Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Pic, wic, nic (sic!)

Pic, wic, nic (sic!)

07.09.2015
Czyta się kilka minut
Lec rozumiał aforyzm jako rozpętanie wieloznaczności. Nie jako gatunek mądrościowy, wyplatający złote laurki drugorzędnym myślom, lecz jako skuteczne narzędzie odzwyczajniania mowy.
Stanisław Jerzy Lec, 1959 r. Fot. Lucjan Fogiel / EAST NEWS
U

Ukrywał się za językiem, który pokazywał światu.
STANISŁAW JERZY LEC

Lec? Chyba najgorzej opisany polski pisarz. A bodaj najciekawszy. Dopiero 40 lat po śmierci autora ukazało się pełne wydanie „Myśli nieuczesanych”, a 10 lat później pierwsza monografia. Któż poważnie potraktuje okolicznościowego satyryka bazgrzącego na kawiarnianych serwetkach, pisarza, którego nie da się wpisać w żaden znany wzorzec literacki, polityczny, metafizyczny czy egzystencjalny? Zaledwie aforysta! Tylko jeden tomik!

Leca ostentacyjnie się bagatelizuje, redukując do roli dostawcy zgrabnych epigrafów, cwiszenrufów albo złotych myśli, wybitnego, ale jednak tylko majstra figur retorycznych (ileż tu zeugm, sylleps czy chiazmów!), co natychmiast zwalnia od dyskutowania jego myśli, choć mało który polski filozof miewał głębsze. Wystarczy przerzucić „Myśli nieuczesane”, żeby znaleźć jednozdaniowe streszczenia Freuda, Nie- tzschego, Bergsona, Heideggera, Wittgen- steina i wielu innych filozofów nowoczesnych, zrobione pozornie od niechcenia, niedbale, jednym lekkim rzutem, nigdy wszelako przypadkiem, zawsze w ścisłym połączeniu z innymi myślami, kręcącymi się obsesyjnie wokół tych samych tematów: prawdy, języka, egzystencji, diabła, Boga. W tym sensie ten najdowcipniejszy polski pisarz jest jednocześnie pisarzem najpoważniejszym. Owszem, pełno tu uciesznych okolicznościowych kalamburów (płakat, Błogosłowanie, chuligarchia, dogmatoł, grafomanna, mituman), sporo wątpliwej jakości, choć trafnych powiedzonek („Jedni zawdzięczają wszystko swoim przodkom, drudzy swoim tyłkom” [678]), ale Lec prawdziwy, Lec fascynujący to nie „bawisłówek” czy „aforzysta” (jego określenia), lecz filozof najświetniejszego rodzaju.

Daje się oczywiście czytać Leca jako portrecistę pewnej epoki, komunistycznego zamordyzmu lat 50. i 60., ale dla mnie Lec to najciekawszy polski filozof nowoczesny, niedający się wpisać w ciasne ramy polskiej historii. A przecież także – by wspomnieć tylko kilka wymiarów jego twórczości – to wybitny uczeń twórcy nowoczesnego aforyzmu, Austriaka Karla Krausa, i nader subtelny analityk cywilizacji po Holokauście. To także sarkastyczny komentator życia politycznego i literackiego Warszawki. Subtelny liryk, przemycający cichcem swoje wzruszenia do arsenału z ostrymi nabojami. Lec to wyzwanie dla tłumaczy i wezwanie do buszowania po archiwach myśli.

Mieć takiego pisarza i o nim intensywnie milczeć – fatalnie to świadczy o polskiej kulturze.

Pic

„Każdy widz przynosi do teatru swoją akustykę” [99]. Podobnie z literaturą: każdy czytelnik przynosi do książki swoją perspektywę, czyli miejsce, z którego ogląda świat, własny kąt, z którego jedne rzeczy widać lepiej, drugie gorzej. „Koniom i zakochanym inaczej pachnie siano”, dodaje roztropnie Lec. I żeby nie było wątpliwości, daje taki przykład: „Pewien sodomita podniecał się oglądaniem podręcznika zoologii. Czy należy książkę tę uznać za wydawnictwo pornograficzne?” [44]. Mało kto w literaturze światowej równie intensywnie (i świadomie) wpisał w swoje dzieło pryncypium wielowykładalności. Jednocześnie mało kto był na tyle rozważny, by nie stać się „fanatykiem relatywizmu” [586]. Z faktu, że każdy ogląda świat z własnego kąta, nie wynika brak porozumienia co do rzeczy najważniejszych. Owszem, powiada Lec, „mit określa świadomość” [333], każdy pichci swoją fikcję wedle własnej recepty, jednak żyjemy we wspólnym świecie, na który się zgadzamy, bo innej rady nie ma.

