Reklama

O niewdzięcznej Gruzji i złym Zachodzie

O niewdzięcznej Gruzji i złym Zachodzie

04.06.2007
Czyta się kilka minut
Całkowicie bez poszanowania dla 200-letniej wspólnej historii, Gruzini nie chcą zakochać się na nowo w Rosji. Wolą do NATO i do Europy. Rosja walczy, jak potrafi.
W

Wszystko układało się wybornie aż do "Rewolucji Róż", która w listopadzie 2003 r. przetoczyła się przez zlane deszczem ulice Tbilisi. Eduard Szewardnadze, prezydent w latach 1995-2003, był partnerem dla Moskwy idealnym: za silnym, by obawiać się konkurencji, i za słabym, by się Kremlowi postawić. A jeśli próbował, to zakręcało się na tydzień gaz w środku zimy. Za Szewardnadzego także proces pokojowy w Abchazji i Osetii Południowej - prowincjach, które oderwały się od Tbilisi - buksował w miejscu. Oczywiście, wiele mówiono o integralności terytorialnej Gruzji, z tym faktem żadne państwo na świecie nie polemizowało. Ale równocześnie niezależne od Tbilisi osetyjskie i abchaskie państewka krzepły i nabierały wigoru. Do tego stopnia, że zdarzało im się zapominać, iż to dzięki Rosji i rosyjską bronią tę niezależność wywalczyły.

Choć więc Zachód dogadał się z Azerami, Gruzinami i Turkami, że trzeba w końcu zbudować projektowane od lat rury - ropociąg z nadkaspijskiego Baku przez Gruzję do tureckiego śródziemnomorskiego portu Ceyhan (Baku-Tbilisi-Ceyhan) i biegnący równolegle do niego na odcinku kaukaskim gazociąg (Baku-Tbilisi-Erzurum) - i chociaż coś nawet zaczęto w ziemi dłubać, to Gruzja była krajem tak słabym, że ten antyrosyjski plan można było w dowolnym momencie pokrzyżować. Rosjanie czuli się u siebie do tego stopnia, że nie rozpoczęli likwidowania swych baz wojskowych, do czego zobowiązali się przed światem w 1999 r.

Owszem, także tamta Gruzja marzyła o integracji z Europą i z NATO. "Szewi" nawet zadeklarował na praskim szczycie Sojuszu, że członkostwo jest celem Gruzji. Nie przewidział, że dokładnie rok później będzie uciekać z parlamentu przed "różanymi" demonstrantami. I że do NATO Gruzja owszem, ruszy. Ale dopiero, jak przyjdzie nowe.

A przyszło właśnie w listopadzie 2003 r. Zrodzona z "Rewolucji Róż" nowa Gruzja przypomina tę starą chyba tylko w dwóch aspektach: nie zmieniły się oficjalna nazwa państwa (Sakartwelo: Kraj Kartwelów) i tradycja gruzińskich toastów. Niemal wszystko pozostałe - od flagi, przez mundury policji i wojska, średnią wieku pracowników administracji, podatki, stan dróg i tysiące innych spraw - uległo zmianie. Nieraz na gorsze, ale generalnie - na lepsze.

Nowa Gruzja prowadzi też nową politykę zagraniczną. Nie oznacza to, że priorytety uległy zmianie - to przecież "Szewi" pierwszy zadeklarował dążenie do NATO, to on posłał pierwszych gruzińskich chłopców do Iraku. Zmianie uległ natomiast jeden aspekt: zwycięska w "Rewolucji Róż" ekipa Micheila Saakaszwilego - od stycznia 2004 r. prezydenta, zwanego "Miszą" - rozpoczęła proces naprawy i reformy państwa według wzorców zachodnich. Różnie go można oceniać - inaczej odbierają to Gruzini, inaczej Zachód; w części reformy udały się znakomicie, w części okazały się nieprzemyślane - ale fakt faktem, że nowa Gruzja stała się państwem silniejszym, sprawniejszym i bardziej asertywnym wobec swego północnego sąsiada. Polityka zagraniczna jest nowa właśnie w tym sensie, że jest realizowana, a nie jedynie dyskutowana w korytarzach tbiliskiego MSZ.

