Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Patrzenie i współczucie

Patrzenie i współczucie

20.07.2010
Czyta się kilka minut
Sontag długo utrzymywała, że wszechobecność fotografii usypia sumienia. Tu nie zmienia zdania co do niebezpieczeństw wizualnego przesytu, ale dostrzega, że dzięki zdjęciom człowiek może wzbudzić w sobie współczucie dla nieznanych ludzi.
Z

Zaczęło się od zdjęć z obozów koncentracyjnych Bergen-Belsen i Dachau. Dwunastoletnia Susan Sontag natknęła się na nie przypadkiem i nie mogła oderwać oczu od tych strasznych obrazów. Jako dorosła osoba dzięki pismom Hannah Arendt pojęła, że miała wówczas do czynienia z formą iluzji: fotografie miejsc zagłady były robione już po zakończeniu wojny, w momencie, kiedy wkroczyły na ich teren wojska sojusznicze. Widok stosu zwłok oraz wychudzonych ocalonych nie był typowym krajobrazem obozowym. Niemcy zadbali o jego schludność - najpierw w komorach dusili więźniów gazem, potem ich ciała obracali w proch w piecach krematoryjnych.

Przewrotna iluzoryczność zdjęcia nigdy już nie da Sontag spokoju. Przez lata publikuje na łamach "New York Review of Books" eseje poświęcone temu tematowi, a w 1977 roku zbiera je w jeden tom, dając mu tytuł "O fotografii". Powstaje książka ciesząca się od ponad trzech dekad niesłabnącą popularnością, mimo że Sontag nie tworzy w niej spójnego teoretycznego systemu; to raczej luźne intuicje, obserwacje i sądy.

W 2003 roku ukazuje się "Widok cudzego cierpienia", tekst nawiązujący do "O fotografii". Czytając te książki jedna po drugiej widzi się ich reinterpretującą się zależność. Można też uchwycić ewolucję stylu autorki. W "Widoku..." panuje zdecydowanie większa dyscyplina intelektualna, choć to wciąż ten sam ożywiony, gęsty, szybki esej nie dający klarownych rozstrzygnięć, w imię zasady, że zgoda jest przeciwieństwem rozumienia. Okładkę amerykańskiej edycji "Widoku..." (polska jest intensywnie pomarańczowa) zdobi tylko rycina Goi z serii "Okropności wojny", znajdująca się zresztą w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie.

"Widok cudzego cierpienia" to rozważania o przymierzu, które zawarła fotografia z wojną, o zdjęciach drukowanych w gazetach, migających w wiadomościach telewizyjnych, wypełniających internet. Dzięki nim dostajemy wgląd w to, co się dzieje w odległych krajach. Kłopot w tym, że nie o każdej wojnie dane jest nam wiedzieć, bo nie każda wojna jest uczciwie dokumentowana. Aby konflikt zbrojny mógł się wyrwać z lokalnego kontekstu i zwrócić na siebie uwagę międzynarodową, musi zostać uznany za wyjątkowy i reprezentować coś więcej niż tylko sprzeczne interesy walczących stron.

Hiszpańska wojna domowa z drugiej połowy lat 30., konflikty w byłej Jugosławii w połowie lat 90., drastyczne pogorszenie stosunków izraelsko-palestyńskich po 2000 roku - wszystkie te zdarzenia mogły liczyć na uwagę fotoreporterów, dopatrywano się w nich starcia o szerszym znaczeniu. Ale już wojna Boliwii z Paragwajem o Gran Chaco z połowy lat 30. ubiegłego wieku, rzeź, która kosztowała życie 100 tysięcy żołnierzy, nie wywołała zainteresowania mediów. Sontag pokazuje w "Widoku...", może nawet wyraźniej niż w "O fotografii", że uczestniczymy w wielkiej ideologicznej manipulacji. Uważna lektura książki ma uczyć zachowania czujności wobec przekazów medialnych.

Sontag długo utrzymywała, że wszechobecność fotografii usypia sumienia, zamraża serca, prowadzi do zobojętnienia. W wielu tekstach zwracała uwagę na sytuację człowieka przymusowo skazanego na patrzenie. Jego egzystencjalną sytuację można by porównać do losu Aleksa DeLarge’a, głównego bohatera "Mechanicznej pomarańczy", filmu Stanleya Kubricka z 1971 roku, któremu podczas kontrowersyjnej terapii "opiekunowie" blokują powieki, by nie mógł nie widzieć specjalnej projekcji. My również - chcąc nie chcąc - wchłaniamy nieprzerwanie pojawiające się wokół nas obrazy. W "Widoku..." Sontag trochę inaczej rozmieszcza akcenty. Nie zmienia zdania co do niebezpieczeństw wizualnego przesytu, mieszaniny zdjęć kreacyjnych i reporterskich, epatowania makabrą, ale jednocześnie dostrzega, że dzięki zdjęciom człowiek może zachować zdolność empatii i wzbudzić w sobie współczucie dla nieznanych ludzi w odległych krajach. Dostrzeganie bólu za pośrednictwem fotografii wpływa na zmniejszenie cierpienia. Zdjęcia mogą poruszać opinię publiczną - jak te, które w 2004 roku obiegły cały świat, ukazujące sceny z więzienia Abu Ghraib pod Bagdadem, gdzie amerykańscy żołnierze upokarzali i torturowali irackich jeńców.

