Od Paktofoniki i Magika do Gajki i Jacka Kuroniów, czyli o sile bezsilnych

Maciej Pisuk, scenarzysta: Wszystkie moje kombatanckie epizody mają w sobie jakąś groteskową skazę. Nawet kiedy esbek lał mnie pałą podczas przesłuchania, to nie robiło wrażenia. W domu obrywałem dużo mocniej.
Czyta się kilka minut
Od 2008 do 2022 r. Maciej Pisuk pracował nad fotograficzno-reporterskim projektem poświęconym mieszkańcom ulicy Brzeskiej na warszawskiej Pradze. Połączone efekty tej jego pracy znajdziemy w nowej edycji książki „Staniemy się tacy jak on. Głosy z przeklętej ulicy” // Maciej Pisuk / archiwum autora
Od 2008 do 2022 r. Maciej Pisuk pracował nad fotograficzno-reporterskim projektem poświęconym mieszkańcom ulicy Brzeskiej na warszawskiej Pradze. Połączone efekty tej jego pracy znajdziemy w nowej edycji książki „Staniemy się tacy jak on. Głosy z przeklętej ulicy” // Maciej Pisuk / archiwum autora

Katarzyna Kubisiowska: Czy to nie jest dobry materiał na scenariusz filmowy? Historia chłopaka z Bielska-Białej, za PRL-u działacza podziemia, w latach 90. robiącego błyskotliwą karierę w branży filmowej, zarabiającego dobre pieniądze, który potem wszystko traci, by w końcu jednak odbić się od dna i wrócić do zawodu?

Maciej Pisuk: Może, od biedy… Musiałbym się zastanowić, czy ten mój zawiera w sobie jakieś uniwersalne przesłanie. Czy taki bohater uosabia zbiorowe pragnienia i lęki. Czy widzowie w jego losach odnajdą siebie.

Odnajdą.

A ja wątpię. Jasne, opowieść o szybkiej karierze i upadku zawsze fascynuje. Ale mój upadek nie był spektakularny, co najwyżej dotkliwy. I swojej kariery też bym nie nazwał błyskotliwą. Poślizgnąłem się wchodząc po schodach i rozwaliłem sobie łeb.

Specjalnie pomniejszasz?

Ciekawy bohater filmowy powinien mieć jasno wytyczony cel i walczyć o możliwie wysoką stawkę. Na przykład: skok na bank i milion dolarów, albo więzienie.

Twój milion dolarów?

Chciałem opowiadać historie i z tego żyć. Swoją drogą mówi się, że scenarzyści to niezrealizowani powieściopisarze, tylko bardziej chciwi, niecierpliwi i próżni.

Bo?

W branży filmowej chodzi o większą kasę. I władzę nad fantazjami, które kształtują pragnienia. Budowanie przestrzeni symbolicznej, czy, jak się kiedyś mówiło, sprawowanie rządu dusz. W XIX i częściowo w XX wieku robiła to wielka powieść, dziś – film. Jak wpływa na rzeczywistość i jakie wzorce kształtuje, to już inna sprawa. Jestem przekonany, że sztuka powinna mieć cel. Na przykład uczyć ludzi, co mają czuć.

Serio? Uczyć uczuć?

Chodzi o naukę empatii, świadomego współodczuwania przy dostrzeganiu różnych kontekstów, w jakich się poruszamy. Oczywiście trudne czasy wymagają niekiedy uproszczonych komunikatów. Zbigniew Herbert w latach 80., kiedy uczyłem się w liceum, był powszechnie czytany i wpływał na konkretne decyzje ludzi. Ta poezja dosłownie kształtowała społeczną rzeczywistość.

Na przykład?

Pamiętam „sprawę jedenastu”, przywódców KOR-u i Solidarności, których władza trzymała w więzieniu. Kościół wynegocjował zwolnienie w zamian za ich czasową emigrację. Jedni byli raczej na tak, inni raczej na nie. Za kompromisem przemawiał autorytet Episkopatu. O sprawie przesądził Michnik, który napisał w wyniosłym herbertowskim tonie list do szefa MSW, jednoznacznie odrzucając propozycję. 

