Ostatni taki papież

Myślał, że może być jednocześnie subtelnym teologiem i obdarzonym wielką władzą urzędnikiem Kościoła. To stało się przyczyną wielu nieporozumień, także wtedy, gdy został papieżem i przyjął imię Benedykt XVI.

03.08.2023

Czyta się kilka minut

Franciszek żegna Benedykta. Po mszy św. pogrzebowej trumna z ciałem papieża emeryta jest przenoszona z placu św. Piotra do Grot Watykańskich. 5 stycznia 2023 r. / VATICAN MEDIA / MATERIAŁY PRASOWE
Franciszek żegna Benedykta. Po mszy św. pogrzebowej trumna z ciałem papieża emeryta jest przenoszona z placu św. Piotra do Grot Watykańskich. 5 stycznia 2023 r. / VATICAN MEDIA / MATERIAŁY PRASOWE

Zimno i mgliście było na placu św. Piotra, gdy chowano Benedykta XVI. Choć nie tylko pogoda miała w tym dniu symboliczne znaczenie. Historia nie znała pogrzebu papieża emeryta. Do rangi symbolu urasta więc każdy gest i słowo – wypowiedziane lub powstrzymane.

Uroczystości były skromne i krótkie (kwadrans dłuższa była msza pontyfikalna w święto Trzech Króli, dzień później). Zwięzła homilia, wygłoszona przez papieża Franciszka, tylko jednym zdaniem odnosiła się do zmarłego, nawet jeśli oparta została na cytatach z jego nauczania. W Watykanie nie ogłoszono państwowej żałoby: urzędy, instytucje i sklepy były czynne, pracownicy mogli wziąć udział w pogrzebie, ale po zakończeniu mieli wrócić do obowiązków.

Także w poprzedzających dniach życie toczyło się normalnie: papież przyjmował gości, mianował biskupów i nuncjuszy, wygłaszał przemówienia i orędzia. Gdy tysiące osób stało w kolejce do bazyliki św. Piotra, by oddać hołd papieżowi emerytowi, w położonej nieopodal auli Pawła VI trwała, jak w każdą środę, audiencja generalna.

Jedni widzieli w tym afront, inni – komunikat, że jest tylko jeden papież, który wciąż żyje. Jeszcze inni – reakcję na ataki, do jakich antyfranciszkowa opozycja przystąpiła niemal z chwilą śmierci papieża emeryta. Zimny i mglisty jest początek nowej fazy pontyfikatu Franciszka. Przez dziesięć lat towarzyszyła mu obecność – cicha, ale wymowna – poprzednika. Liczył się z nią, w większym lub mniejszym stopniu, podejmując decyzje. Podobnie jak ci, którzy próbowali je podważać. Kruche życie Benedykta XVI było gwarantem pokoju.

W nieznanej roli

„Nie ja jestem tym przewodnikiem, którego potrzebujecie” – mówił w filmie Nanniego Morettiego nowo wybrany papież do wiernych zebranych na placu św. Piotra. W 2011 r. pomysł reżysera „­Habemus papam” uznano za absurdalny. Dwa lata później rzeczywistość dogoniła fikcję.

Abdykacje papieży – dobrowolne lub pod przymusem – w historii się zdarzały. Ale od 598 lat następcy św. Piotra pełnili funkcje dożywotnio. 28 lutego 2013 r. Benedykt XVI, ogłaszając swoją rezygnację, tłumaczył się brakiem sił, fizycznych i duchowych, do pełnienia urzędu. Miał 86 lat – rok więcej niż jego poprzednik, Jan Paweł II, w chwili śmierci. Może nie chciał, by Kościół kolejny raz przeżywał dramat długotrwałej choroby i agonii papieża. Może nie chciał fundować mu po raz wtóry rządów rzymskiej kurii. A może po prostu się poddał.

Wybrał nieznaną dotąd rolę papieża emeryta, którą sam dla siebie napisał – w pośpiechu i z naiwną wiarą, że może być drugoplanowa i ukryta. Na swojej ostatniej audiencji generalnej tłumaczył: „Nie mam już władzy rządzenia w Kościele, ale w posłudze modlitwy zostaję, że tak powiem, w zagrodzie św. Piotra”.

Na bawarskiej wsi

„Jestem jak stary rolnik z Bawarii, który przekazał gospodarstwo synowi i zamieszkał w Austragshaus” (małym domku w obrębie zagrody) – mówił jesienią 2018 r. Peterowi Seewaldowi.

