików i zaszkodzi procesowi beatyfikacyjnemu? Czy dlatego tysiące stron rękopisów tak długo pozostawały w ukryciu?
Zajmujący się tą sprawą od miesięcy dziennikarz TVN Marcin Gutowski jako pierwszy dotarł do całości listów papieża i filozofki. Jego trzyodcinkowy reportaż „Tajemnica korespondencji” pokazuje – poza samą historią ukrywania archiwum Tymienieckiej – jak przyjaciółka z Bostonu wpłynęła na dojrzewanie Karola Wojtyły do papiestwa. Jak świadomie, korzystając ze swoich kontaktów międzynarodowych i pozycji męża – doradcy dwóch amerykańskich prezydentów – wspierała pozycję krakowskiego biskupa w Kościele i w świecie.
I jak brutalnie i dosadnie informowała go później o skandalach seksualnych w diecezji bostońskiej. Jak pełna była jego wiedza na ten temat i jak bardzo nie chciał w sprawy kościelnej instytucji „wtajemniczać” świeckich, choćby najbliższych przyjaciół.
Anna Teresa Tymieniecka: czy można się zakochać w kardynale?
Pisząc do papieża, Tymieniecka była bezpośrednia; odzywała się do niego w sposób, w jaki nie ośmieliłby się nikt inny. Jego błędy nazywała wprost, młyny kościelnej instytucji oceniała bezlitośnie.
Ale ci, którzy wiedzieli o ukrywanych w Bibliotece Narodowej listach, pytali o coś jeszcze: o romans.

Kiedy w 1996 r. Anna Teresa Tymieniecka udzielała wywiadu Carlowi Bernsteinowi i Marco Politiemu do ich wydanej rok później książki „His Holiness: John Paul II and the Hidden History of Our Time”, przekonywała: „Nie, nigdy nie zakochałam się w kardynale. Jak mogłabym zakochać się w duchownym w średnim wieku? Poza tym jestem mężatką”. Plotki jednak nie cichły, a płynące z różnych stron zaprzeczenia raczej je podsycały.
Spróbujmy tę sprawę zweryfikować, odkładając chwilowo na drugi plan ustalenia Gutowskiego na temat znaczenia listów Tymienieckiej dla oceny postawy Jana Pawła II wobec kościelnych skandali seksualnych czy ich wpływu na papieską politykę i dyplomację.
Na czym naprawdę polegała wyjątkowość korespondencji, którą właśnie przeglądam?
Wojtyła i Tymieniecka: romans, przyjaźń czy miłość
Dziwnie się czyta intymne wyznania ludzi, którzy już nie żyją. Jeśli coś nas do tego może ośmielać, to świadomość, że sami niegdyś o wydaniu swoich listów rozmawiali. Nie zostały przez nikogo wykradzione, nie nakazali spalić ich po swojej śmierci. Przeciwnie: zbierali je właśnie po to, żeby nie zginęły i stały się publicznie dostępne. Biblioteka Narodowa kupiła je za pośrednictwem domu aukcyjnego Sotheby’s jeszcze za życia Tymienieckiej.

Zakładać więc można, że sami autorzy nie widzieli w nich treści wstydliwych, które wypadałoby ukryć przed światem. To zdecydowanie nie brzmi jak kulisy płomiennego, utrzymywanego przez lata w sekrecie romansu.
A jednak jest w tej korespondencji coś, co wymyka się prostym definicjom. Romans? Nie, zdecydowanie nie. Zatem przyjaźń? Też nie, w przyjaźni nie ma takiego żaru, nie ma takich słów. Miłość?
W języku polskim, w ludzkim języku to słowo ma tyle odcieni, że każdy może pod nie podpiąć swoje wyobrażenie. Ale tak, w tych listach jest miłość. Anna Teresa Tymieniecka być może – jak sama przekonywała – nie była w Wojtyle zakochana, za to z pewnością go kochała. Oboje tę miłość wysublimowali na gruncie uprawianej wspólnie filozofii i pielęgnowali ją w takim kształcie przez lata.
Co naprawdę znajdziemy w archiwum Tymienieckiej
Nie sposób przeczytać wieloletniej korespondencji w kilka dni – trudności sprawia już sama konieczność odcyfrowywania ręcznego pisma ludzi urodzonych sto lat temu. Trzeba też rozumieć filozofię i teologię, której językiem są pisane. Znać konteksty historyczne i socjologiczne. Mieć świadomość, że relacja Wojtyły i Tymienieckiej podlegała dynamice: było w niej sporo wzajemnej czułości, ale też pasji i gniewu.