Ale "Rewolucja Róż" stała się cezurą nie tylko dla Gruzji, lecz dla całego Kaukazu Południowego. To zrozumiałe, jeśli spojrzeć na mapę: stabilna i prozachodnia Gruzja to dla Europy i Ameryki wymarzony korek do naftowo-gazowej butli, jaką jest region kaspijski. Dla Armenii i Azerbejdżanu zaś - okno na Zachód. Rewolucja wywołała efekt śnieżnej kuli: rozdzwoniły się telefony z gratulacjami, rozpoczęły tuziny wizyt, zaczęto podpisywać szereg porozumień i programów pomocowych. Wpływy Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych uzupełniły się tu znakomicie.

Amerykanie zajęli się budową od zera gruzińskiej armii, problemem Abchazji i Osetii Południowej, wsparciem dla gruzińskich służb specjalnych i pomocą w rozbudowie infrastruktury. No i kwestią najważniejszą: wykłócaniem się o gruzińskie sprawy z Rosjanami.

Ile dokładnie pieniędzy napłynęło zza oceanu - trudno powiedzieć. W ramach samego programu "Millenium Challenge" przyznano Gruzji 295 mln dolarów bezzwrotnej pomocy na budowę infrastruktury (warunkiem otrzymania pieniędzy była odmowa sprzedaży Gazpromowi gazociągu biegnącego z Rosji przez Gruzję do Armenii - Rosjanie zabiegali o gruziński odcinek rury, mamiąc Tbilisi niższymi cenami na surowiec). A ile dolarów poszło na gruzińską armię? Gruzja jest światowym rekordzistą, jeśli chodzi o wzrost środków na obronność: w 2002 r. budżet wojska wyniósł 19 mln dolarów, a w tym roku wynosi 567 mln dolarów. Gruzini umieją to docenić: za Szewardnadzego w Iraku służyło kilkudziesięciu żołnierzy, dziś jest ich tam 850, a od lipca będzie 2400. Tbilisi wysyła również 200 żołnierzy do Afganistanu.

To właśnie na "różanej" fali Unia Europejska zdecydowała, że kraje Kaukazu Południowego nie są aż tak daleko od Europy, jak się wcześniej wydawało, i objęła wszystkie trzy państwa Europejską Polityką Sąsiedztwa (EPS). Początkowo projekt stał w miejscu, ale w 2006 r. podpisano z Tbilisi, Baku i Erewanem Plany Działań i reformy ruszyły (przynajmniej w Gruzji, bo w przeciwieństwie do niej Armenia i Azerbejdżan nigdy nie deklarowały, że chcą pełnej integracji z Europą). Unia zajęła się w Gruzji takimi sferami jak demokratyzacja, reforma sądownictwa, prawa człowieka, i innymi, niezbędnymi dla budowy demokracji - i również przeznacza dla Tbilisi miliony euro.

Wreszcie, co najbardziej drażni Kreml, Kaukazem na poważnie zainteresowało się NATO. Gruzja, jako jedyna oficjalnie aspirująca do członkostwa w Sojuszu, poczyniła tu ogromne postępy. Przełomowym był rok ubiegły, gdy Sojusz przyznał Gruzji tzw. Intensywny Dialog - ostatni przed Planem Działań na Rzecz Członkostwa (MAP) etap kooperacji. Wiele wskazuje, że wiosną 2008 r. spełni się marzenie 80 proc. Gruzinów: Gruzja otrzyma MAP i w ciągu kilku lat stanie się pełnoprawnym członkiem

NATO. Choć bowiem większość europejskich członków Sojuszu była dotąd przeciwna ekspansji na Kaukaz, to oficjalny argument - że Gruzja nie spełnia standardów - staje się coraz mniej aktualny (oczywiście, argumentem kuluarowym pozostaje niechęć do drażnienia Rosji, ale sama Moskwa robi wszystko, by liczba jej zwolenników w Europie topniała). To właśnie dlatego Gruzja śledziła z zapartym tchem przebieg wyborów we Francji, a później opijała zwycięstwo Sarkozy'ego.