Na tym polega codzienna społeczna „mitologika” [643]: „nasze wszystkie odrębne fikcje składają się na jedną wspólną rzeczywistość” [50]. Oznacza to, że między jednostkową fikcją, przez którą filtrujemy rzeczywistość, a rzeczywistością samą, rozpościera się dystans, który nie tylko nie przeszkadza nam żyć w świecie, ale życie w ogóle umożliwia.

„Przywarli do siebie tak blisko, że nie było już miejsca na żadne uczucia” [30]. W ścisłym zwarciu z drugą osobą, w międzyludzkim zakleszczeniu rodzą się emocje i namiętności, najczęściej gwałtowne, nieokrzesane, mocne. Uczucia z kolei potrzebują dystansu, pośrednictwa, wielostronnych mediacji, tak jak rzeczy, którymi się otaczamy. Ze światem jest tak, jak z drugim człowiekiem: trzeba się odsunąć, odkleić, zrobić mu miejsce, dać mu oddychać, mówić co innego. „Często trzeba usunąć się na stronę, żeby zobaczyć profil epoki” [236] – mowa tu o dystansie, pomocnym w widzeniu tego, co charakterystyczne, jak w dawniejszych anamorfozach, gdzie trzeba patrzeć na obraz z boku, żeby zobaczyć, co przedstawia. „Nie chcą, żeby ludzie stali z boku. Bo stamtąd można świetnie obserwować” [591]. Pełne zaangażowanie grozi nieodwracalną ślepotą. Podobnie z osaczeniem: ludzi i rzeczy.

Jak w sercu, tak i w oku. Jak uczucia biorą się z oddzielenia od drugiej osoby, którą szantażujemy bezpośrednimi erupcjami emocji, tak poznanie zaczyna się w odskoku od rzeczy, których bliskość nie pozwala nam ich właściwie rozpoznać. Tak jak uczucie pomaga ludziom załagodzić traumy bezpośrednich emocji, tak napór samych rzeczy złagodzony jest dzięki słowom. Podobnie z „sobością”. „Żeby być sobą, trzeba być kimś” [133]. To pozornie trywialne zdanie, które sugeruje, że trzeba sobą coś – jak to się mówi – reprezentować, odsłania właśnie w tym drugim stwierdzeniu dialektyczną prawdę o sobie: nikt nie jest sobą po prostu, wprost, bez istotnego zapośredniczenia własnej istoty w tym, co wobec nas odmienne, odkształcone, odrębne, a nawet obce. „Chcesz spotkać siebie? Jedź do obcego miasta” [675]. To samo, ale inaczej: „Człowiek jest jak ślimak – ma do siebie drogę okrężną” [266].

Lec jest wielkim pisarzem mediacji i objazdów, zatwardziałym krytykiem bezpośredniości i dróg nazbyt prostych, przez co wpisuje się w najważniejszy nurt europejskiej nowoczesności. Wspomnę dwie tylko właściwości tego stylu myślenia. Po pierwsze, brak przekonania, że istnieje coś takiego jak naga prawda („Naga prawda jest bezpłciowa” [351]) i że człowiek może pokazać się światu bez osłonek. „Wielki aktor właśnie dzięki szmince, peruce lub sztucznemu nosowi uzyskuje własne oblicze” [97]. Nie tylko aktor: dotyczy to nas wszystkich, gdyż „i na siebie trzeba się ucharakteryzować” [269]. Kostium i szminka nie są zewnętrznymi wobec naszej istoty atrybutami, lecz definiują nas niejako od środka. Pic to nie przywara. Pic to ludzka esencja.

Po drugie: Raj. Ten jeden z najulubieńszych tematów antynowoczesnych histeryków pokroju Ciorana, u Leca pojawia się zawsze w ironicznym, nienostalgicznym oświetleniu. „Czasem opanowuje mnie poczucie lęku, że już jesteśmy w raju” [565]. W raju, czyli gdzie? Tam, gdzie oczekuje się natychmiastowego posłuszeństwa, gdzie nie panuje refleksja, gdzie ironia jest zakazana i gdzie nie ma miejsca na pytajniki, Lecowe „herby wolności” [617]. „Daj człowiekowi możność wyboru, bądź dwuznaczny” [635].