Może to przesłanie "Widoku..." jest naiwne, ale naiwnością głęboko poruszającą. Otwiera bowiem furtkę pozytywnej wizji człowieka w ciemnym lesie pesymistycznych diagnoz o upadku jego kondycji moralnej. Paradoks tkwi w tym, że powodem rewizji poglądów autorki nie były fotografie, a bezpośrednie doświadczenie: pobyt w oblężonym Sarajewie w roku 1993, życie wśród przestraszonych Bośniaków, dzielenie z nimi trudów dnia codziennego. Tam zdjęcia już nie były potrzebne. Sontag pisze mimochodem, a to właśnie w "Widoku..." wydaje się kluczowe, że doświadczenia nie da się zastąpić obrazem. Pełne doświadczenie to przeżywanie świadome; aby doświadczyć bólu, trzeba się z nim zetknąć.

Wróćmy jeszcze do epifanicznego wspomnienia Susan, gdy jako dziewczyna zachłannie kontempluje zdjęcia z obozów koncentracyjnych. W "Widoku..." podejmuje temat powszechnej ludzkiej skłonności do podpatrywania okropieństw, na której tabloidy zbijają fortuny. Czyni to trafnie i bez sentymentów, nawet jeśli nie mówi niczego nowego, bo temat wraca raz na jakiś czas, choćby w literaturze. Wystarczy przypomnieć bohatera "Gry w klasy" Cortazara, wbijającego oczy w fotografię ukazującą chińskie tortury, czy narratora "Wymazywania" Bernharda, próbującego unieść wieko trumny ze zwłokami matki zmasakrowanymi po wypadku. Sontag daje przykład jeszcze bardziej wyrafinowany, bo nie pochodzący ze świata fikcji: Georges Bataille, teoretyk kultury, trzymał na biurku wykonane w Chinach w 1910 roku zdjęcie więźnia umierającego "śmiercią stu nacięć", aby móc je codziennie oglądać. Autor "Erotyzmu" utrzymywał, że jako przedmioty kontemplacji obrazy okrucieństwa mogą zaspokoić różne, całkiem odmienne potrzeby. Pomagają zbroić się przeciwko słabości. Każą uznać istnienie nienaprawialnego.

"Widok cudzego cierpienia" ma swój pozaliteracki epilog. Kilka miesięcy po jego wydaniu, trzy dni przed sylwestrową zabawą 2004 roku, Susan Sontag umiera w Nowym Jorku na białaczkę. Annie Leibowitz, towarzyszka jej życia, nie waha się sfotografować opuchniętych zwłok ukochanej, a później opublikować tych zdjęć w albumie "Photographer’s Life 1990-2005". Pojawiają się głosy krytyczne, większość wolałaby zapamiętać Susan z fotografii króla pop-artu Andy’ego Warhola czy Richarda Avedona - jako kobietę zjawiskową, w koronie czarnych włosów, z białym kosmykiem nad czołem. A tu trzeba patrzeć na ciało ze śladami przegranego boju z ciężką chorobą...

Nic sensownego nie wniosą dywagacje o tym, czy Sontag zgodziłaby się za życia na sesję tak ostateczną. Pośrednio sama dała odpowiedź w "Widoku...", we fragmentach poświęconych fotografii zmarłych. W zachodnim świecie obowiązywały surowe zakazy eksponowania ich twarzy. Jeśli się twarz pokazywało en face, to należała do człowieka z odległych miejsc, najczęściej z Afryki... Śmierć nas nie dotyczy - taki mniej więcej dostajemy przekaz - dotyczy innych, którzy mieszkają zupełnie gdzie indziej, mają inny kolor skóry i zwyczaje. W świecie zachodnim fotografowanie osoby publicznej w chwilę po śmierci uchodzi tylko w wyjątkowych przypadkach. Na pośmiertne zdjęcia Sontag możemy patrzeć tak, jak ona patrzyła latami na zdjęcia pełne rozpaczy. Chodzi tylko o zachowanie w tym spojrzeniu współczucia.

Susan Sontag, Widok cudzego cierpienia Przeł. Sławomir Magala, Kraków 2010, Wydawnictwo Karakter.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]