Pamiętać i zapomnieć

Anastazja Iwanowna miała 93 lata, gdy wystąpiła w filmie.
Czyta się kilka minut

Twarz miała jak zasuszone jabłuszko, nosiła się z elegancją. Pamięć – na nasze szczęście i jej nieszczęście – dopisywała pani Anastazji doskonale. Świetnie pamiętała rodzinny dom, który stał w Moskwie przy zaułku Triechpródnym – w jednym z najpiękniejszych miejsc w mieście. Wspominała chłód: „tata (dyrektor najlepszego muzeum w Moskwie) zimą po mieszkaniu chodził w walonkach”. Wiedziała dokładnie, gdzie rosły dawno już wycięte akacje i topole.

Gdy drzewa rosły, Anastazja była jeszcze małą Asią. Ciekawe, czy swojsko dla nas brzmiąca Asia to było zwykłe zdrobnienie? Czy może wspomnienie polskiej babki, pani Biernackiej?

Siostra Anastazji – słynna poetka Marina Cwietajewa – sportretowała babcię Biernacką w jednym z wierszy: dwudziestoletnia kobieta, w czarnej sukni gra w pałacowej sali walca Chopina.

Dom sióstr Cwietajewych przestał istnieć w 1918 r. Na opał rozebrali go bolszewicy. Zaczęło się od domu. Potem zabierali już Anastazji wszystko. Dziecko – umrze na dyzenterię. Siostra – w desperacji popełni samobójstwo. Twórczość – enkawudziści zniszczą nowele podczas rewizji. A na końcu wolność – ześlą na lata do łagrów.

Często zastanawiałem się, jak Anastazja Iwanowna mogła żyć z takim bagażem? Czy próbowała zapomnieć?

Podobno twarze tych, których kochaliśmy, a których nie ma już z nami, rozmazują się w pamięci. Najpierw widzimy je przez szybę. Potem szyba pokrywa się rosą i mgłą. W końcu zastanawiamy się, czy oni byli w ogóle? Czy to tylko miraże stworzone we własnej wyobraźni?

I lżej nam na duszy. Dopóki nie zobaczymy na ulicy znajomej sylwetki: „To ona? On? Nie, to niemożliwe!”. Jasne, że niemożliwe! Tylko że wtedy pęka szyba i znika rosa. Pamięć niestety jest okrutna.

Ostatnio miałem okazję rozmawiać z weteranami Powstania Warszawskiego. Każdy z nich ma historię, której nigdy nie zapomni, choć nie ma ochoty o niej pamiętać. Naga, oszalała dziewczyna szukająca ukochanego w wypełnionym gazem i fekaliami kanale. Oczy rannego przyjaciela, którego trzeba było zostawić na pewną śmierć. Postrzelane zwłoki dziecka, które ktoś osobiście wysłał z wojskowym meldunkiem. „Cztery młode dziewczyny w mundurach. Utknęłyśmy w piwnicy. Za drzwiami byli już Ukraińcy w hitlerowskiej służbie. Wiedziałyśmy, co się stanie, gdy zamki puszczą.

Gdy oni się dobijali, my omawiałyśmy zbiorowe samobójstwo. Jak się ułożyć na ziemi? Może w gwiazdę? Głowami do siebie? Jest jeden granat. Musi wystarczyć dla wszystkich. Granat, który urwie za chwilę głowę, miał być wybawieniem od czegoś naprawdę strasznego”. Piwnica została odbita. Jedna z dziewcząt opowiedziała tę historię wnukowi (dziś ten wnuk jest dyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego), a on opowiedział ją mnie.

Prawdziwa historia składa się nie z opisów wielkich bitew, ale z sumy epizodów: „Kiedyś chciałam się zabić, wnuczku. Bardzo się bałam, że mnie zgwałcą”. Smrodu, strachu i łez nie da się opowiedzieć na akademii ani odtworzyć przy użyciu najlepszej nawet grupy rekonstrukcyjnej. Pamięć zbiorowa jest potrzebna do oddawania hołdu i budowania tożsamości. Ale z natury rzeczy pamięć i zapomnienie należą do sfery intymnej.

Dlatego lubię Warszawę (której zazwyczaj nie lubię), gdy wyją syreny i cała zamiera na kilkanaście sekund. Bezruch i milczenie są hołdem największym z możliwych. Pod wieczór widzę, jak na Żoliborzu, przy włazie do kanałów, płoną niewielkie świeczki. Wolę je od pochodni.

Wracając do filmu o Anastazji Cwietajewej: reżyserka Marina Głodowska posadziła bohaterkę na ławeczce, w towarzystwie swoich równie eleganckich i wiekowych przyjaciółek. Letnie sukienki, szale, kapelusze. Anastazja wyrecytowała wówczas własny wiersz: „Mam osiemdziesiąt lat, a chód jeszcze lekki...”.

– Wiecie, że ułożyłam też wiersz w 90. urodziny? – rzuciła nagle.

– Tak? – zainteresowały się koleżanki.

– Tylko potem zaczęli dzwonić, składać życzenia...

– I?

– Nie zdążyłam zapisać!

– Może przypomnij sobie rytm, a wtedy wróci? – zaproponowała przyjaciółka, ale Cwietajewa machnęła ręką, że to na nic.

Wtedy pomyślałem, że czasem warto zapomnieć. Na przykład o czyichś urodzinach.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 32/2013