Myśli Leca w tej mierze są jasne: nowoczesne państwo policyjne (jeden z głównych obiektów Lecowskiej satyry) jest w gruncie rzeczy radykalnie antynowoczesne, jeśli demokracja – system oparty na reprezentacji – jest kwintesencją kultury nowoczesnej. Marzenie o raju, w którym nikt nie musi myśleć, bo myśli mają jeden tylko kształt, zostały w XX w. skrzętnie zawłaszczone przez antydemokratyczne reżimy totalitarne, grające z łatwością na metafizycznym sentymentalizmie. Nikt nie zdiagnozował tego celniej niż Lec: „Raj rają rajfurzy” [632]. I nikt trafniej tej polityczno-metafizycznej utopii nie przeciwstawił utopii innego rodzaju, tym razem literackiego. „Aforyzm zostawia więcej miejsca dla człowieka” [652].

Wic

Jak to rozumieć, że aforyzm, choć tak mały, zostawia nam więcej miejsca? Przede wszystkim chodzi o to, że aforyzm, ucinając tok mowy i wycinając z niej zgrabną sentencję (samo słowo pochodzi z greki, gdzie oznaczało pierwotnie linię horyzontu, która odcinała się od reszty świata), nie pozwala osłabić lingwistycznej czujności, łatwo wiedzionej na manowce usypiających narracji albo w ślepe uliczki frazesu. Nie ma miejsca dla człowieka w przestrzeni stadnej mowy, opanowanej przez językowe klisze, gdzie to nie człowiek mówi, lecz język sam, pozostawiony na pastwę ideologicznych zawłaszczeń. „Dwuznaczności płodzą wiele znaczeń” – powtarzał Lec, jednocześnie pokazując, że jednoznaczność jest główną cechą języka reglamentowanego. Tak też – jako rozpętanie wieloznaczności – rozumiał aforyzm Lec. Nie jako gatunek mądrościowy, wyplatający złote laurki drugorzędnym myślom, lecz jako skuteczne narzędzie odzwyczajniania mowy, wyprowadzania jej z niewoli niemyślenia.

„Okno na świat można zasłonić gazetą” [13]. Otóż to. Prasa nie kłamie, ale – to dobry kalambur – uciska. Zrozumieli to, już po Lecu, nowofalowcy, tyle że, jak to bywa z czupurną młodzieżą – zabrakło im poczucia humoru. Ukryty cytat z Leca, „ślady knebla widoczne są na języku” [305], da się odnaleźć w każdej nowofalowej publikacji lat 70., brak tam tylko Lecowskiego dystansu.

Tak pojęty aforyzm ściśle odpowiada dowcipowi, choć słowem tym trzeba szafować ostrożnie, gdyż łatwo tu o nieporozumienia. Dowcip (ang. wit, niem. Witz) to kategoria estetyczna, którą zawdzięczamy osiemnastowiecznym Brytyjczykom i która oznaczała umiejętność zaskakującego i szybkiego łączenia różnorodnych idei w umyśle i tym się różniła od sprawnie działającego rozumu, że ten ostatni, wedle Johna Locke’a, swoje poprawne funkcjonowanie zawdzięczał skrupulatnemu trzymaniu osobno niepodobnych idei. Pod aforystycznym piórem niemieckich romantyków został uznany za istotną cechę myślenia wyzwolonego z krępującego gorsetu szkolarskiej filozofii. „Niektóre dowcipne pomysły – pisał Fryderyk Schlegel – są jak niespodziewane spotkanie dwóch zaprzyjaźnionych myśli po długiej rozłące”. I w innym miejscu: „w dowcipie wola musi odnosić się jedynie do zniesienia konwencjonalnych barier i uwolnienia ducha”.

Ale to nie niemieccy romantycy, bardziej filozofowie niż literaci, dokonali decydującego transferu dowcipu w obszar literatury. Stało się to za sprawą angielskiego eseisty Williama Hazlitta, który w rozprawce „Definition of Wit” (1829) obstawał przy rozumieniu dowcipu jako strategii unieprzejrzystaniania mowy. Jedni, pisał Hazlitt, doszukują się w słowach jedynie myśli, inni zaś, „stworzeni mniej dla zwyczaju”, „wyzwalają słowa, by tak rzec, z uprzęży, dają im skrzydła i pozwalają fruwać dookoła we wszystkich możliwych fantastycznych kombinacjach, gdziekolwiek zechcą”. Dowcip nie miał już, jak u Niemców, zwracać uwagi wyłącznie na oryginalność myśli, połączonych ze sobą w nieoczekiwany sposób, lecz powinien kierować naszą uwagę na niespodziewaną zgodliwość lub dwuznaczność słów, z rzadka stawianych koło siebie.