Filozofka pisała bez ogródek, otwarcie krytykując papieskie decyzje, używając słów „łajdactwo” czy „hipokryzja”. Zdarzały się lata milczenia.
Wszystko to zmusza do ostrożności. Gdy uzyskaliśmy dostęp do tego zbioru korespondencji, szybko doszliśmy do wniosku, że jej zbadanie i rzetelne opracowanie to praca na lata. Każde słowo napisane dziś w pośpiechu o relacji tych dwojga dusz i umysłów – jutro może stać się nieaktualne. Pisać można zresztą z różnych perspektyw – i będziemy to robić w najbliższych miesiącach.
Na początek, świadoma powyższych ograniczeń, postanowiłam ograniczyć się do szczególnego czasu: ostatniego roku życia Jana Pawła II. Zwłaszcza że listy z tego okresu stanowią swego rodzaju podsumowanie. I pokazują wiele.
Czy Jan Paweł II wiedział, co robi
Lubimy pamiętać Wojtyłę młodego, dynamicznego i podróżującego po świecie. Polityka wpływającego na układ sił między mocarstwami, człowieka wzbudzającego entuzjazm w najdalszych krańcach świata, aktora, poetę, filozofa. Takiego zresztą poznała Tymieniecka w 1973 r., gdy on był arcybiskupem Krakowa, a ona wykładowczynią fenomenologii na renomowanych amerykańskich uczelniach. Pierwszy raz napisała do niego pod wpływem lektury jego książki „Osoba i czyn”.
Niechętnie za to wracamy pamięcią do ostatnich miesięcy: coraz bardziej przygarbionej sylwetki, trzęsących się dłoni, niewyraźnej mowy, zmienionych chorobą rysów Jana Pawła II.
Ten pierwszy budził podziw i dumę. Ten drugi wspominany jest raczej ze współczuciem i litością.
Raczej, bo istnieje w naszej kulturze również pewien kłopot ze starością. Starzy ludzie traktowani są jak dzieci, z protekcjonalną wyższością, jakby niewiele już rozumieli i niczego nie przeżyli. Trzeba przyznać, że to myślenie odbiło się również na wizerunku starego papieża. Powtarzamy, że nic już nie wiedział, nie kontaktował, że wszystko załatwiali sekretarze za jego plecami, a od jubileuszu 2000 r. miał problemy z decyzyjnością.
Takiego Jana Pawła II pamiętają – jeśli w ogóle pamiętają – młodsze pokolenia Polaków. Taki papież stał się dla nich memem.
Czy umierający Jan Paweł II był samotny?
Na tym tle listy Anny Teresy Tymienieckiej są wręcz objawieniem – pozwalają zobaczyć zupełnie inną twarz starego papieża.
On sam już wtedy odpisywał wyłącznie przy okazji świąt. To były krótkie życzenia i pozdrowienia, identyczne, jakie mógł wysyłać dziesiątkom innych osób. Ona jednak nadal pisała długo i często, głęboko analizując całą ich ponad trzydziestoletnią znajomość. Czy wszystko czytał, czy był jeszcze w stanie? Czy podzielał jej myślenie i byli w tym myśleniu razem? A może uważał ją za natręta, który interpretuje tę relację mocno na wyrost?
Odpowiedzi na te pytania trzeba będzie poszukać w ich wcześniejszych listach. Czy korespondując z Tymieniecką, Jan Paweł II był równie aktywny, czy raczej powściągliwy? Karmił uczucia Teresy czy przeciwnie: próbował je hamować? Czy mógł nie zdawać sobie sprawy, jak dla niej był ważny? A może wiedział, ale z jakiegoś powodu nie chciał z tej relacji rezygnować? Nadawał jej jeszcze inny wymiar?
Do tego tematu wrócimy. Dziś powiedzmy tylko tyle: Jan Paweł II doświadczał ze strony Tymienieckiej prawdziwego ciepła i zainteresowania. Był przez nią również nieustannie angażowany w jej codzienne życie: nie tylko pracę filozofki, ale też pasje dzieci i ogrodnicze zajęcia, którym zdawała się poświęcać większość wolnego czasu.