Dla mnie wpływ Herberta był tu oczywisty. Michnik wczuł się w rolę: w nas, zwykłych ludzi, tworzących doły opozycyjne. Zdawał sobie sprawę, że opuszczenie Polski przez liderów podziemia byłoby destrukcyjne i gorszące.

Dziś trudno mi w ogóle wyobrazić sobie poezję, która na przykład zagroziłaby dyktaturze Putina czy powstrzymała autorytarne zapędy Trumpa

Twoja godzina próby?

Niestety, wszystkie moje kombatanckie epizody mają w sobie jakąś nieznośną groteskową skazę. Na przykład: 1982 rok, 1 maja, szósta rano, mam siedemnaście lat, leżę jeszcze w łóżku, z którego zrywa mnie głośne pukanie w drzwi. Wpada bezpieka, a ja miotam się szukając gaci, nieświadomy, że mama wieczorem wrzuciła je do pralki. 

Tymczasem SB przetrząsa mój pokój, a potem całe mieszkanie, od tornistrów moich sióstr po kosze na śmieci. Dzień wcześniej razem z kolegami z Bielskiego Komitetu Oporu rozrzucaliśmy ulotki wzywające do demonstracji. Coś mnie podkusiło i zostawiłem kilka na pamiątkę.

Znaleźli?

Wieczorem zdążyłem je zwinąć w rulon i wepchnąć do listwy przypodłogowej, więc nie znaleźli. Inaczej poszedłbym siedzieć za kolportaż. Zabrali za to mnóstwo niecenzuralnej literatury, m.in. Miłosza, Gombrowicza, Barańczaka. Cierpiałem z tego powodu okrutnie. Pocieszałem się, że będę miał swoją chwilę chwały, jak mnie zapakują w kajdankach do samochodu. Liczyłem, że zobaczą mnie bliźniaczki z czwartego piętra, w których się podkochiwałem. Nic z tego, mój ojciec, aktywny członek partii, zakłopotany sytuacją, ubłagał ich, żeby mnie nie skuwali, no bo: „Wiecie panowie, sąsiedzi zobaczą …”.

A samo przesłuchanie?

Zawieźli mnie na Rychlińskiego, gdzie mieściła się bielska SB. Przerzucali mnie z pokoju do pokoju, które wyglądały jak typowe ciasne biura w PRL-owskich urzędach. I generalnie wszyscy zajmowali się pracą biurową, nic szczególnego. Trwało to wiele godzin. Nudy potworne. Wieczorem, jak już tam przysypiałem na krześle, pojawił się jakiś facet, poprosił żebym wstał i strzelił mnie z liścia w mordę. 

No i to był szok, facet wziął mnie z zaskoczenia. Jak po dwudziestu latach rozmawiałem ze znajomymi na Pradze, uświadomiłem sobie, że tak zwany „plaskacz” to metoda stosowana do dziś, najczęściej wobec młodocianych, którzy pierwszy raz zostali przymknięci. Był więc szok, ale błyskawicznie się otrząsnąłem. Jak zaczął mnie lać pałą po nogach, to właściwie już miałem luz.

Luz?

W domu nie raz dostawałem znacznie mocniej. 

To da się porównać?

Miałem sześć lat. To było w pierwszej klasie podstawówki, bo rodzice posłali mnie do szkoły wcześniej. Ja i mój kolega byliśmy dyżurnymi, kiedy jednej dziewczynce zginęła portmonetka. Dyrektor uznał, że musiał ją ukraść któryś z nas. Powiedział, że kto się przyzna i odda portmonetkę, uniknie konsekwencji. Milczeliśmy, więc złapał za telefon i zagroził, że wezwie milicję, a ci, jak przyjadą, zamkną nas w poprawczaku. To mnie naprawdę przeraziło. Rozpłakałem się, powiedziałem że tak, to ja, i zacząłem go prosić żeby mnie zwolnił, bo portmonetkę schowałem w domu, na balkonie za puszkami z farbą. Tam była rzeczywiście moja dziecięca tajna skrytka. Byłem pewien, że jak wrócę i zaczekam na rodziców, to wszystko się wyjaśni i tatuś z mamusią mnie obronią.

