Parafialne orkiestry dęte. Jak amatorski zespół zmienił lokalną społeczność

Grają kościelne pieśni i jazzowe standardy. Parafialne orkiestry dęte dla jednych są symbolem Kościoła nieudolnie triumfującego. Dla innych – przykładem wspólnoty, która chce być razem mimo dzielących ją różnic.
Czyta się kilka minut
Parafialna orkiestra dęta w Leńczach podczas procesji Bożego Ciała. Leńcze, 4 czerwca 2026 r. // Fot. Jacek Taran
Parafialna orkiestra dęta w Leńczach podczas procesji Bożego Ciała. Leńcze, 4 czerwca 2026 r. // Fot. Jacek Taran

Z kościoła powoli wychodzą wierni. Najpierw dzieci w pierwszokomunijnych strojach, za nimi rodzice. Głównie mamy, bo ojcowie czekają na zewnątrz, tam gdzie ja – pod pomnikiem Jana Pawła II. To jedna z ładniejszych rzeźb papieża w Polsce, łącząca czarny, afrykański granit z brązem. Jej autorem jest prof. Bronisław Chromy, ten sam, który stworzył Smoka Wawelskiego, Pietę Oświęcimską czy pomnik Psa Dżoka na Bulwarach Wiślanych. 

Pochodził z tej parafii. Podobnie jak Jerzy Trela, spoczywający na przykościelnym cmentarzu. Niewielkie Leńcze, położone w cieniu Lanckorony i Kalwarii Zebrzydowskiej, mają szczęście do wielkich artystów.

Do tańca i różańca: repertuar parafialnych orkiestr dętych

Ks. Bohdan Ciołczyk, proboszcz, wychodzi z kościoła ostatni. Zaprasza do kancelarii. 

Nigdy dotąd, w żadnej parafii, w której pracował, nie było orkiestry. Teraz ma ją na co dzień – za ścianą, a właściwie pod podłogą, bo salka prób znajduje się na plebanii, pod mieszkaniem proboszcza.

Uruchamianie odtwarzacza...

– Kiedyś – mówi – siedzę w swoim pokoju i słyszę, że pociąg trąbi. Niedaleko jest stacja, więc mnie nie zdziwiło. Ale on trąbi i trąbi, co chwilę i długo. Trochę czasu minęło, zanim zrozumiałem, że to ktoś na trąbce uczy się grać. I tak ciągnie na jednym tonie.

Pytam, czy przeszkadzają. Zaprzecza: – Dla mnie najważniejsze, że to nasza własna, parafialna orkiestra, która uświetnia liturgię i procesje. 

Gdy rozmawiamy, z salki dochodzą dźwięki „Thrillera” Michaela Jacksona. Bo grają nie tylko pieśni religijne. Ale proboszcz nie ma z tym problemu. 

– W czasie mszy czy procesji mają zawsze odpowiedni repertuar – zapewnia. – A tę lekką muzykę wykonują poza kościołem, na festynach albo na koncercie noworocznym, który zresztą zawsze zaczyna się od kolęd. Trzymają się zasad.

Historia orkiestry: jak to wygląda w Polsce, a jak w Leńczach 

W Polsce działa ok. 800 parafialnych orkiestr dętych. Szacunkowo, bo nikt nie prowadzi rejestru. Orkiestry nie mają scentralizowanej struktury. Podlegają proboszczom i ewentualnie Diecezjalnym Komisjom Muzyki Kościelnej, które opracowują wytyczne dla wszystkich zespołów muzycznych i śpiewaczych występujących w kościołach.

Najwięcej orkiestr ma Małopolska, Śląsk i Podkarpacie. Sporo wśród nich takich, które mają parafialny rodowód, ale przeszły pod opiekę Gminnych Ośrodków Kultury lub Ochotniczych Straży Pożarnych.

Orkiestra w Leńczach za rok będzie obchodzić 30-lecie istnienia. Założył ją w 1997 r. Marian Górkiewicz, kapelmistrz przez pierwsze dwanaście lat. W najlepszym okresie grało w niej blisko 60 osób w dwóch grupach – dorosłych i młodzieży. 