Na bawarskiej wsi spędził dzieciństwo. Jego ojciec był żandarmem, matka kucharką. Rodzina często się przeprowadzała – profilaktycznie: ojciec miał poglądy antynazistowskie, zmieniał miejsca pracy, zanim nowi przełożeni się zorientowali. Wyrywane z rówieśniczego środowiska rodzeństwo – Maria (ur. 1921), Georg (1924) i Joseph (1927) – liczyło tylko na siebie. Do końca życia byli ze sobą mocno związani: Maria nie wyszła za mąż i opiekowała się najmłodszym bratem – księdzem, biskupem, kardynałem – aż do swej śmierci w 1991 r. Georg został księdzem tego samego dnia co Joseph i był dla niego „duchowym przewodnikiem”. Gdy pod koniec życia oślepł i opadł z sił, 93-letni ­papież emeryt raz jeden opuścił Watykan i pojechał do Ratyzbony pożegnać się z bratem.

Wiejskie kościoły były miejscem pierwszych fascynacji Josepha liturgią. Łacińskie obrzędy śledził z niemieckim mszalikiem w ręku. Dziecięce doznania, potem pogłębione refleksją teologiczną, zaważyły na jego stosunku do „najczystszej starożytnej liturgii rzymskiej”. Jej piękna nie traktował tylko w kategoriach estetycznych. Była dla niego widzialnym znakiem piękna Boga. Uważał, że posoborowa „rewolucja” przyniosła więcej szkód niż pożytku, a w kryzysie liturgii widział jedno ze źródeł kryzysu całego Kościoła.

Z drugiej strony wojny

„Po tym, jak Hitler ze Stalinem brutalnie rozgromili Polskę, zrobiło się spokojnie” – napisze we wspomnieniach z czasów szkolnych. Emerytura ojca pozwoliła Ratzingerom osiąść na stałe na obrzeżach Traunstein. Za namową proboszcza Joseph poszedł do niższego seminarium, ale trudno było mu przywyknąć do życia w internacie – był nieśmiały, lubił spokój i ciszę, nie radził sobie z ćwiczeniami fizycznymi. Po ataku Niemiec na Związek Radziecki, gdy internaty zamieniono w szpitale wojskowe, wrócił do domu i najbliższego gimnazjum.

Zapisano go – jak wszystkich chłopców – do Hitlerjugend. Przeszedł szkolenie wojskowe, bronił fabryki BMW i zakładów lotniczych przed alianckimi atakami (choć – jak zapewniał – był w drużynie pomiarowej i nie musiał strzelać). Potem budował zasieki na granicy z Węgrami, a na sam koniec wojny trafił do piechoty, z której – tuż po śmierci Hitlera – zdezerterował. Na krótko trafił do obozu jenieckiego, ale pod koniec czerwca 1945 r. był już w rodzinnych stronach. Po wakacjach rozpoczął naukę w wyższym seminarium diecezjalnym we Fryzyndze.

Kariera na włosku

„Książki były rzadkością w zniszczonych i odizolowanych od świata Niemczech” – napisze po latach, wspominając swoją fascynację seminaryjną biblioteką. Pochłaniał nie tylko podręczniki, ale też literaturę piękną i popularnonaukową, zwłaszcza z dziedzin przyrodniczych, które – po odkryciach Plancka, Heisenberga i Einsteina – otworzyły się na nieprzewidywalność i nieokreśloność świata. Relacja między nauką i wiarą, a także racjonalność tej ostatniej będą go zajmować przez całe życie.

Studia filozoficzne przekonały go, że nie jest tomistą. Logiczny wywód św. Tomasza z Akwinu uważał za zbyt zamknięty i poszufladkowany. Nie znalazł w nim odpowiedzi na nurtujące go pytania. Urzekła go natomiast fenomenologia. Jej metodzie – unikaniu jakichkolwiek wstępnych założeń w opisie rzeczywistości – pozostanie wierny jako teolog.