Chyba wiem, co było dalej…

Przybiegam do domu, już zbliżam klucz do zamka i nagle drzwi same się otwierają. Za drzwiami – ojciec. Czeka z pasem w ręku. Wciąga do środka, leje i wrzeszczy: „Gdzie portmonetka, złodzieju?”. Kątem oka widzę otwarte drzwi na balkon i rozwalone puszki. Stary lał mnie, cały czas żądając wydania portmonetki, której nawet na oczy nie widziałem. I nie miałem żadnych szans, żeby mu cokolwiek wytłumaczyć. Poza portmonetką nic go nie interesowało. W końcu zawołałem, bo już nie mogłem tego znieść, że jest schowana za tapczanem. Ojciec mnie puścił, na chwilę. Ale wiedziałem, że jej tam nie znajdzie i wtedy na pewno mnie zabije. Następne wspomnienie: jestem z matką u babci w Wałczu, przychodzi lekarka i ogląda moje pręgi na plecach i dupie. Potem babcia mnie przytula i pyta z troską: „Maciusiu, a teraz powiedz babci prawdę. Gdzie jest ta portmonetka?”.

Ufff.

Żadne tam ufff. To był dopiero prawdziwy konwejer. Zdyszany ubek machający pałką nie był kimś, kto mógłby mnie przestraszyć.

Jak to wszystko przyjął ojciec?

Zdążył na pochód pierwszomajowy, ale podobno odmówił niesienia sztandaru.

Dyskutowaliście o polityce?

Trudno to nazwać dyskusją. Był moment, że naiwnie próbowałem go przekonywać, ale mniej więcej od połowy lat 80. byłem już pewien, że komunizm szybko się skończy, a wobec faktów dyskusje staną się zbędne.

Skąd przekonanie, że komunizm się skończy?

Pamiętam moment olśnienia przy lekturze książki Alvina Tofflera „Trzecia fala”, którą wydał PIW w 1985 r. To się teraz wydaje oczywiste, ale wtedy… Toffler opisał, jak cywilizacja nasza wkracza w nową fazę rozwoju. Wielki przemysł traci na znaczeniu, liczy się elektronika, nowoczesne technologie, komputery, sieć, swobodny przepływ informacji. Wydawało się oczywiste, że komunizm nie może dostosować się do wymogów nowej ery. Był sprzężony z epoką wielkiego przemysłu, a nowe technologie nie powstaną bez swobodnego przepływu danych. 

Skoro to wszystko wiedziałeś, dlaczego w 1988 r. wyjechałeś do Kanady?

Pojechałem zarabiać pieniądze. Zamierzałem wrócić. Miałem żonę, dziecko i ledwie 19 lat. Pomógł mi przyjaciel, Igor Wielgolawski, który wyjechał z rodzicami do Toronto dwa lata wcześniej. Pierwszą pracą było zbieranie dżdżownic na polu golfowym. Potem pracowałem w delikatesach jako chłopak do wszystkiego. W 1989 r. w czerwcu stałem w kolejce pod ambasadą, by oddać głos w wyborach. Igor chciał wracać do Polski, zdawać na Filmówkę w Łodzi

Jako obywatel Kanady musiał płacić za studia w dolarach. Pożyczyłem mu większość zarobionych pieniędzy. Wróciliśmy. Chcieliśmy razem robić filmy, mieliśmy pomysły. Igor dostał się śpiewająco do Filmówki, ja pisałem scenariusze do jego etiud. Wszystko wskazywało na to, że stajemy się twórczym teamem. Tyle że po pierwszym roku Igor zginął w wypadku samochodowym. Tak się zaczęły moje lata 90.

Jakie jeszcze były?

Rozpadało się moje małżeństwo. Mieszkałem w Krakowie, który do dziś kojarzy mi się głównie z piciem i kacem. I rozpaczliwie usiłowałem zarobić pieniądze. W końcu zacząłem studiować scenopisarstwo, na dwuletnim kursie w łódzkiej Filmówce. W 1999 r. skończyłem kurs i miałem dwa gotowe bardzo dobrze ocenione scenariusze. Jeden przerobiłem na sztukę telewizyjną „Gwiazdy i los człowieka”.

To historia o strachu rozpętanym przez Stalina. Główne role zagrali Marek Kondrat i Zbigniew Zamachowski.