Pierwsze kroki w orkiestrze: nauka cierpliwości

– Czesiek, tam jest powtórka! Przed 53 są cztery takty powtarzane! – słyszę jeszcze zza drzwi, jak Przemysław Drabczyk, kapelmistrz, upomina jednego z muzyków. Wchodzę do salki prób. W pierwszym rzędzie saksofony, flety, klarnety. W drugim trąbki i waltornie. W ostatnim – tuba i instrumenty perkusyjne.

– Brakuje nam trochę „grubej blachy” – mówi kapelmistrz. – Zwłaszcza puzonów, które dopiero się uczą. Fajna byłaby też jakaś sekcja melodyczna, na przykład dzwonki. Ale to jak się trochę rozkręci. W ruchu amatorskim nie da się wiele przewidzieć. Dziś dzieje się dużo, a za rok może trzeba będzie wszystko budować od nowa. Młodzi jadą na studia, do pracy, zakładają rodziny w innych miejscowościach.

Orkiestra leńczańska liczy dziś 26 aktywnych muzyków. Najmłodszy ma 7 lat (dziewczynka, gra na eufonium), najstarszy 65 (perkusja). Wszyscy uczyli się grać tutaj, na miejscu, od podstaw. Jest też 14 adeptów, którzy ćwiczą oddzielnie, w trzech sekcjach: instrumentów drewnianych, blaszanych i perkusyjnych. 

Pytam, na czym najtrudniej zacząć. 

– Na perkusji początki są przyjemniejsze, bo szybciej widać efekty, ale później zaczynają się schody – mówi Przemek. – A na instrumentach dętych odwrotnie: od razu są schody, a później pomalutku się stabilizuje. Ale chyba najtrudniejsze są te najmniejsze ustnikowe, jak trąbka czy waltornia. Wymagają cierpliwości i systematyczności. 

– A jak się nie umie grać, to się dyryguje – żartuje.

Nauczyciel i animator: kim naprawdę jest kapelmistrz

Drabczyk jest muzykiem zawodowym, ukończył szkołę muzyczną w klasie perkusji i trąbki, studiował też dyrygenturę w królewskim konserwatorium w Brukseli. Jako muzyk sesyjny współpracuje z wieloma znanymi artystami w Polsce, jest też liderem dwóch własnych zespołów muzyki rozrywkowej oraz animatorem kultury: w Oświęcimiu, gdzie mieszka, prowadzi gminną Wielką Orkiestrę Młodych Muzyków, współorganizuje warsztaty i festiwale muzyczne dla dzieci i młodzieży. Ma 32 lata.

Do Leńcz trafił trzy lata temu. Orkiestra od ponad dekady przeżywała kryzys. Po odejściu pierwszego kapelmistrza, w 2009 r., zaczęły się problemy. 

– Zostało nas może osiem osób – wspominają. – Coś tam graliśmy, ale nikt nam nie mówił, czy dobrze, czy źle. Aż wreszcie postanowiliśmy poszukać dyrygenta z prawdziwego zdarzenia.

Próbowali z kilkoma chętnymi, którzy zgłosili się na casting. Wśród nich był także Przemek, o którym wiedzieli tylko tyle, że prowadzi już jedną orkiestrę i ma głowę pełną pomysłów. Przypadł im do gustu. 

O jego wykształceniu i ścieżce zawodowej członkowie orkiestry dowiedzieli się dopiero teraz, przy okazji naszej rozmowy. 

Instrumenty dęte: oddychać na Bożą chwałę

Jednym z adeptów jest Aleksander, z zawodu fizjoterapeuta, który do orkiestry zapisał się razem z 12-letnim synem Jędrkiem. 

– Byłem na noworocznym koncercie w naszym kościele – mówi. – Oboje z żoną zwróciliśmy uwagę na dyrygenta z charakterystycznym irokezem. Taki pozytywny chłopak, pełen energii. Na koniec koncertu mówił, że potrzebują chętnych, nawet takich, którzy nigdy nie grali na żadnym instrumencie.

