O przemijaniu

W pustce przeżywamy dni po wyborach i – rzec trzeba – w jakiejś jakby czczości patrzymy wokół. Mało ci? – ktoś w nas pyta – po czterech latach wciąż ci mało? A, mało!
Czyta się kilka minut

Weselisko długo trwało. Czego na nim zabrakło – natychmiast donoszono. Dolewano. Dosmaczano. Salę dogrzewano i człowiekowi się wydawało, że tak już będzie zawsze. A teraz? Wszystko wyjedzone, brudne talerze leżą niesprzątnięte, plamy wstrętne tu i ówdzie, kielonki niedopite, obrusy wyszmacone, kość się wala, jadłospisy pomięte. Puchy. Fuj. Nie to co na początku poprzedniej kadencji.

Bankiet wtedy ruszył z kopyta. Jadłospisy czytano z entuzjazmem, na głos czytali jedni, drudzy cichcem. I dobrze. Entuzjazm był powszechny, jak to w Polsce, oparty na marzeniach o wsadzaniu, o Berezie, o celi plus, że ten pójdzie siedzieć zaraz, ten za chwilę, ale za to na pewno. Zapach pierdla wisiał nad polami posrebrzanymi żytem. Szubienice w pismach wyznających najświętsze katolickie wartości mnożyły się jak króliki. Wrogowie w mundurach, na zmianę hitlerowskich bądź sowieckich, palili sobie cygara na okładkach pism pozornie kolorowych i pazurami rozdrapywali mapę naszą. Węsząc zysk krogulczymi nosami. Dla każdego było coś miłego albo i nie. Każda wrażliwość, bądź niewrażliwość, mogła sobie dobrać cokolwiek, zawsze pasującego. Oferta była totalna. Ekstaza wisiała w powietrzu. Czystki w mediach, w muzeach, w teatrach, w sądach, w wojsku, dowolnie. Salon wył, elity szlochały. Lewak jęczał. Tak miało być i było. Szmalu kupa była? Była. Luksusy były? Były. Obiecane, dotrzymane. Zagranica na kolanach, Hollywood na kolanach, wszyscy na kolanach. Powietrza można było do pełna nabrać i rabować zrabowane. Święto. Dziecięca szczera radość. Tak było – ale się zbyło.

Cisza jakaś nielogiczna teraz zapadła. Niepowsadzani są zdezorientowani: ile można czekać? Smród pudła przeniósł się nad własne okopy. Burdele najwyżsi, rozmodleni funkcjonariusze prowadzą – co i dziwne, i niedziwne. Salon – o zgrozo – przestał kwiczeć, zajął się swoimi sprawami. Nie piszczy – to rozczarowujące. Ktoś może i piśnie, ale mało, niegłośno. Niefajnie. Literatura choćby. Miała być nowa, niesalonowa, wielka, narodowa, z elementami tradycyjnego seksu. I co? Nico. Wildstein miał liczne nobelki wyhaczyć albo i oscarki. Conrada mieliśmy na angielski tłumaczyć, wszystko, hurtem, a nie jakąś tam only „Smugę cienia”. Żeby się Angol czegoś o honorze dowiedział. To się nie dowiedział. Świat mieliśmy odmamłać, ale onże się rozmamłał jeszcze bardziej. Dziarskość mieliśmy reklamować, ale jakoś ta reklama nigdzie nie działa, bo wszyscy sobie dziarskość produkują na własną rękę. Z sukcesów mamy only zniesienie wiz do kraju dziś raczej stukniętego. Łza się w oku kręci. Nic tak nie pozbawia powabu jak ogólnodostępność, nawet teoretyczna. Chybaśmy wszystko, niemal jednym tchem wyrzucili, nie zapominając o niczym.

Ale to wszystko, między nami mówiąc, mało powiedziane. Bo euforia była przez te ostatnie lata najważniejsza. Była największa. Od lat trzydziestu. Ją i energię rewolucyjną zapamiętać wypada, bo już klęśnie. Znika. Coś siada. Jakaś piana jeszcze pływa, a w niej watka zżółkła. Gospodarza widzieliście? Zławy coś jest, bez gibkości, bez filingu, bez ikry. Znów się łza w oku kręci, bo widać, jak innym się kręci. Gowina widzieliście? On jest ważny, bo zawsze pierwszy słyszy, jak mięso od kości zaczyna odłazić, że piniądz się nie zgadza, i pierwszy szurać zaczyna, bo on jest przecież zawsze i niewinny, i równocześnie jest win (to po angielsku). Gliński? Czytamy, że w ambasadory pójdzie. Prosto z frontu ideologicznego. Tak było zawsze. Tadżykistan? ZBoWiD? Tak źle na pewno nie będzie. Będzie dobrze. Łasiczki, tam gdzie pojedzie, nie pokaże, ale cywilizacyjnym widelcem dzikusa dziubnie. Jedynym chcącym odgrzać minioną aurę jest Ziobro. Zobaczymy, czy mu muskułów starczy.

A więc co z tego wszystkiego zostało? Ano mało i to, co zawsze, gdy robi się nudno i nijak. To państwowo modelowana edukacyjna pornoopowieść, z elementami uwięzienia. Sadomaso podane językiem polskiego polityka po spożyciu. No i tyle. Utknęliśmy w korku. ©℗

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 43/2019