Spektakl miał dobre recenzje, ale ja byłem zawiedziony. Niewiele zostało z mojego tekstu. Wojciech Has, wtedy rektor Filmówki, przeczytał wcześniej scenariusz i zrecenzował go krótko: „Stalin-sralin, wszystkich to już gówno obchodzi”. Trudno było odmówić mu racji. Mijało właśnie 10 lat od upadku komunizmu i było już widać wyraźnie, że coś poszło nie tak. Entuzjazm z ludzi wyparował. Chciałem zrobić film, który by to złapał. Wymyśliłem sobie, że bohaterem musi być ktoś urodzony w okolicach roku 1980. Równolatek Solidarności, który wkroczył w dorosłość bez obciążeń związanych z życiem w komunizmie.

I kogo znalazłeś?

Przeczytałem reportaż o Paktofonice i Magiku – dokładnie to, czego szukałem. Idealny reprezentant pierwszego pokolenia wolnej Polski. A na dodatek miał wszystkie atuty, które wedle obowiązującej wtedy narracji powinny zapewnić mu sukces. Jest młody, pracowity, kreatywny, wytwarza dobra, na które jest ogromny popyt. Ma nawet status celebryty… Tyle że ciągle nie ma z czego żyć, nie stać go nawet na prezent dla syna pod choinkę. 

Film o Magiku w reżyserii Leszka Dawida jest też opowieścią o Tobie?

Można nawet powiedzieć, że to opowieść o mnie, pracującym nad scenariuszem filmu o Magiku. Główny konflikt w „Jesteś Bogiem”, toczy się między artystą a producentem muzycznym i dystrybutorem jego dzieł. I ja ze swoim dziełem poszedłem do producenta i dystrybutora, tyle że filmowego. 

Naiwnie myślałem, że Magik miał po prostu pecha, a mój producent jak typowy przedstawiciel rynku zachowa się racjonalnie. Zadowoli się sukcesem komercyjnym, nie będzie wtrącał się w kwestie artystyczne czy literackie. Nic z tego. Minęło siedem lat, zanim scenariusz został skierowany do produkcji na warunkach, które dawały mi minimum kontroli autorskiej.

A te siedem lat?

Mieszkałem na warszawskiej Pradze, w skrajnie trudnych warunkach. Piszę o tym zresztą w książce „Staniemy się tacy jak on. Głosy z przeklętej ulicy”.

Te głosy należą do mieszkańców ulicy Brzeskiej, zmiażdżonych biedą i brakiem perspektyw.

Dziś to już zupełnie inna ulica – większość ludzi została z niej wysiedlona. A ja mieszkałem w pobliżu, w czasach, kiedy Brzeska przeżywała okres „świetności" i uchodziła za najgorsze miejsce w najgorszej dzielnicy Warszawy. To było moje miejsce, moi sąsiedzi i znajomi. Pisałem o nich nie pomijając drastycznych szczegółów, ale w taki sam sposób starałem się pisać o sobie. Konrad Nowacki, pierwszy redaktor tej książki, mówił: „Nie możesz użyć słowa »głód«… Bo głód to Kołyma i Ukraina w latach 30.”.  Więc dobrze: tygodniami niedojadałem. I naprawdę nie wiedziałem, czy moja sytuacja kiedykolwiek się zmieni.

To doświadczenie spowodowało też, że w 2021 r. przyszły autor scenariusza do filmu Agnieszki Holland „Zielona granica” dołączył do głodówki na znak solidarności z uchodźcami przetrzymywanymi na granicy polsko-białoruskiej?

Czasami jest się zakładnikiem własnych pomysłów. Przyszło mi do głowy, że kiedy ludziom na granicy odmawia się jedzenia i picia, to właśnie głodówka byłaby odpowiednią formą protestu. Nie mam energii, by coś takiego organizować, ale jeśli zrobi to ktoś inny...  I dzień później przeczytałem, że grupa anarchistów ogłosiła strajk głodowy pod Sejmem. Nie miałem wyjścia: spakowałem plecak, wziąłem karimatę i poszedłem do nich na Wiejską. 