Syn uczy się grać na perkusji, tata na puzonie. Zaczął od ćwiczeń oddechowych, żeby wypełniać płuca przy pomocy przepony. Tylko tak można zapewnić strumieniowi wydychanego powietrza odpowiednie ciśnienie i kontrolować jego przepływ. Bez dobrego oddychania nie da się wydobyć z instrumentu czystego, stabilnego dźwięku. Po opanowaniu tej techniki uczył się dmuchać w ustnik. Potem dopiero przyszła pora na samą grę na puzonie.

Pytam kapelmistrza, czy naprawdę każdy może grać w orkiestrze. 

– Chyba się nie zdarzyło, żebyśmy kogoś nie przyjęli – odpowiada. – Raczej po pewnym czasie te osoby, którym ciężko przychodzi nauka, same sobie zdają z tego sprawę. Ale zwykle nie żegnamy się z nimi, tylko zmieniamy instrument. Na przykład jak komuś nie wychodzą dźwięki na trąbce, proponujemy puzon.

– Podoba mi się jego entuzjazm i wiara w ludzi – mówi adept Aleksander. – I to, że zaraża nimi innych. Sprawia, że każdy może pomyśleć: wow, za kilka miesięcy ja też będę grał w tej orkiestrze! Podziwiam, że chce mu się uczyć ludzi od podstaw.

Robotniczo-ludowe pochodzenie parafialnych orkiestr

Amatorskie orkiestry dęte popularne są w wielu krajach. Tak zaczynał muzyczną karierę Wynton Marsalis, który jako ośmiolatek trafił do przykościelnego Fairview Baptist Church Band w Nowym Orleanie. W Wielkiej Brytanii utożsamiane są z ruchem robotniczym. Znane są we Francji, Portugalii, Grecji i oczywiście we Włoszech, zwłaszcza południowych, gdzie „banda musicale” od zawsze była obowiązkowym elementem wszystkich ludowych i kościelnych ceremonii. Dziesiątki tysięcy Włochów w taki właśnie sposób odbierało pierwszą edukację muzyczną i znajdowało „artystyczne wytchnienie” w zdominowanej przez pracę fizyczną codzienności.

Robotniczo-ludowe pochodzenie mają też polskie orkiestry amatorskie. Co z pewnością przyczyniło się do lekceważenia ich przez muzyczny mainstream. Zresztą nie o sam plebejski rodowód chodzi. Także o użytkowy charakter granej muzyki (do marszu, procesji lub tańca) czy stereotypowe wyobrażenia na temat repertuaru.

Niewiele osób, także muzykologów i krytyków muzycznych, ma świadomość, że współczesne zespoły grają nie tylko uproszczone wersje polek, marszów, piosenek biesiadnych i pieśni religijnych. Coraz więcej kapelmistrzów sięga po muzykę filmową czy jazzową albo po pisane specjalnie dla orkiestr dętych partytury.

Czym jest dla mnie orkiestra: wypowiedzi muzyków-amatorów

Próba kończy się po godz. 21. Kapelmistrz i kilkoro muzyków zostają, by ze mną porozmawiać. Pytam, co im daje orkiestra i jak wpłynęła na ich życie. 

Konrad: – Gdy zaczynałem, miałem 10 lat. Dużo było różnych zajęć, wiadomo, grało się w piłkę nożną i w siatkówkę. Ale teraz, w dorosłym życiu, to tak naprawdę poza pracą i innymi obowiązkami została już tylko ta orkiestra. Taka odskocznia, po prostu.

Sylwia: – Gra w orkiestrze uczy samodyscypliny i systematyczności. O ile tylko podchodzi się do tego serio i jest się naprawdę zaangażowanym. Nie da się instrumentu widzieć tylko na próbie, raz w tygodniu. Wiadomo, każdy z nas pracuje, uczy się, z czegoś musimy żyć, zarabiać. Nie jesteśmy zawodowymi muzykami. Ale te parę razy w tygodniu trzeba wziąć instrument do ręki. 

Amelia: – Dla mnie najważniejsze jest, że spędzamy tu razem czas. Z rówieśnikami czy ze starszymi, w rodzinnej atmosferze. Zresztą duża część orkiestry to są rodziny – matki z córkami, ojciec i syn, rodzeństwo, kuzyni. Gramy, rozmawiamy, żartujemy, organizujemy wigilie.

