Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

O komunistycznym Janosiku, czyli jak PRL zabierał jednym i nie dawał drugim

O komunistycznym Janosiku, czyli jak PRL zabierał jednym i nie dawał drugim

08.06.2011
Czyta się kilka minut
Stosunek państwa do własności jego obywateli jest jednym z podstawowych mierników poziomu demokracji. Im mniej demokracji, tym większe zagrożenie dla własności prywatnej.
P

Polacy mieli to nieszczęście, iż w stosunkowo krótkim czasie przyszło im zetknąć się z dwoma totalitaryzmami: nazizmem i komunizmem. Każdy z nich odcisnął swoje piętno na własności Polaków. O ile jednak Niemcy nie uciekali się do wykrętnych tłumaczeń prowadzonej przez siebie polityki, o tyle komuniści uparcie realizowali swoje utopijne pomysły pod sztandarami spełniania postulatów ludu pracującego miast i wsi.

Dlaczego?

Stosunek władz Polski Ludowej do własności prywatnej miał przede wszystkim charakter ideologiczny. To właśnie ideologia nakreśliła główne decyzje w sprawie form własności w PRL. Komuniści, którzy sprawowali władzę od 1944 r., w ciągu kilku pierwszych lat wprowadzili te ideologiczne podstawy w życie. Lata późniejsze to tylko korekty decyzji podjętych przed 1956 r., próby doraźnego pozbywania się kłopotów wynikających z totalnej kontroli państwa nad własnością.

Marksizm powstał na gruncie krytyki kapitalizmu w jego XIX-wiecznej odmianie. Za cel stawiał sobie m.in. zmianę dysproporcji w poziomie życia najbogatszych i najbiedniejszych. Warto jednak wspomnieć, iż tego rodzaju postulaty istniały w programach niemal wszystkich orientacji politycznych. Problemem była jednak droga. Wśród wielu głoszonych przez marksistów teorii była również ta mówiąca o źle dostosowanej podaży do istniejących potrzeb. Uważano, iż zbyt dużo produkowano dóbr luksusowych, a przez to drogich i skierowanych do wąskiej grupy odbiorców, zbyt mało zaś powszechnie dostępnych i tanich. Komuniści twierdzili, iż nakłady sił i środków przeznaczone na zaspokajanie potrzeb najbogatszych można z powodzeniem wykorzystać na wielokrotnie większe zaspokajanie potrzeb biedniejszych. Nie mogło się to stać samoistnie - potrzebne były zdecydowane działania. W ich ramach zakładano likwidację prywatnych środków produkcji, ich różnorodności, a także mechanizmów wolnorynkowych i pieniądza. To "oświecona" władza partii komunistycznej, pozbawiająca ludzi szeroko pojętej wolności, stosując dyktaturę, doprowadzić miała do gruntownych zmian politycznych i gospodarczych. Dopiero ich urzeczywistnienie miało prowadzić do liberalizacji politycznej i likwidacji systemu dyktatury proletariatu.

Wspomniane wyżej zasady po raz pierwszy zastosowano w Rosji Radzieckiej i ZSRR. Nie wchodząc w szczegóły: władza radziecka zlikwidowała własność prywatną (zaczynając od bogatych przedsiębiorców, przez rzemieślników, na chłopach skończywszy). Co prawda w czasie realizacji w latach 20. Nowej Polityki Ekonomicznej pojawili się prywatni przedsiębiorcy, jednak traktowano to jako chwilowe ustępstwo, taktyczny odwrót.

Przywiezione na sowieckich czołgach w 1944 r. władze Polski Ludowej od samego początku były przekonane o konieczności kopiowania radzieckich wzorów. Ich pozycja polityczna w społeczeństwie nie była jednak silna, więc wszelkie posunięcia postanowiono przeprowadzać powoli i rozważnie.

Będzie dobrze

"Rodacy! Kraj wyniszczony i wygłodzony czeka na wielki wysiłek twórczy całego narodu. Krzywdy, zadane przez okupantów, muszą być jak najprędzej naprawione. Własność, zrabowana przez Niemców (...) będzie zwrócona prawowitym właścicielom. Majątek narodowy, skoncentrowany dziś w rękach państwa niemieckiego oraz poszczególnych kapitalistów niemieckich, a więc wielkie przedsiębiorstwa przemysłowe, handlowe, bankowe, transportowe oraz lasy, przejdą pod Tymczasowy Zarząd Państwowy. W miarę regulowania stosunków gospodarczych nastąpi przywrócenie własności. (...) Zniesione zostaną niemieckie znienawidzone zakazy, krępujące działalność gospodarczą, obrót handlowy między wsią i miastem. Państwo popierać będzie szeroki rozwój spółdzielczości. Inicjatywa prywatna, wzmagająca tętno życia gospodarczego, również znajdzie poparcie państwa". Powyższy cytat pochodzi z dokumentu-fundamentu Polski Ludowej. Przygotowany w Moskwie, a ogłoszony w Chełmnie 22 lipca 1944 r. Manifest PKWN w kwestiach gospodarczych nie zapowiadał żadnych rewolucyjnych zmian (z wyjątkiem reformy rolnej, o czym dalej). Czytający ten dokument mogli więc czuć się bezpiecznie, a ci, którzy utracili majątek, mogli liczyć na restytucję mienia. Rzecz jasna, nie dotyczyło to tych wszystkich, którzy swój majątek mieli na wschód od linii Curzona. Oni, pomni doświadczeń lat 1939-

-1941, nie mieli już żadnej nadziei...