„Gdy stracę dowcip – pisał Lec – okrzykną mnie filozofem” [284]. Tak jakby filozofia i dowcip mijały się ze sobą! Zasługą najważniejszą Leca jest połączenie obu tradycji dowcipu: niemieckiej filozoficznej i brytyjskiej literackiej. Dowcip poromantyczny, ze szkoły Krausa i Leca, to nieoczekiwane zestawienie idei, takie jednak, które odsłania zatarte – przez rutynowy użytek, przez potoczną dewaluację – możliwości języka. „Na początku było Słowo, a na końcu Frazes” [29]. Dowcip odwraca fatalny bieg ludzkiej historii mknącej tępo przed siebie na znikliwych wehikułach słów. To zawracanie czasu, od Frazesu do Słowa, choć na dowcipie oparte, ma swoje poważne, teologiczno-literackie implikacje.

Nic

„Chciałem powiedzieć światu tylko jedno słowo. Ponieważ nie potrafiłem tego, stałem się pisarzem” [30]. Z pozoru niewinne wyznanie jest ukrytym dialogiem ze Stworzeniem. Światopogląd, który zakłada, że świat bierze się ze Słowa, na przeciwległych biegunach umieszcza Boga i pisarza. Bóg staje się artystą, kiedy wypowiada słowo stwarzające świat. Prawo jednego słowa nie działa jednak w drugą stronę, dzięki czemu mamy wprawdzie literaturę, ale i niedościgłe marzenie jej unicestwienia. Marzenie o przejściu na stronę milczenia, na stronę sprzed wypowiedzenia stwarzającego słowa (na stronę nie-literatury), jest jedną z cech wyróżniających dwudziestowieczne pisarstwo żydowskie, by wspomnieć tylko Franza Kafkę, Paula Celana czy Edmonda Jabèsa.

Lec należy dokładnie do tej samej, zazdrosnej o boskie możliwości tradycji zafascynowanej światem sprzed stworzenia, światem sprzed pierwszego wypowiedzenia. Należy, ale i nie należy. Jeśli radykalne – antynowoczesne w swej istocie – milczenie jest znakiem najintensywniejszej bezpośredniości kontaktu z Absolutem, Lec – pisarz arcynowoczesny – flirtował z milczeniem, lecz nigdy na jego stronę nie przeszedł.

Nicość dla Leca – jak dla wielu innych myślicieli żydowskich – to obszar doskonałej potencjalności, bezczasowa próżnia, w której wszystko jeszcze jest możliwe i w której nic nie zostało jeszcze przesądzone, bo nikt nie zawłaszczył jeszcze języka. Nicość istnieje, bo jest złożona ze słów, które nie zostały jeszcze powiedziane, i dlatego mają w sobie nieskończoną potencjalność znaczenia. Bóg stwarzając świat za pomocą Słowa przekształca ową nicość w byt, degradując ją jednocześnie, zawężając jej nieogarnione możliwości. To samo, w mniejszej skali, robi pisarz: ze świata milczenia, w którym słowa mają wszystkie możliwe znaczenia, przechodzi na stronę wypowiedzianego, które jest współistotne z naszą ułomną kondycją.

Pisarz – inaczej niż Bóg – istnieje w świecie już opowiedzianym, świecie z ograniczoną słowną odpowiedzialnością, i jedyne, na co może sobie pozwolić, to albo niuansować to, co powiedzieli inni, albo „powiedzianym wytyczyć granicę przemilczanego” [683], przystawiając ciągle język do niewypowiedzianego. Tym właśnie uporczywie, chyba najradykalniej w polskiej, ale i może nie tylko polskiej literaturze, zajmował się Lec. Zamiast zmierzać, jak Celan (czy, w innej tradycji, Beckett), do postępującego odsławiania kulminującego w afazji, starał się umieścić swoje pisarstwo pomiędzy słowem i milczeniem, nie wierząc uparcie w ich radykalną opozycję. „Pamiętaj – po każdej kropce zaczyna się znów Stworzenie Świata” [358]. Od milczenia do milczenia, ale poprzez niespodziewane spięcia słów. Oto droga Leca.

Sic!