Sylwia: – W każde święta pada w domu to magiczne zdanie: „A weź nam coś zagraj”. Więc pewnie każdy z nas jest takim domowym grajkiem. Ale to lepsze niż podawanie do stołu. Są ludzie od podawania i są od grania.

Jerzy: – Gramy po domach, na spotkaniach, pogrzebach. Graliśmy też na majówkach. Jest tu w okolicy kilka kapliczek, gdzie się spotykają kobiety, by śpiewać litanię. Kilka razy skrzyknęliśmy się tak spontanicznie, na telefon, i im przygrywaliśmy.

Kasia: – Nie ma w naszej miejscowości zbyt dużo takich atrakcji. Fajnie, że wspólnie coś budujemy, że dbamy o tę tradycję. Może w przyszłości nawet zaznaczymy się jakoś w świecie muzycznym?

Kasia zaczęła grę w orkiestrze po pierwszej komunii. Potem zapisała się do szkoły muzycznej – najpierw pierwszego stopnia w Skawinie, potem w Krakowie. W tym roku kończy drugi stopień w klasie saksofonu.

Edukacyjna i społeczno-kulturalna rola orkiestr dętych

System edukacji muzycznej w Polsce przez lata faworyzował orkiestry symfoniczne, pomijając dęte. Dlatego powstawały i rozwijały się poza oficjalnym, akademickim nurtem. Dopiero od niedawna na uczelniach muzycznych tworzy się specjalizacje dla dyrygentów orkiestr dętych. Brak profesjonalnego wsparcia odbijał się na poziomie wykonawczym, co utrwalało negatywne opinie o tego typu zespołach. Ich siłą była za to pasja kapelmistrzów, często samouków. 

Częściej niż muzykolodzy interesowali się nimi socjologowie, dostrzegając, że orkiestry amatorskie pełnią w społeczeństwie potrójną rolę: społeczno-integracyjną, edukacyjną i tożsamościowo-kulturową. 

Prof. Tomasz Szlendak z UMK w Toruniu uważa je za fundamentalny element życia kulturalnego, zwłaszcza w miejscach, gdzie jedyną alternatywą są telewizja i internet. Orkiestry wpisują się w koncepcję „kotwic kulturalnych”, rozwijaną przez toruńskiego socjologa od ponad dekady – miejsc, wspólnot i inicjatyw, które decydują o lokalnej tożsamości i stymulują życie społeczno-kulturalne w małych miejscowościach.

Wspólne muzykowanie integruje silnie zwłaszcza młodzież, budując przyjacielskie więzi i stając się platformą dialogu i komunikacji wychodzących poza media społecznościowe.

Dla wielu osób granie w orkiestrze to jedyna możliwość bezpłatnego dostępu do kultury i edukacji muzycznej: poznania nut, rozwijania słuchu, pamięci muzycznej, poczucia rytmu. A także poszerzania horyzontów i uwrażliwiania na sztukę.

Chodzi zresztą nie tylko o muzykę. Także o budowanie wiary we własne siły i umiejętności, kluczowej w każdej dziedzinie życia. A nawet o poprawę sprawności fizycznej i zdrowia (kształtowanie prawidłowej postawy ciała czy ćwiczenia oddechowe, zwiększające pojemność płuc).

– Nie można też zapominać o roli liturgicznej – podkreśla ks. Ciołczyk. – Dla mnie to chyba najważniejsze, że nasza parafialna orkiestra nie tylko uświetnia uroczystości, ale że dzięki niej nasza modlitwa nabiera jeszcze innego wymiaru.

Praca z amatorskim zespołem: koszty, wyzwania i satysfakcja 

– Praca z amatorami jest ciekawsza niż z muzykami profesjonalnymi – mówi Przemek. – Muzyk zawodowy ma po prostu przyjść przygotowany, jeśli nie, mogę go nawet wyrzucić. W końcu za to bierze pieniądze, mniejsze lub większe, ale to jego praca. Tutaj wszystko tworzymy od podstaw. We wrześniu zaczynamy rozczytywanie repertuaru, potem mamy cztery miesiące prób, i wreszcie koncert, na którym każdemu zależy, więc każdy potrafi się spiąć. Wtedy najbardziej czuję, że warto. Dostaję takiego kopniaka energii.

