Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Pewnego razu w Ameryce

Pewnego razu w Ameryce

02.10.2017
Czyta się kilka minut
Jeżeli bieda jest sprawą kultury, to wyjścia z niej nie ma. Rządy możemy zmienić, kulturę możemy co najwyżej porzucić.
W barze w West Chester goście obserwują wyniki wyborów prezydenckich, Ohio, 8 listopada 2016 r. LUKE SHARRETT / BLOOMBERG / GETTY IMAGES
N

Na amerykańskim kontynencie żyje plemię: ma swój twardy kodeks honorowy, nie ufa rządowi i niechętnie widzi obcych, jego członkowie gardzą wieloma ideałami nowoczesnego społeczeństwa i nie mają oporu, by do upadłego bronić swoich bliskich, gdy dotknie ich choćby najmniejsza zniewaga. Życie w rytmie cywilizacji przemysłowej, ale z dala od wielkich metropolii, wielkiej polityki i wielkiej historii, uczyniło z nich grupę osobną. Oto arcy-Amerykanie i gorliwi patrioci, którzy boją się własnych sąsiadów, a prezydenta kraju i całą klasę polityczną mają za okupantów. Mówią o sobie, że są ludźmi pracy – ale bardzo często wcale nie pracują. Mają się za ludzi żarliwej wiary, ale statystyki mówią, że wcale tak gorliwie jej nie praktykują.

Głos na czasie

To plemię to biali Amerykanie, potomkowie Szkotów i Irlandczyków, zamieszkujący region Appalachów, „wieśniacy”, „buraki”, „bidoki”, po prostu hillbillies.

Tak o swoich ludziach pisze J.D. Vance, autor „elegii” upadającej kultury białych mieszkańców Appalachów. Taki też podtytuł nosi jego rozchwytywana książka, „Hillbilly Elegy”: pamiętnik o umierającej rodzinie i kulturze.

Vance, trzydziestolatek, jest dziś świeżo upieczonym ojcem, wziętym komentatorem politycznym, dumnym absolwentem jednej z najlepszych szkół prawniczych w kraju i inwestorem, który pracuje dla kontrowersyjnego miliardera Petera Thiela, z którego pieniędzy powstał Facebook i PayPal. I jest też, ku zgryzocie wielu jego krytyków, publicznym rzecznikiem białej biedoty i resztek klasy robotniczej, sierot po przemysłowej gospodarce i ludzi zbędnych współczesnej Ameryki. „Elegia dla bidoków” (tak będzie brzmiał polski tytuł) prowadzi nas po społecznym dnie – rozbite rodziny, przemoc, uzależnienia – od którego jemu akurat udało się odbić. „Nie napisałem więc tej książki dlatego, że dokonałem czegoś nadzwyczajnego. Napisałem ją dlatego, że osiągnąłem coś zupełnie zwyczajnego, co jednak bardzo rzadko zdarza się dzieciakom, które dorastają w warunkach takich jak ja” – tłumaczy autor.

W wyborczym roku 2016 hasło „biała klasa robotnicza” stało się fetyszem. Każdy szanujący się redaktor, socjolożka czy krytyk społeczny chciał dorzucić swoje trzy grosze do dyskusji o tym, co się stało z amerykańskimi białymi pracującymi i ich rodzinami. I przede wszystkim, dlaczego poparli Donalda Trumpa, miliardera ze świata złotych klamek i prywatnych odrzutowców, tak dalekiego od ich codziennych problemów?

Na amerykańską większość zaczęto spoglądać z nowo rozbudzoną antropologiczną ciekawością, jak na egzotyczną mniejszość. Książka Vance’a – która dodatkowo ukazała się w szczytowym momencie kampanii wyborczej – nie mogła trafić na lepszy czas.

Takie przyszły czasy

Hillbilly Elegy” jest wierna swojemu tytułowi. Przedstawia rodzinę i kulturę, których kryzys i rozpad są lokalnymi tragediami, a jednocześnie zaledwie odpryskiem globalnych zmian. Rodzina Vance’a nigdy nie należała do lokalnej elity, ale poprzednie pokolenia zakorzeniły się w Kentucky i Ohio, dumne z tego, że wychowały uczciwych Amerykanów, którzy pracowali, płacili podatki i solidarnie zaciskali pasa w czasach wojny. Szczęśliwie unikali najgorszych życiowych raf, nawet jeśli w pamięci klanu zachowały się epizody wstydliwe i niemało problemów.