Dla niej chory i cierpiący Jan Paweł II nie był człowiekiem samotnym, otoczonym jedynie watykańskim dworem. Nie był jedynie wielkim papieżem u kresu życia. Nadal był pytanym o zdanie filozofem, nadal był tym, któremu trzeba było opowiedzieć o chorobie Jasia i o którego trzeba się było zatroszczyć: czy się dziś wyspał i co dziś czyta. Nadal był „kochaniem”.
To, w jaki sposób w tym właśnie czasie zwracała się do niego Tymieniecka (w listach podpisująca się swoim drugim imieniem, jako Tereska), jaką czułością go darzyła, w jakich codziennych czasem sprawach go zanurzała, przywraca słabnącemu papieżowi ludzką twarz.
O korespondencję Wojtyły i Tymienieckiej będą się spierać psychologowie i teolodzy
A miłość? Wbrew temu, co mówiła Bernsteinowi i Politiemu, Tymieniecka kochała Wojtyłę. Pisała mu zresztą o tym wprost. Nie była to jednak miłość, jaką sobie wyobrażamy: romantyczna, z niezrealizowanym pragnieniem, bez nadziei i skazana na cierpienie. Przeciwnie: to była relacja, którą oboje zanurzali w Bogu. Którą próbowali zrozumieć na gruncie filozofii, którą nieustannie przekładali na transcendencję i w której widzieli działanie Bożej Opatrzności. Taka miłość niczego Bogu nie zabierała, przeciwnie.
Tak to przynajmniej widziała i opisywała sama filozofka. Jako relację po ludzku niezrozumiałą. Relację, o którą spierać się będą teraz psychologowie i teolodzy: czy to jeszcze wysublimowanie i ucieczka, czy już mistyka.
„Najdroższy Ojcze Święty, najmilsze moje kochanie – pisała 7 stycznia 2004 r. – Nareszcie mogę zabrać się, aby do Ciebie konkretnie napisać, aby podzielić się moimi intymnymi doznaniami Bożego Narodzenia. A były one dla mnie doniosłym postępem w odkrywaniu sensu doznań w naszej wspólnej drodze do realizacji »wszystkiego«. (…) Właściwy początek »wszystkiego« był właśnie w tym spotkaniu po Mszy, gdy, pocałowawszy mnie po raz pierwszy, zdjąłeś z szyi szkaplerz, założyłeś mi go na szyję, mówiąc – ofiarowuję cię Matce Boskiej, Patronce pięknej miłości, dodając, że szkaplerz ten założył ci twój ojciec, gdy miałeś lat dwanaście. Gdy widzę to teraz nawleczone na nici Opatrzności, która prowadziła nas przez ten trzydziestoletni okres od 1972 roku, to widzę, że był to moment błogosławiony w swej podniosłej wzniosłości. To był moment głębokiego, a zdumiewającego ocknięcia, wiążącego tę nić naszego wspólnego duchowego losu”.
Fenomenologicznym językiem Tymieniecka opisywała sytuację, w jakiej oboje byli „rozciągnięci na wszystko”, zajmujący się mnóstwem życiowych i naukowych tematów: „To przyrodzone rozdwojenie, z którym borykaliśmy się, szukając po omacku pojednania naszych bytów, dotarło teraz, przeszedłszy przez próbę ognia, do rozpłynięcia się w swoistej pierwotnej jedni. I tak siedzimy sobie razem w błogiej ciszy serc, które jakby biją jednym rytmem. Słowa nam niepotrzebne. Pierwotne znaczenie pełni wspólnoty, zagubione losami człowieka, zostało jakby odnalezione czy odrestaurowane naszą wspólną przemianą w próbie ognia”.
Wybór na papieża: jak zmieniła się relacja Wojtyły i Tymienieckiej
Co miała na myśli? Zanim wróciła do tego tematu, w kolejnych listach opisywała kongresy naukowe, zachowania swoich psów, pogodę („Najmilsze moje kochanie, najmilsze. Otóż my tutaj marzniemy, minus 17 stopni, w kominku wielki ogień, ale oprócz estetycznego elementu nie wnosi dość ciepła”).
„Próba ognia” to dla Tymienieckiej okres po wyborze Wojtyły na papieża, kiedy to na skutek nieporozumień dotyczących jej pracy na kilka lat zerwali kontakt. Podsumowując ten okres, stwierdzała: „Zagubieni w sprawach życia i świata i uciążliwie szukając zbliżyć się do siebie bez skutku, odnaleźliśmy się w tym pierwotnym odniesieniu do Stwórcy. W Nim żyjemy i w nim doznajemy się nawzajem”.
