Reklama

Obama zawiedzie

Obama zawiedzie

05.11.2008
Czyta się kilka minut
Edward N. Luttwak z Waszyngtonu specjalnie dla tygodnik.onet.pl: On nie tyle obiecał naprawić oświatę czy służbę zdrowia. On obiecał je zmienić. A to obietnice nie do spełnienia.
W

Wybory prezydenckie w USA powinny zakładać rywalizację dwóch polityków z wadami - jak Bush i Gore, czy Bush i Kerry - nie zaś sprowadzać się do wyboru między politykiem z wadami, jak McCain, a charyzmatycznym mesjaszem zmiany i prorokiem nadziei.

Obama wkracza do Białego Domu na wielkiej fali entuzjazmu i pokłada się w nim ogromne oczekiwania.  Wielu z jego zwolenników jest tak przekonanych o jego nadludzkich przymiotach, że pozostali niepomni na jakąkolwiek krytykę wobec niego, ignorując całkowicie jego kompletny brak doświadczenia, jako jednorazowego senatora. Uznają oni tego rodzaju sprawy za nieważne, ponieważ wierzą święcie, że Obama da im to, czego najbardziej pragną - od rasowego pojednania po wysokiej jakości oświatę i powszechną służbę zdrowia.

Obietnice zmiany

Nawet w najpomyślniejszych czasach nie dawałoby to większych szans na sukces prezydentury Obamy. Gdy przychodzi podejmować decyzje w Białym Domu, nie ma miejsca na magiczne rozwiązania, które zadowolą wszystkich. Wydatków nie da się podnieść bez podniesienia bądź to podatków, bądź deficytu. A pomimo że antydeficytowe lobby bankierów i ekonomistów jest bardzo nieliczne, to jednak cieszy się takimi wpływami, jak dużo większa grupa Amerykanów sprzeciwiających się wyższym podatkom. Gdy prezydent jest zwykłym politykiem z wadami, rozczarowania wobec jego budżetu i jego decyzji są miarkowane realizmem - że tak to po prostu bywa w polityce. Ale w przypadku Obamy to nie działa. On nie tylko że obiecał naprawić system oświaty, lecz przyrzekł go  z m i e n i ć, by każdy miał dostęp do wysokiej jakości szkół. Nie tylko że obiecał on naprawić system opieki zdrowotnej, lecz go  z m i e n i ć, by każdy miał w swym zasięgu usługi medyczne najwyższej klasy. Nie w tym rzecz, że te obietnice będzie ciężko spełnić. One są w rzeczy samej niemożliwe do spełnienia. Amerykańskie szkoły kontrolowane są przez władze lokalne, nie przez Biały Dom. Zaś przy dzisiejszych wydatkach na służbę zdrowia, sięgających niebotycznego poziomu 17 procent PKB, trzeba się nastawiać na cięcia, nie zaś ich zwiększanie.

Tym bardziej, że nie żyjemy w najpomyślniejszych z czasów, lecz raczej w najgorszych dla prezydenta - aktywisty. Gdyby Obama zwyciężył w 2001 roku, kiedy była nadwyżka budżetowa i dzięki wzrostowi gospodarczemu rosły przychody z podatków, mógłby uruchomić wiele nowych programów społecznych dla spełnienia swoich obietnic. Ale z deficytem prognozowanym w roku 2009 na trzy biliony dolarów, w tym 700 miliardów wstrzykniętych Wall Street, nawet zdominowany przez Demokratów Kongres nie zgodzi się na zwiększenie wydatków. Tym razem w grę wchodzi nie ryzyko inflacji, lecz katastrofalnego upadku waluty. Co więcej, nadchodząca recesja nie stanowi preludium do szybkiego podniesienia się gospodarki - tym razem może potrwać nawet cztery lata bądź więcej.

Oczarować Iran

Zostaje jeszcze, rzecz jasna, polityka zagraniczna, w której amerykańscy prezydenci mają bardzo znaczną swobodę działania. Obama obiecał powoli wycofywać wojska z Iraku - i, jak na ironię, może to zrobić dzięki sukcesowi republikańskiej strategii popieranej przez McCaina. Ale nowy prezydent USA obiecał także wysłać dodatkowe dwie brygady do Afganistanu, a zatem w 2010 r. w boju będzie więcej amerykańskich żołnierzy niż dziś. Obama wielokrotnie deklarował, że chce powstrzymać prace Iranu nad pozyskaniem bomby atomowej - przede wszystkim rozmawiając z przywódcami tego kraju, ale jeśli będzie trzeba - także siłą. Być może Obama oczaruje Irańczyków tak, jak oczarował swoich współobywateli. Ale jeśli się mu to nie uda, będzie musiał poświęcić bądź o swoją wiarygodność, bądź antywojenne nastawienie. I znowu: zwykły polityk mający swoje wady mógłby poświęcić jedno, bądź nawet obie sprawy. Ale od Obamy oczekuje się więcej.

Tak samo było z Jimmym Carterem w 1977 r. Jego także do Białego Domu poniosła wielka fala entuzjazmu, w reakcji na aferę Nixona. On także nabudował wysokie oczekiwania i zderzył się z niepomyślną sytuacją w gospodarce. Koniec końców, czterolecie prezydentury Cartera było tak rozczarowujące, że zapewniło zwycięstwo Ronaldowi Reaganowi w 1981 r., a to z kolei zapoczątkowało dwanaście lat republikańskich rządów w Białym Domu.

I to właśnie dlatego zwolennicy Sarah Palin, którzy już pracują nad kampanią wyborczą w 2012 r., szczególnie się zwycięstwem Obamy nie smucą.

Przełożył Michał Kuźmiński

EDWARD N. LUTTWAK jest politologiem, doradcą w Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS) w Waszyngtonie, autorem wielu książek o polityce międzynarodowej. Stale współpracuje z "TP". Tytuł i śródtytuły od redakcji.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]