Z orkiestrą w Leńczach pracuje od niedawna, widzi więc, ile rzeczy jest wciąż do poprawienia. Martwią go braki kadrowe. Z tego powodu na razie nie jeżdżą na konkursy czy festiwale. Przyjdzie na to czas, może za rok. Przeglądy orkiestr to zawsze szansa, by poznać innych, nauczyć się od lepszych. Ale na razie chcą po prostu razem grać i występować. Poza tym każdy wyjazd to dodatkowe koszty.

– Zakup instrumentów częściowo dofinansowała parafia, częściowo gmina. Sylwia, nasza prezeska, pisze wnioski o granty, czasem uda się z tego opłacić autokar. Marzy nam się wyjazd za granicę, na Słowację czy Chorwację. Albo nawet do Włoch. Ale tu już nie wystarczy 5 czy 10 tys. złotych. Tylko kilka razy więcej. 

Dobrze wie, że prowadzenie amatorskich orkiestr to hobby, do którego raczej trzeba dokładać. Ale nie wyobraża sobie bez tego życia. 

– W ruchu amatorskim główną rolą kapelmistrza nie jest wcale dyrygowanie podczas występu czy prowadzenie orkiestry na przemarszu. To przede wszystkim przygotowanie zespołu, czasem uczenie ich od podstaw. I nieważne, że nieraz trzeba przymknąć oko, bo komuś coś nie do końca wychodzi. Najważniejsza jest satysfakcja, gdy coś razem, wspólnymi siłami, uda nam się dokonać. 

Teologia i muzyka: znaczenie instrumentów dętych w liturgii

Orkiestry dęte lekceważone są nie tylko przez muzykologów. Te kościelne często spotykają się z zarzutem, że nie wyrażają żadnej „duchowości”, przeszkadzają w modlitwie, hałasują. Że są symbolem Kościoła maszerującego triumfalnie przez miasta i wsie.

Niewielu teologów miało ochotę zgłębiać temat. A jeśli już, to poprzestawali na nawiązaniu do króla Dawida, który kazał wielbić Boga na trąbach i rogach. Bardziej ambitni sięgali do św. Augustyna, który w swoich komentarzach do Psalmów pisał, że instrumenty dęte brzmią dzięki tchnieniu, więc są symbolem Ducha Świętego

Modlitwa Dawida z pewnością była hałaśliwa, radosna i multiinstrumentalna. Do dziś zresztą taka jest liturgia chrześcijan na Wschodzie i Południu, gdzie modlitwa angażuje nie intelekt, ale ciało i zmysły.

Cisza jest jedną z form modlitwy, choć nie jedyną. Dominującym modelem stała się dość późno, w pietystycznej reakcji na Oświecenie. 

Jeremy Begbie, anglikański teolog badający wzajemne oddziaływania muzyki i teologii, w książce „Teologia, muzyka i czas” pisze o „radykalnej cielesności muzyki”. Jej rolą nie jest przenosić nas w inny wymiar. Wręcz przeciwnie – ma być zakorzeniona w fizyczności tego świata. Idea „cielesności muzyki” w sposób szczególny odpowiada chrześcijaństwu – religii głoszącej Boga, który przyjął ludzkie ciało. 

Instrumenty dęte są tej cielesności szczególnym wyrazem, bardziej nawet niż organy: wymagają większej fizycznej siły i wspólnego, zsynchronizowanego oddechu. Wspólnotowość i egalitarność to być może najważniejsze kategorie teologiczne (eklezjalne), jakie można przykładać do parafialnych orkiestr, które są takie jak Kościół: różnorodne, niedoskonałe, ale odważnie i radośnie głoszące Dobrą Nowinę. Nawet jeśli w nieco uproszczonej albo i ułomnej formie. 

W rozmowie uczestniczyli: Przemysław Drabczyk (kapelmistrz), Kasia Boro (saksofon), Sylwia Boro (trąbka), Amelia Leńczowska (klarnet), Konrad Czarniak (trąbka), Jerzy Zięba (instrumenty perkusyjne), Aleksander Piekarski (puzon).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 24/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Chrześcijanin trąbi