Studia kontynuował na uniwersytecie w Monachium. Na ostatnim roku zgłosił na konkurs pracę „Lud i Dom Boży w doktrynie kościelnej św. Augustyna”, która zajęła pierwsze miejsce i przyjęto ją jako rozprawę doktorską. Trochę więcej kłopotów miał z rozprawą habilitacyjną („O Objawieniu w dziełach św. Bonawentury”), którą jeden z recenzentów uznał za zbyt modernistyczną. Naukowa kariera przyszłego papieża zawisła na włosku – habilitacja była konieczna, by zachować profesorski etat i nie stracić mieszkania. Zdesperowany, stworzył nową wersję pracy, opartą na jednym rozdziale, do którego recenzent miał najmniej zastrzeżeń. Licząca zaledwie 200 stron rozprawa została przyjęta.

Dojrzewanie i poglądy

„To nie ja się zmieniłem, ale oni” – tak w pierwszym wywiadzie po objęciu Kongregacji Nauki Wiary odpowiedział na pytanie o najbardziej postępowych teologów, do grona których i on przez pewien czas należał, tworząc krytyczne wobec Watykanu czasopismo „Concilium”.

Etykietkę „teologa liberalnego” przypięto mu (uważał, że bezzasadnie) podczas pierwszej sesji Soboru Watykańskiego II, na którą pojechał jako doradca kard. Josepha Fringsa z Kolonii. Miał 35 lat i był, wraz z Hansem Küngiem, najmłodszym z soborowych ekspertów. Uznano go za radykała, gdy przedstawił swą pierwszą, krytyczną opinię nt. projektu konstytucji o objawieniu Bożym, choć miał zastrzeżenia głównie do języka, a nie treści dokumentu.

W twierdzeniu, że nie zmienił poglądów, jest sporo przesady. W 1962 r. postulował (wspólnie z Karlem Rahnerem), by papieża wybierali wszyscy biskupi i by Watykan miał obowiązek konsultowania z nimi każdej ważnej decyzji. W 1970 r. podpisał apel o rozpoczęcie dyskusji o celibacie – uważał, że święcenia żonatych mężczyzn to kwestia niedalekiej przyszłości. W 1972 r. przedstawiał argumenty za dopuszczeniem – w pewnych okolicznościach – osób rozwiedzionych do komunii (modyfikacji tego tekstu dokonał już w grudniu 2014 r., gdy stało się jasne, że papież Franciszek chce ten pomysł wprowadzić w życie).

Z drugiej strony, już od połowy lat 60. Ratzinger coraz głośniej krytykował środowisko, z którym go łączono. Uważał, że wielu jego kolegów po fachu manipuluje nauką Kościoła, dopasowuje poglądy do zmieniających się mód i oczekiwań, rozmywa tożsamość chrześcijańską. Martwił go chaos, jaki zapanował na Soborze i wokół niego, przez co wiele osób dochodziło do wniosku, że wszystko – także w nauce Kościoła – podlega rewizji.

Burzliwe naukowe lata

„Wśród wolności, do których w swojej walce dążyła rewolucja ’68 roku, była powszechna wolność seksualna, która nie uznawała żadnych norm” – pisał papież emeryt w kwietniu 2019 r., widząc w wydarzeniach sprzed pół wieku początek kryzysu w Kościele (w tym tego najnowszego i najgłośniejszego – seksualnego wykorzystywania nieletnich) i przyczynę moralnego oraz intelektualnego upadku zachodniego społeczeństwa. Rewolucja dotknęła go osobiście, stając się punktem zwrotnym w jego życiu.

Rok 1968 zastał go w Tybindze, gdzie był dziekanem wydziału teologii. I choć dotychczas potrafił rozmawiać z każdym, niezależnie od poglądów, a podczas wykładów odwoływał się nawet do myśli marksistowskiej, odnajdując w niej chrześcijańskie elementy, teraz stał bezradny wobec rewolucyjnej, wiecowej retoryki. Ekscesy, w których widział oznaki „ateistycznego totalitaryzmu”, nie ominęły i jego wydziału, gdzie dodatkowo przyjmowały formy profanacji i bluźnierstw.

Z ulgą przeniósł się do spokojniejszego ośrodka, jakim była Ratyzbona. Tam osiadł na dłużej (1969-1976), zamieszkał z siostrą we własnym domu z ogródkiem, blisko brata, który był dyrektorem katedralnego chóru. Wcześniejszych lat nie uważał za stracone (ich owocem było choćby słynne „Wprowadzenie w chrześcijaństwo”, wydane w 1968 r. i przetłumaczone na 17 języków), ale dopiero na ratyzbońskiej uczelni zrodziło się w nim poczucie, że osiągnął „własną wizję teologiczną”.