W lutym 2004 r. Tymieniecka pisała: „Najsłodsze, najmilsze moje kochanie. Wczoraj przed wysłaniem listu już napisanego, gdzieś się zawieruszył, więc zaczynam nowy. W odpowiedniej chwili, gdyż obudziłam się w błogosławionym nastroju, kontynuującym poszukiwanie początku »wszystkiego« w jego rozwoju. (…) tutaj wchodzi nasz konflikt, który wybuchnął z twoim powołaniem do Rzymu i moją rolą wykończenia do druku już przysposobionego manuskryptu. Konflikt wiemy oboje, jak był dla mnie bolesny, wprost druzgoczący i wstrząsający moje przekonania moralne u samych podstaw. (…) na tej ludzkiej, rzeczowej płaszczyźnie przebaczenia osiągnąć nie było można.

(…) Przecież o dziwo, nagle, kiedy wypłynęła ze mnie ta fala błogosławiona, którą odkryło szukanie początków wszystkiego i rozpatrywanie jego głównych węzłów, wszystkie sprawy ludzkie nas wiążące objawiły się w innym świetle, na innej płaszczyźnie i w nowych perspektywach. (…) Odkąd znowu po sześciu latach podjęliśmy osobisty kontakt – ja bardzo podziwiałam, jak ty starałeś się wszelkimi sposobami złagodzić, uspokoić, uciszyć moje cierpienie zebrane przez te lata konfliktu – jak misternie, z największą czułością starałeś się ukoić moje narośnięte i owrzodzone warstwy duszy. To była praca odkupienia, uznania winy i oczyszczenia twojej natury z tych przyrodzonych skłonności i wzniesienia się ponad nie. To była też praca odkupienia mojej duszy, która stwardziała w przyrodzonych ludzkich nastawieniach i ich samoobrony i osądzania, a leczyła się teraz w cieple twojej miłości. To był okres odkupienia w najintymniejszym zbliżeniu się dwóch dusz przedzierających się poprzez gąszcze dziczyzny żywota w świecie. To była próba ognia. Nasz konflikt to była próba ognia.
I oto przedzierając się przez ogień razem łączyliśmy się w widzeniu, w rdzeniu naszych dusz. W tej jedności człowieka, kobiety i mężczyzny przed upadkiem, jedności z Genesis, o której lubisz pisywać. Ta jedność żmudnie osiągnięta jest właśnie istotą owej »communio personarum«. Ona właśnie rozwija się niesiona od tego pierwszego porywu ducha oddającego się Opatrzności. Poryw, który nastąpił już w czasie naszych najwcześniejszych spotkań i który Opatrzność utrzymywała w nas poprzez wszystko. Błogosławiony dzień naszego pierwszego spotkania na Franciszkańskiej”.
„Mnie twoich karteluszków brak i smutno mi”: o czym Tymieniecka pisała do Jana Pawła II
Poruszające są jednak i zwykłe, codzienne informacje, którymi Tymieniecka dzieli się ze starym papieżem. Pisze, że wstała rano i napiła się kawy z cykorią, która teraz jest rzadko spotykana, a przecież przed wojną często taką właśnie się pijało. Zastanawia się nad tym, że psy potrafią spać tak długo i że miło byłoby papieżowi mieć takiego psa obok siebie.
Opowiada, że już ma wstawiony złamany wcześniej ząb, który wygląda jak prawdziwy. Wiosną opisuje, jak jej syn zakładał w ogrodzie własny ogródek, żeby jesienią zdać relację, że z ziemniaków nie wyrósł ani jeden, kukurydza nie dojrzała, dynie zjadły zwierzaki jeszcze w zarodku, a piękne i dojrzałe pomidory inne zwierzaki pożarły w jedną noc.
Dużo w tych listach czułości i tkliwości starej już przecież kobiety. I zdań tak bardzo niepasujących do wizerunku papieża.
„Kończę już, podążając z czułym czuciem pośród przestrzeni, wprost do twojego serca. Czy ono czuje? Najtkliwiej, zawsze twoja”.
„Z wielkim nowym wzruszeniem najtkliwiej przy tobie, całym drgnieniem duszy, twoja”.