A Rosja? Rosja zrobiła w ostatnich latach więcej dla budowy gruzińskiej niepodległości niż Saakaszwili, Waszyngton i Bruksela razem wzięci. I tak, w odpowiedzi na prozachodnie ciągoty, w ciągu ostatnich dwóch lat podniosła czterokrotnie cenę gazu importowanego przez Gruzję. Zaproponowano jednocześnie, że jeśli Tbilisi sprzeda gazociąg magistralny (plus parę drobiazgów), to przez jakiś czas podwyżek nie będzie. Co się stało? Gruzja nic nie sprzedała i płaci czterokrotnie więcej za gaz. Tbilisi rozpoczęło poszukiwanie alternatywnych źródeł i już w tym roku, zamiast 100 proc. potrzebnego gazu, importuje z Rosji 80 proc., resztę pokrywając dostawami z Azerbejdżanu. Z czasem proporcje te zmienią się dalej, na niekorzyść Gazpromu.

Rok temu Rosja wprowadziła embargo na import z Gruzji win, wód mineralnych i produktów roślinnych, a w październiku 2006 r. całkowitą blokadę transportową (zamarły połączenia lądowe, morskie, lotnicze i ruch pocztowy między oboma krajami). Krótkoterminowo przyniosło to bardzo negatywne skutki dla biednego społeczeństwa, żyjącego w znacznym odsetku z roli. Ale ani gospodarka nie siadła (czego oczekiwała Moskwa), ani ludzie nie obalili Saakaszwilego (o czym Moskwa marzyła). Rosja natomiast z pozycji głównego partnera handlowego Gruzji spadła na (na razie) drugie miejsce. Pierwszeństwo przejęła Turcja. A gruzińskie wina sprzedają się w sklepach europejskich, w tym polskich.

Nie koniec na tym. Skoro Moskwa zdecydowała, że nie dopuści do zmiany sytuacji w rejonach nieuregulowanych konfliktów, Gruzja zaczęła zmieniać ją sama: w końcu 2006 r. zainstalowała w Abchazji i Osetii Południowej alternatywne (wobec separatystów) progruzińskie władze i prowadzi na arenie międzynarodowej kampanię na rzecz uznania Rosji za stronę w obu konfliktach, a nie - jak to jest de iure obecnie - mediatora. O ile sytuacja wokół Abchazji jest bardziej skomplikowana, o tyle separatystyczny reżim w Osetii Południowej zaczyna powoli trzeszczeć w szwach. Miejscowa ludność, choć pamięta doświadczenia krwawego konfliktu, przygląda się zmieniającemu się bilansowi sił - i niewykluczone, że uzna państwo gruzińskie za atrakcyjniejsze niż pozostawanie pod kontrolą separatystycznych władz i ich patronów na Kremlu.

Rosjanie tego wszystkiego nie rozumieją. Pytają: dlaczego Gruzja nas nie kocha? Przecież chcemy niewiele: aby Tbilisi zrezygnowało z NATO, aby przestało budować armię, aby rosyjskie firmy kontrolowały gruzińską gospodarkę, aby Gazprom był właścicielem gazociągu biegnącego przez ten kraj. Taka jest rosyjska oferta. Niewdzięczni Gruzini nie chcą jednak jej przyjąć.

Rozwścieczona Moskwa podejmuje więc kolejne nieracjonalne działania, jak kampania przeciw etnicznym Gruzinom żyjącym w Rosji (szykany, aresztowania i deportacje). To zaś jedynie zwiększa popularność rządzących w Tbilisi i niechęć do Moskwy w Europie, a w konsekwencji - polityczną i finansową pomoc dla Gruzji. I koło się zamyka.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]