Sic erat scriptum: tak właśnie było napisane. Zdanie to można spotkać w dokumentach, które chcą zwrócić uwagę, że błędna pisownia jest tylko wiernie przytoczona, błąd zaś nie powstał w procesie transkrypcji. Innymi słowy, że błąd tkwi w oryginale, nie w kopii, która tylko starannie reprodukuje pomyłkę. Sic erat scriptum oznacza: błąd tkwi u źródeł, nie w nas, my tylko – by dochować wierności oryginałowi – go powtarzamy. Wiemy, że to błąd, ale musimy go wiernie powtórzyć, bo żąda tego od nas rzetelność komentatorów. Oryginał zawiera błąd, ale tego błędu nie da się wymazać, można tylko na niego zwracać nieustannie uwagę.

Wydaje mi się, że to właśnie robił Lec w swoim pisarstwie: dopisywał glosy światu, w którym żył, za każdym razem pilnie zaznaczając na marginesie „sic!”. Nie da się świata naprawić, szkoda słów na tak płoche zajęcie, trzeba natomiast skrupulatnie przepisywać jego błędy, podkreślając je na marginesie, pokazując uproszczenia, pomyłki, szalbierstwa i kurioza, a wszystko to w języku, bo małość świata odbija się w kalekiej formie słów.

Świat, jaki jest, jest niedoskonały, bo zaktualizowany, zrodzony z błędu pierwszego wysłowienia, daleki od doskonałości zawartej w wiecznym milczeniu, rozgadany, śmieszny i trywialny. Jest to jednak nasz świat, odległy od mistycznego niemówienia Nicości, choć istniejący w jej cieniu. Jak – zapewne nieświadomie – powtarza za Freudem Lec, „jedynie dowcip może nas pogodzić ze śmiesznością życia” [625], bo jedynie dowcip – rozpętanie wieloznaczności, odlot słów – może przeprowadzić nas między aktualnością egzystencji i potencjalności tworzenia, między nadętym frazesem i „niezniszczalną ciszą świata” [477].

Świat jest, jaki jest, nic tu poradzić nie można, pozostały nam jedynie dowcip i milczenie. Pierwszy odsłania nieoczekiwane możliwości języka, drugie przypomina nam o przedsłownej nicości.
To paradoksalne połączenie określa wielkość pisarstwa Stanisława Jerzego Leca. ©

Wszystkie cytaty z wydania S.J. Lec, Myśli nieuczesane wszystkie, red. L. Kośka, Noir sur Blanc, Warszawa 2010.

Podczas tegorocznej edycji Festiwalu Conrada odbędzie się debata poświęcona twórczości Stanisława Jerzego Leca z udziałem Lidii Kośki, autorki biografii pisarza, a także Michała Pawła Markowskiego i Leonarda Neugera. Poprowadzi ją Roma Sendyka.

MICHAŁ PAWEŁ MARKOWSKI (ur. 1962) jest profesorem na Wydziale Polonistyki UJ oraz Hejna Family Chair in Polish Language and Literature na University of Illinois w Chicago. Dyrektor artystyczny Festiwalu Conrada. Współpracownik „Tygodnika”.

STANISŁAW JERZY LEC (1909–1966) – jego prawdziwe nazwisko to de Tusch-Letz, był synem barona Benona de Tusch-Letza i Adeli z domu Safrin. Studiował we Lwowie, gdzie ukończył prawo. Od młodości działał w organizacjach lewicowych i komunistycznych. W czasie wojny wstąpił do Związku Radzieckich Pisarzy Ukrainy. Był więźniem obozu w Tarnopolu, skąd uciekł, po czym wstąpił do Gwardii Ludowej i walczył jako partyzant (m.in. w bitwie pod Rąblowem). W regularnej armii doszedł do stopnia majora. W latach 1946-50 był attaché prasowym w Wiedniu. Później na dwa lata wyemigrował do Izraela. Po powrocie do kraju w 1952 r. przez cztery lata był objęty cenzurą wydawniczą. Od 1956 r. publikował w tygodniku „Świat”. Znany przede wszystkim jak autor aforyzmów. Opublikował kilkanaście tomików, z których najbardziej znany to „Myśli nieuczesane” z 1957 r., który doczekał się kontynuacji w 1964 („Myśli nieuczesane nowe”).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Teoretyk literatury, eseista, krytyk literacki, publicysta, tłumacz, filozof. Dyrektor artystyczny Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada w Krakowie. Stefan and Lucy...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]