„Najmilsze moje kochanie, tęsknota zajęła miejsce serdecznego ożywienia, ale ciągle jestem myślą i duchem przy tobie”.
„Najdroższy, najsłodszy duszku, obudziłam się tak przepełniona tęsknotą, nostalgią, melancholią, że nie mogłam dojść do siebie. Czas mija, a my nie widzimy się już tak długo i jeszcze tak długo”.
„Od obudzenia się śledzę w myśli Twoją rutynę życia i wczuwam się w Twoje przeżycia jak mogę”.
„Kochanie moje miłe, no i mimo obietnicy nie piszesz nic. Czemu? Mnie twoich karteluszków brak i smutno mi”.
„Kochany mój, gdy wysłałam ostatni list przed kilku dniami, byłam z niego niezadowolona. Nie powiedziałam w nim to, o co chodziło, że Cię kocham! Jak dać Ci na odległość odczuć całą moją tkliwość? To wszystkie ciepło, jakim myślę o Tobie, to wszystkie ciepło, jakim myśl o Tobie mnie przepełnia? Jak ukochać Cię i ucieszyć?”.
„Przylatuję do Rzymu, aby być przy nim”: listy Tymienieckiej do umierającego Jana Pawła II
Czy Tymieniecka zdawała sobie już sprawę ze stanu zdrowia Jana Pawła II? Trudno powiedzieć. Jeszcze latem 2004 r. snuła plany jego przyjazdu do Stanów Zjednoczonych i nie rezygnowała z nich jesienią. Pisała: „Jutro Bill i ja będziemy sadzić hiacynty i tulipany, aby zakwitły na wiosnę. A może nawet ty je zobaczysz w maju, a może zobaczysz moje lilie w lipcu?”.
W jednej z kilku wersji listu z początku lutego 2005 r. opowiada, że oglądała telewizję i „tę uroczą scenę z niedzieli, gdy gołębie, które chciał wysłać w świat z dobrą nowiną wolności [niekiedy w listach zwraca się do Jana Pawła II w trzeciej osobie, on zresztą również tak czasem odpowiadał – MB], wcale nie chciały wyjść z jego podwoi. Ja też nie chciałabym”.
Jednocześnie szybko wracała do pogody i prozaicznych pytań: „U nas wciąż mroźno, a w telewizji Rzym wyglądał wiosennie. Wybieram się w podróż do niego w przyszłą sobotę i nie wiem, jak się ubrać. Zimowo czy wiosennie?”.
Ostatni list Teresy Tymienieckiej pochodzi z 1 kwietnia 2005 r. W kilku zdaniach pisze, że jest zaskoczona jego stanem zdrowia, że w modlitwach jest przy nim i że się boi. „Przylatuję do Rzymu, aby być przy nim. Będę w Rzymie jutro, czyli w sobotę przed południem i ufam, że dadzą mi się z nim nacieszyć. Jego kochająca, jak bardzo kochająca Teresa”.
O tym, czy udało jej się spotkać z Janem Pawłem II, nie mówią żadne wiarygodne źródła. Sama Tymieniecka zmarła dziewięć lat później.
8 lutego 2004 r.
Najmilsze kochanie błogosławiony mój obudziwszy się dzisiaj rano jak zwykle zapytywałam się poprzez przestrzeń jak ty się miewasz? Czy dobrze spałeś? Czy jesteś wypoczęty? Wprawdzie u was to już była druga po południu i pewnie leżałeś w łożu odpoczywając. Czy czytałeś? I co? Ja wstałam dzisiaj rano w błogim nastroju. Nie uwierzysz, jak moje wnętrze się odmieniło, odkąd zrobiłam owo odkrywanie motywów naszej historii, idąc labiryntem przeszłości i pamięci.
(…) Teraz czuję się złączona z tobą wszelkimi nićmi stworzenia w Duchu Bożym. To nowy wszechświat i nowe życie. Może jesteśmy starzy fizycznie, ale cóż to znaczy? Równocześnie właśnie teraz wykończyliśmy wiele zadań, które nas przejmowały, załatwiliśmy wiele spraw, które nam ciążyły i weszliśmy właśnie w tę błogosławioną fazę owocobrania duchowego. To jest okres zbawienia. (…) Odszukiwanie i odnalezienie jedności dwóch istot, jaka została rozerwana przez Adama i Ewę, a która zdaje się odnaleziona w swojej pierwotnej formie w naszej „communio personarum”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