Dla J.D. pomostem do tego normalnego, amerykańskiego życia są już tylko dziadkowie – pieszczotliwie nazywani Mamaw i Papaw. Są żyjącym wspomnieniem amerykańskiego przemysłowego kapitalizmu, który dawał białym „bidokom” ciężką pracę w kopalniach i stalowniach, podłe warunki i wypłaty, zanieczyszczone środowisko – ale przynajmniej coś dawał. „Stara i dobra Ameryka” narzucała mniej lub bardziej jasne reguły gry. Jej ideologia w przejrzysty sposób tłumaczyła tym białym, jedynym pełnoprawnym obywatelom, jak mogą piąć się po społecznej drabinie. Późniejsze pokolenia – Vance opisuje je za pomocą własnej biografii – odziedziczyły całe ryzyko i pokusy coraz bardziej deprawującego się systemu, ale nie jego plony.

Dzieciństwo z matką to korowód chłopaków-ojczymów, z których każdy kolejny był tylko złudną i spaloną na starcie obietnicą czegoś przypominającego rodzinę. Przeprowadzali się co roku, matka uzależniła się od narkotyków: raz prosiła syna o to, by oddał jej próbkę moczu na testy, innym razem groziła, że się – i jego – zabije. Życiowy wzór albo przewodnik, nawet zwykła ludzka bliskość – przekonuje Vance – to w Appalachach deficytowy towar.

Znajomi i bliscy, inne „bidoki”, kierują się wartościami, które może i dobrze im służyły przez lata, ale nie pomagają młodemu chłopakowi odnaleźć się w świecie, gdzie obowiązuje kult sukcesu i mit merytokracji. Tolerują oszukiwanie systemu – ale tylko u siebie, nie u innych. Sprawy rodzinne załatwiają przez krzyk i groźby, uciekają od problemów, ale i odmawiają wzięcia za nie odpowiedzialności.

Vance próbuje mieszkać z ojcem, który stał się fundamentalistycznym chrześcijaninem z gatunku „nowo narodzonych” – ale nie do końca im się układa. Przez pewien czas wychowuje go starsza siostra, ale i ona musi zająć się własnymi dziećmi. W końcu wraca do babci, swojej Mamaw, kobiety oschłej, porywczej, niepozbawionej wad, ale zarazem jedynej osoby, która wierzy, że nawet hillbilly może być kimś. Ruga go za złe oceny, kupuje kalkulator, każe słuchać mądrzejszych od siebie nauczycieli w szkole, w końcu pomaga złożyć aplikację na uczelnię i pozwala, choć z bólem, pójść do wojska. „Żebyś mi nigdy nie był jak ci, kurwa, frajerzy, co jojczą, że wszystko jest przeciwko nim. Możesz osiągnąć wszystko, co tylko zechcesz” – wbijała mu do głowy.

Nie trzeba dodawać, że figura babci służy za alegorię Ameryki: surowej, ale sprawiedliwej.

Wieczne i nierozstrzygalne

Pogubieni, rozbici, osieroceni – w każdym sensie – hillbillies są w książce Vance’a ofiarami podłego losu. Ale są też ofiarami samych siebie. Kultura mieszkańców Appalachów przygotowała ich na niełatwe życie, ale też pozwoliła się w nim rozgościć. Vance pisze, że jego ziomkowie są pierwsi, żeby za swoje niepowodzenia winić Obamę, złe korporacje, imigrantów, skorumpowanych urzędników i leniuchów żyjących z socjalu. Są wściekli, gdy telewizja posługuje się stereotypem buraka z prowincji, ale sami ochoczo sięgają po stereotypy wobec całego zewnętrznego świata. Na jednym oddechu potrafią pomstować na to, że rząd pomaga ludziom zbyt hojnie, i narzekać, że im nie pomaga wystarczająco.

Vance notuje to wszystko z rozczarowaniem, ale i zrozumieniem. W końcu krytykuje własną kulturę. Wnioski są dość banalne: niektórym pomóc się nie da, o ile nie będą chcieli nic zrobić ze swoim życiem. Vance ilustruje to przykładami znajomych: spóźniają się do pracy, podkradają towar lub oszukują przełożonych, czasem rezygnują z pracy zarobkowej w ogóle. Później, za przyznany im zasiłek, kupują nowego smartfona i piszą na Facebooku: „Obama zniszczył amerykańską gospodarkę”.