Proroctwo

„Z dzisiejszego kryzysu wyłoni się Kościół, który straci wiele. Zostaną nieliczni i trzeba będzie zaczynać od nowa, niemal od początku. Nie będzie już w stanie utrzymywać budynków, które pobudował w czasach dostatku. Za zmniejszeniem liczby wiernych pójdzie utrata większości przywilejów społecznych. Rozpocznie na nowo – od małych grup, ruchów i mniejszości, które postawią wiarę w centrum swego doświadczenia. Będzie Kościołem bardziej duchowym, który sobie nie przypisuje żadnego mandatu politycznego i nie flirtuje ani z lewicą, ani z prawicą. Będzie Kościołem ubogim i dla ubogich. Wtedy ludzie zobaczą, że ta mała trzódka wierzących to coś zupełnie nowego: odkryją w niej nadzieję i odpowiedź, jakiej zawsze w skrytości serca szukali”.

To jedne z najbardziej znanych słów ks. Josepha Ratzingera. Wypowiedział je 24 grudnia 1969 r. na antenie radia Hessian Rundfunk. Wiele osób uważa, że proroctwo właśnie się spełnia.

Kardynał pancerny

Ratyzbońska sielanka skończyła się po siedmiu latach. W maju 1977 r. został biskupem rodzinnej diecezji Fryzynga-Monachium, miesiąc później – kardynałem i jednym z najmłodszych elektorów na podwójnym konklawe w 1978 r. Nie wiadomo, jak głosował w październiku, ale z Wojtyłą znał się dobrze – korespondowali od kilku lat, przysyłał mu do Krakowa teologiczne nowości wydawnicze. Polski papież będzie chciał go mieć w Watykanie. Pierwszą propozycję – objęcia Kongregacji ds. Wychowania – Ratzinger odrzuci. Stanowisko prefekta ­Kongregacji Nauki Wiary, strażnika katolickiej doktryny, przyjmie w 1982 r. i pozostanie na nim przez niemal ćwierć wieku. Żadnego innego w swym życiu nie sprawował tak długo.

Był człowiekiem „z zewnątrz” – nie miał związków z papieską kurią, nawet nie studiował w Rzymie. Nowe stanowisko przyjął w przekonaniu, że pozwoli mu pozostać teologiem – miał przecież strzec nauki Kościoła i odpowiadać za jej rozwój.

Stał się symbolem doktrynalnej surowości pontyfikatu Jana Pawła II. „Ponad 110 teologów zostało złożonych z katedr uniwersyteckich czy też ukaranych w inny sposób. Jeden z nich, znakomity teolog europejski, potępiony bez słowa wyjaśnienia, był tak przygnębiony, że myślał o samobójstwie” – mówił „Tygodnikowi” Leonardo Boff, brazylijski teolog wyzwolenia, również ukarany zakazem nauczania. Rozmowy z Ratzingerem – przyznaje Boff – były fascynujące. Zarówno te podczas wspólnej pracy w latach 60. przy redagowaniu „Concilium”, jak i w czasie przesłuchań w kongregacji. Błyskotliwa inteligencja, wiedza, precyzja wypowiedzi, a do tego delikatność, uprzejmość, niemal nieśmiałość, i umiejętność słuchania czyniły z „pancernego kardynała” czarującego i wyrozumiałego rozmówcę. Nikt nie spodziewał się drakońskich decyzji. .

Czy można być jednocześnie subtelnym teologiem i obdarzonym wielką władzą reprezentantem urzędu Kościoła? Ratzinger uważał, że tak, i to było przyczyną wielu nieporozumień, także wtedy, gdy został papieżem. Podczas wizyty w Niemczech zacytował słowa bizantyjskiego cesarza, oskarżające Mahometa o „wszystkie rzeczy złe i nieludzkie”. Gdy wybuchł skandal, tłumaczył, że jego mowa była naukowym wykładem, a nie stanowiskiem papieża. Na pytanie, dlaczego nie pokazał jej watykańskim specjalistom od islamu, odpowiedział z rozbrajającą szczerością: „Żaden niemiecki profesor nie daje nikomu swoich wykładów do sprawdzenia”.

Sądził, że po abdykacji znów będzie tylko teologiem. Tymczasem każdą jego wypowiedź odbierano jako wystąpienie za lub przeciw urzędującemu papieżowi. I choć zapewniał o lojalności wobec następcy, jego słowa do końca były wykorzystywane przez antyfranciszkową opozycję.