To byli bardzo młodzi ludzie – 18, 19 lat. Zadzwoniłem do swojej mentorki, Joanny Szczęsnej, która uczestniczyła w głodówkach organizowanych przez KOR w latach 70. Joasia miała kilka świetnych uwag, m.in. by od razu wyznaczyć sobie jakieś ramy czasowe. By nie głodować bezterminowo.  Niestety, rady się nie przebiły. Nikt z tej grupy nie miał pojęcia, kim jest Joanna Szczęsna, nie mówiąc już o jakimś KOR-ze. Pomyślałem wtedy, że tradycja jest martwa, a właściwie zamrożona w ściśle historycznym kontekście.

Twój scenariusz o Jacku Kuroniu ma ożywić tradycję?

Pomysł filmu o Jacku Kuroniu podsunął mi Andrzej Wajda. Jeszcze za życia mistrza napisałem pierwszy luźny szkic. Ale znowu, minęły lata, zanim ktoś się zainteresował. Poważnie siadłem do pracy dopiero za drugiej kadencji PiS-u. A sam Kuroń jest uosobieniem sprawczości. „Siła bezsilnych” kojarzy mi się najbardziej z nim.

A Gajka, jego żona, bohaterka drugiego planu?

Ona nie jest drugoplanową bohaterką. Mój scenariusz ma tytuł „Bez ciebie mnie nie będzie. Historia Grażyny i Jacka Kuroniów”. To film o nich. Byli rewolucyjnym duetem, w którym każde miało równie ważną rolę. Dramat polegał na tym, że miłość była siłą, która pchała ich do działania, z kolei aktywność polityczna skazywała ich na rozłąkę. W stanie wojennym, kiedy oboje poszli siedzieć, Grażyna po transporcie w nieludzkich warunkach ciężko zachorowała. 

Kiedy Ewie, siostrze Grażyny, udało się wyciągnąć ją z obozu dla internowanych i umieścić w szpitalu u doktora Marka Edelmana, było już za późno na ratunek. We wszystkich biograficznych publikacjach, które ukazały się do tej pory, panuje pogląd, że Edelman do końca utrzymywał Gajkę w przekonaniu, że jej choroba nie jest śmiertelna i na pewno wyzdrowieje.

Było inaczej?

Pracując nad scenariuszem zdobyłem dowody, że Grażyna doskonale wiedziała, że jej stan jest beznadziejny. Jacek gotów był się złamać i wyjechać z nią za granicę, co na pewno władza wykorzystałaby propagandowo. Grażyna się na to nie zgodziła. Wybierała rozłożone na wiele miesięcy umieranie z dala od męża, który został w więzieniu. Ta sytuacja ściśle wiąże się ze sprawą jedenastki, o której mówiliśmy wcześniej. Postawa Michnika, jego list do Kiszczaka – to są znane i często przypominane fakty. O ofierze Grażyny Kuroniowej właściwie nikt nie wie. 

Nowy wzorzec heroiczny?

Cały czas słyszę o naszej bezradności wobec zmowy męskich oligarchów w Rosji i Stanach. Że nie możemy nic zrobić. Że nie mamy znaczenia. Poświęcenie to też nie jest dziś postawa popularna. Doskonale wyczuwają to Trump, Putin i Orban. W 1982 r., kiedy umierała Gajka, komunizm wydawał się niezniszczalny, a jednak dzięki poświęceniu osób takich jak ona runął kilka lat później. O tym warto pamiętać.

Maciej Pisuk // Fot. Rafał Milach / materiały prasowe wydawnictwa Cyranka

Maciej Pisuk (ur. 1965) jest scenarzystą i fotografem. Autor scenariuszy do filmów „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida i „Zielona granica” Agnieszki Holland. Jego scenariusz „Bez ciebie mnie nie będzie” (o Jacku i Grażynie Kuroniach) został właśnie skierowany do produkcji. Autor nominowanej do tegorocznej edycji Nagrody Kapuścińskiego książki „Staniemy się tacy jak on. Głosy z przeklętej ulicy” (Cyranka 2024). Od 2008 do 2022 r. Pisuk pracował nad fotograficzno-reporterskim projektem poświęconym mieszkańcom ulicy Brzeskiej na warszawskiej Pradze – połączone efekty jego pracy znajdziemy w nowej edycji tej książki.

Maciej Pisuk, Staniemy się tacy jak on. Głosy z przeklętej ulicy, Wydawnictwo Cyranka, 2025 r. // materiały prasowe
Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Ulice przeklęte