Vance wstrzelił się w szerszą – wieczną i nierozstrzygalną – dyskusję o naturze biedy i wykluczenia. Czy krzywda ma zawsze systemowe podłoże: brak sprawnych instytucji, zakorzenione w mechanizmach państwa i rynku uprzedzenia, szklane sufity i bariery? A może czasem systemowe ujęcie nie wystarcza? Vance pisze, że nie może znaleźć zrozumienia dla młodych i sprawnych mężczyzn, którzy rezygnują z pracy, czy matek, które przeznaczone na dzieci alimenty wydają na alkohol – tym ludziom, twierdzi, nie pomogą najlepsze nawet instytucje społeczne, jeśli ci traktują oferowaną im pomoc jako kolejną okazję do oszukania systemu na parę dolarów.

Przez to, że „Hillbilly Elegy” pisane jest z pozycji rozdarcia – „swoi”/„obcy”, „ofiary”/„winni” i tak dalej... – ten zużyty społeczny morał zyskuje nową żywotność. Może to bezmyślny odruch, ale zdaje się, że bardziej jesteśmy skłonni zaufać komuś, kto mówi bolesne rzeczy o swoich. A może to tylko ślepa uliczka „polityki tożsamości” i wcale nie jest tak, że czarny piszący źle o czarnych, muzułmanka źle o muzułmanach, a katolik źle o katolikach jest bardziej wiarygodny?

Beznadzieja

Vance jest oczywiście konserwatystą. Krytyka, jaka spotkała go ze strony lewicy i liberałów, była uzasadniona, choć nie zawsze sprawiedliwa. Pisano, że jest „fałszywym prorokiem”, „sprzedał” swoich ludzi na pożarcie politykom prawicy, którzy wpędzili ich w nędzę, a teraz tryumfują dzięki ich frustracji. Kpiono, że ­Vance jest „szerpą elit w świecie postkryzysowej Ameryki”. Polityczka ubiegająca się o mandat z tego samego regionu, z którego pochodzi Vance, wytykała mu na łamach prasy, że... była w dzieciństwie jeszcze biedniejsza i nie życzy sobie, żeby wypowiadał się w jej imieniu. Ktoś inny czynił aluzje do jego żony, która jest potomkinią imigrantów, co rzekomo rzuca się cieniem na „amerykańskim rodowodzie” pisarza.

Problemy z „Hillbilly Elegy” nie polegają jednak na deficycie „autentyczności” autora czy jego aktualnych wyborach życiowych, ani na tym, czy „reprezentuje” kogokolwiek. „Hillbilly Elegy” trapi coś innego: cała warstwa humanizmu, wrażliwości i empatii, z jaką Vance przygląda się problemowi, skrywa supeł fatalizmu i beznadziei. Jeżeli jest tak, jak pisze Vance – że „nie istnieje rząd, który rozwiąże nasze problemy za nas” – a bieda jest sprawą kultury, to wyjścia właściwie nie ma. Rząd możemy zmienić, kulturę możemy co najwyżej porzucić.

Jeśli biedni jak powietrza potrzebują przewodników po klasowej drabinie – swoich Mamaw i Papaw – to ci, którzy ich nie znajdą, zawsze będą biedni. Jeśli ratunkiem dla biednych jest trafienie na dobrą osobę w dobrych okolicznościach, to cóż poczną ci, którym los tej szansy nie dał?

No właśnie. Czasami w refleksji ­Vance’a spostrzeżenia błyskotliwe – o stosunku do elit, wyobcowaniu, niezawinionej, ale śmiertelnej ślepocie na zmieniający się świat – sąsiadują z fragmentami, które mylą skutek i przyczynę. Czy biedni są biedni, bo zachowują się „nieodpowiedzialnie”, czy raczej na odwrót – bieda i desperacja uniemożliwiają dochowanie mieszczańskich standardów „odpowiedzialności”?

Vance sugeruje również, że dobre instytucje i polityka społeczna nie rozwiązują problemu. Bo problem jest w nas. Ale tak się złożyło, że Vance’owi szansę dały właśnie silne instytucje publiczne: armia i stanowy uniwersytet. „Hillbilly Elegy” wielokrotnie przypomina o tym, jak ważni są mentorzy i przewodnicy – których dotkliwie brakuje, gdy rozpada się rodzina – ale zaskakująco szczędzi słów, gdy trzeba powiedzieć, że to publiczne instytucje dają „bidokom” podobnym do niego szansę awansu.