Dobre imię Kościoła

„Ile brudu jest w Kościele, i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo powinni należeć całkowicie do Niego!” – mówił kard. Ratzinger w Wielki Piątek 2005 r. podczas Drogi Krzyżowej w Koloseum, ostatniej za życia Jana Pawła II.

Kto inny mógł wiedzieć o „kościelnym brudzie” lepiej niż prefekt Kongregacji Nauki Wiary? Na jego biurko trafiały wszystkie doniesienia o seksualnym wykorzystywaniu nieletnich przez księży. Ale Kongregacja, która umiała szybko reagować na każde nieprawowierne nauczanie, sprawy o przestępstwa seksualne prowadziła powoli, wręcz opieszale. Niewątpliwie kardynał nie miał tu wolnej ręki: Jan Paweł II dawał wiarę „drugiej partii” – jak mówił Ratzinger – która była niechętna ujawnianiu skandali.

Restrykcje na wieloletniego seksualnego drapieżcę Marciala Maciela nałożył dopiero po rozpoczęciu własnego pontyfikatu, ale były dość łagodne – seryjnego pedofila ukarał suspensą i zakazem działalności publicznej (nie zgodził się natomiast na jego proces kanoniczny: Maciel spokojnie dokończył żywota na Florydzie, pod opieką partnerki i córki, wizytując – dopóki starczało mu sił – klasztory założonego przez siebie zgromadzenia).

Problemy seksualnego wykorzystywania nieletnich chciał rozwiązywać dyskretnie, pod „tajemnicą papieską”, ale był pierwszym papieżem, który w ogóle dostrzegł kryzys i próbował na niego odpowiedzieć. Źródła zła w Kościele, w tym księżowskiej pedofilii, doszukiwał się na zewnątrz – w rewolucji obyczajowej, upadku zachodniej cywilizacji i jej wartości – więc nie myślał o rozwiązaniach systemowych, ograniczając się do szeregu środków dyscyplinarnych. Dopiero jego następca przyznał, że jest też wewnętrzna przyczyna problemów – klerykalna teologia, którą przesiąknięte są struktury Kościoła.

Dziś wiemy, że problem znał nie tylko z watykańskich dokumentów. Opublikowany na początku 2022 r. raport na temat pedofilii w diecezji monachijskiej wykazał, że w 1980 r. kard. Ratzinger przyjął w poczet swego kleru księdza oskarżonego wcześniej o czyny pedofilskie. W odpowiedzi na raport papież emeryt tłumaczył – w przesłanym 80-stronicowym memorandum – że nie znał przeszłości księdza Petera H. i nie brał udziału w posiedzeniu rady diecezji, która rozpatrywała jego sprawę. Gdy to okazało się nieprawdą, przeprosił za „przeoczenie”, popełnione przez prawników, którzy przygotowywali memorandum. Zgodził się też na udział w procesie cywilnym wytoczonym przez jedną z ofiar Petera H. Swoje zeznania miał złożyć do lutego 2023 r.

Ostatni papież

„Módlcie się, abym umiał coraz mocniej kochać swoją owczarnię. Módlcie się, abym nie uciekł w strachu przed wilkami” – prosił wiernych podczas inauguracji swego pontyfikatu 24 kwietnia 2005 r. Trudno było nie wrócić do tych słów, kiedy po ośmiu latach składał urząd. Mówiono, że powodem rezygnacji były skandale, których ciężaru nie mógł udźwignąć (pedofilskie i finansowe), i całkowita utrata kontroli nad kurią.

Zaprzeczył temu we wspomnianym wywiadzie z Seewaldem. Zapewniał, że przyczyna odejścia była o wiele głębsza. W rozmowie padają smutne słowa, pokazujące słabość i zniechęcenie 91-letniego wówczas starca, który ze smutkiem przyznaje, że chrześcijaństwo przegrywa dziś z nową religią, którą stworzyło sobie nowoczesne społeczeństwo. Nowa „wiara” wyklucza wszystkich, którzy nie akceptują jej zasad, takich jak aborcja, in ­vitro czy homoseksualne małżeństwa i rodziny. Jest zwycięstwem relatywizmu, egoizmu i banalizowania zła. On, papież, uznał, że nie miał już sił, by prowadzić Kościół w czasach „światowej dyktatury ideologii pozornie humanistycznych”, kierować tonącą łodzią, „która nabiera wody ze wszystkich stron”.

To najważniejszy powód. Bo Kościół, jeśli przetrwa, to nie w świecie papieża Benedykta. Odradza się gdzie indziej  – w Afryce, Ameryce Południowej czy w Azji. Może dlatego wolał oddać ster komuś, kto je bardziej rozumie. Chrześcijaństwo europejskie, zachodnie, które on znał i kochał – upadło. A on był jego ostatnim papieżem.©℗


KALENDARIUM 

1968: Postępowy teolog staje się obrońcą tradycji

Młodzieżowy bunt pod sztandarami ­Marksa, Lenina i Mao oraz ściśle z nim związana rewolucja obyczajowa stały się punktem zwrotnym w życiu Ratzingera (nawet jeśli ta zmiana dojrzewała od kilku lat, gdy patrzył sceptycznie na posoborowy optymizm). „Uniwersytet, na którym wtedy byłem dziekanem, zamienił się we wrzący kocioł. W kontaktach z profesorami dochodziło nawet do rękoczynów” – wspominał. Wydarzenia 1968 roku będzie uważał za przyczynę wszelkiego zła, które trawi od tamtego czasu zachodnie społeczeństwo i przenika do Kościoła. „Do fizjonomii rewolucji 1968 r. należało też uznanie za dozwoloną pedofilii” – pisał w 2019 r. w eseju poświęconym kryzysowi nadużyć seksualnych w Kościele.

1982: Delikatny biskup zostaje ­pancernym kardynałem

Mianowanie kard. Josepha Ratzingera szefem Kongregacji Nauki Wiary było najważniejszą decyzją całego pontyfikatu Jana Pawła II. Pod jego rządami kongregacja ukarała zakazem nauczania ponad 110 teologów i uciszała nieprawomyślne głosy w kościelnych mediach. Ogłosiła też kilka kluczowych dokumentów o stanowisku Kościoła w ważnych kwestiach teologicznych (deklaracja „Dominus Iesus”, instrukcja o teologii wyzwolenia) i etycznych (homoseksualizm, prokreacja, eutanazja), czasem bardzo szczegółowych (o hostiach bezglutenowych czy zabiegach izolowania macicy). Od 2001 r. prowadziła postępowania w sprawach o pedofilię księży, dodaną do listy najcięższych przestępstw.

2005: Wielki Inkwizytor ­namiestnikiem Chrystusa

Został zapamiętany jako papież introwertyczny, cichy, skrępowany rolą, do której go wybrano. Jego przemówienia nie były porywające, ale precyzyjne i przenikliwe. Chciał renesansu katolickiej tradycji, sięgając do jej skarbca nie tylko po zapomniane czapki i pelerynki obszyte gronostajem – także po odpowiedzi na współczesne problemy. Ale przywracając prawo do mszy łacińskiej, przyczynił się mimowolnie do polaryzacji Kościoła, a odrzucając liberalno-postępową interpretację soborowych dokumentów, ośmielił tych, którzy odrzucali sam sobór. Był ważnym punktem odniesienia dla sporej części katolików, zaniepokojonych postmodernistycznym chaosem i szukających oparcia w trwałych wartościach.

2013: Papież emeryt

Rezygnacja papieża jest przewidziana przez kościelne prawo (kan. 332 KPK), ale ­status „papieża emeryta” nie był i nadal nie jest skodyfikowany. Ustępując z urzędu, ­Benedykt XVI sam zdecydował, gdzie będzie mieszkał, jaki strój nosił i jaką aktywność prowadził (trzykrotnie brał udział w ważnych uroczystościach, pisał artykuły i udzielał wywiadów), ale były to sprawy drugorzędne wobec najważniejszej i najtrudniejszej decyzji, jaką podjął: niekomentowania działań następcy, nawet jeśli niektóre z nich były sprzeczne z jego przekonaniami i szły w przeciwnym kierunku, niż on sam wyznaczył. „Papież emeryt” odbiera papiestwu nimb świętości i pokazuje jego ludzki wymiar. Jest – paradoksalnie – symbolem tego, co w Kościele nowe i zaskakujące. ©℗EA

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”, akredytowany przy Sala Stampa Stolicy Apostolskiej. Absolwent teatrologii UJ, studiował też historię i kulturę Włoch w ramach stypendium  konsorcjum ICoN, zrzeszającego największe włoskie uniwersytety. Autor i… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 3/2023