Vance nie jest jedynym autorem, który uwzniośla i czerpie z mitu „złotej ery” kapitalizmu XX w., ale nie pochyla się nad tym, skąd brała się relatywna stabilność życiowa białych (mężczyzn) w tamtych czasach. Jak na książkę o niedolach klasy robotniczej, prawdziwe bolączki gospodarcze Ameryki i niedomagania modelu społecznego są potraktowane dość ulgowo.

Pogarda jako order

Na dobre i złe „Elegia dla bidoków” jest czytana głównie poprzez fenomen Trumpa i poparcia, jakie uzyskał wśród tych samych sfrustrowanych i pozbawionych szans oraz nadziei ludzi, którzy wcześniej z podobnych powodów poparli i Obamę, i Clintona.

Vance udzielił głośnego wywiadu dla pisma „American Conservative”, w którym ze swadą i przekonaniem ten wybór tłumaczył: „Moja Mamaw mówiła, że my, hillbillies, jesteśmy jedyną grupą, na którą można patrzeć z góry i się tego nie wstydzić. Co to oznacza dla polityki? To, że ta pogarda sprzyja Trumpowi. Jest jedynym politykiem, który walczy z wrażliwością elit, na dobre i na złe. Pamiętam, gdy Hillary Clinton mimochodem wspominała o tym, że górnicy stracą pracę, a Obama rozważał, dlaczego biała klasa robotnicza tak uporczywie trzyma się swojej religii i broni palnej. (...) U nas ludzie noszą tę cudzą pogardę niczym order, ale ona wciąż ich boli i dlatego szukają kogoś, kto wypowie wojnę tym, którzy nimi pogardzają. Trump może zrobić dla nich przynajmniej to”.

Trump wygrał, a opowieść o słusznej frustracji pogardzanych białych z prowincji stała się ulubioną diagnozą prawicy – konserwatyści do znudzenia powtarzali, że odklejenie liberalnych elit jest największym problemem współczesnej Ameryki. Dzięki tej rozmowie rozpoczęła się na dobre popularność „Elegii...” – jako książki „tłumaczącej” trumpizm – i ona kazała zaklasyfikować pamiętnik do bieżącej publicystyki. Do narodowej dyskusji o konfliktach społecznych w kraju na powrót wkroczyły kategorie „klasy” i „geografii” – „płeć”, „rasa” i „orientacja” miały zaś znów wrócić do liberalnych enklaw, na uniwersytety i wiece Partii Demokratycznej. Paradoksalnie, im bardziej podkreślano znaczenie biedy i rozwarstwienia, tym bardziej skupiano się na przyczynach kulturowej przepaści między Kentucky i Nowym Jorkiem, a nie na tym, jak i dlaczego prowincja i metropolia „rozjechały się” gospodarczo.

„Elegia...” posiada olbrzymią siłę uwodzenia. Nawet jeśli jej literacka wartość jest trudna do uchwycenia w jasnych kategoriach, to nie pozostawia obojętnym, każe myśleć i prowokuje do rozmowy. Jeśli o to Vance’owi chodziło – a przekonuje, że tak – jest to sukces. Bo nawet najsurowsi krytycy zgadzają się, że ten pamiętnik o losach „bidoka”, który z „bidocką” kulturą zerwał, jest opisem czegoś ważnego, czegoś, co w Ameryce było i będzie, nie zniknie w ciągu jednego wyborczego cyklu. Polityka, w jaką wierzy lub nie wierzy Vance, to jedno, wartość dyskusji, jaką wywołał, to coś zupełnie innego.

Vance bynajmniej nie rozwiązał równania, którego wynikiem jest recepta na amerykańskie problemy, nie ułożył do końca skomplikowanych klasowych i rasowych puzzli. Ale dołożył swój element, pozwolił objąć wzrokiem nieco większy kawałek tej układanki. W czasach, w których Ameryka nawet nie wyobraża sobie, jak choćby zacząć wyrównywać rachunki i spróbować skleić się z powrotem w całość, jest to osiągnięcie. Warto, nawet jeśli krytycznie, tej elegii wysłuchać.©

J.D. Vance, HILLBILLY ELEGY, w przekładzie Tomasza Gałązki, ukaże się nakładem wydawnictwa Marginesy.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]