Z panami skończyliśmy w ’44

Wyjątek w powyższym stanowiła kwestia reformy rolnej. W manifeście zapowiedziano przeprowadzenie jej w radykalnej formie. Do rozparcelowania przeznaczono majątki powyżej 50 ha (w przypadkach przedwojennych terenów województw: poznańskiego, pomorskiego i śląskiego limit ten podniesiono do 100 ha).

Ziemia miała trafić do pracowników folwarcznych, chłopów bezrolnych i małorolnych. Dotychczasowi właściciele parcelowanych majątków tracili wszystko - prawo nie zezwalało im nawet na osiedlenie się w tym samym powiecie, w którym znajdował się ich dawny majątek. W praktyce zmuszeni byli wyjeżdżać o wiele dalej, tak by ich obecność "nie krępowała" nowych właścicieli. Zagładzie ulegały w ten sposób wielowiekowe gniazda szlacheckie, ostoje polskości. Jerzy Łojek oceniał, iż z krajobrazu Polski zniknęło w ten sposób 11 tysięcy polskich dworów!

Parcelacje nie były jednak jedynymi forma­mi zmian własności na wsi. Wprost w ręce państwa trafiały też duże, najczęściej specjalistyczne, gospodarstwa rolne. Z nich stworzono w końcu lat 40. Państwowe ­Gospodarstwa Rolne - chyba najbardziej wyraziste przykłady kompletnego bankructwa ekonomicznej ideologii PRL. Twory te, zupełnie niewydolne ekonomicznie, były stale dotowane, by stanowić przykład socjalistycznej przewagi w stosunkach własności. Gdy w 1989 r. zawalił się system komunistyczny, w krótkim czasie PGR-y zbankrutowały, pozostawiając po sobie tysiące ­"sierot" - dawnych pracowników nieprzystosowanych do życia poza wszechmocną niegdyś opieką państwa.

Zasady reformy rolnej dotyczyły tylko ziem dawnych - na tzw. Ziemiach Odzyskanych w ręce państwa przechodziło wszystko. Nawet osiedlający się tam przesiedleńcy ze Wschodu nie otrzymywali prawa własności do przekazywanych im nieruchomości, a jedynie 99-letnią wieczystą dzierżawę.

Reforma rolna, czyli przekazanie ziemi z jednych rąk prywatnych w drugie, nie była zgodna z marksowskimi koncepcjami. W 1944 r. nie chodziło jednak o pryncypia ideologiczne, a o kupno poparcia politycznego. Komuniści w prosty sposób chcieli wykorzystać rozwiązania, które w XIX w. zastosowały państwa zaborcze w celu tłumienia polskich zrywów narodowych. W 1848 r. Austriacy, a w 1864 r. Rosjanie przeprowadzili uwłaszczenie w taki sposób, by maksymalnie zaszkodzić szlachcie, która była w znacznej mierze ostoją polskości, i pozyskać nieprzychylne jej chłopstwo. Od strony ekonomicznej reforma rolna też nie była sukcesem. Powstałe w jej wyniku gospodarstwa rolne miały średnią wielkość ok. 5 ha, co oznaczało, że nie były to gospodarstwa farmerskie prowadzące nowoczesną gospodarkę rolną. Polscy komuniści liczyli jednak, iż gdy umocni się ich władza, ponownie przejmą rozdaną ziemię w trakcie kolektywizacji rolnictwa.

Do generalnej próby skolektywizowania polskiej wsi przystąpiono w czasie realizacji planu sześcioletniego (1950-1955). Przy pomocy propagandy (bogaty chłop, czyli kułak, był jej ulubionym bohaterem), a przede wszystkim różnego rodzaju brutalnych nacisków próbowano nakłonić chłopów do przekazywania swojej ziemi do rolniczych spółdzielni produkcyjnych. Spotkało się to z radykalnym oporem. Co prawda w latach 1949-1955 liczba spółdzielni produkcyjnych na polskiej wsi rosła (z 243 do 9322), to jednak ziemia "polskich kołchozów" stanowiła tylko ok. 10% areału upraw w Polsce. Rok 1956, czyli odwilż polityczna spowodowała, iż w grudniu tego roku istniały już tylko 1534 spółdzielnie. Fiasko polityki kolektywizacji polskiej wsi było największą porażką ideologiczną komunistów w całym 45-leciu PRL.

Gdy robotnik dostał fabrykę

Manifest PKWN nie straszył nacjonalizacją, wprost przeciwnie - obiecywał zwrot tego, co zostało odebrane przez niemieckiego okupanta. Władze od 1944 r. przejmowały jednak większe przedsiębiorstwa pod Tymczasowy Zarząd Państwowy. Formalnie jednak nie powodowało to zmiany stosunków własności i zgodnie z obietnicami miało być to rozwiązanie tymczasowe. Jednak 3 stycznia 1946 r. Krajowa Rada Narodowa uchwaliła "Ustawę o przejęciu na własność państwa podstawowych gałęzi gospodarki narodowej". Wyliczono dokładnie 17 kategorii przedsiębiorstw, które podlegały przejęciu przez państwo - od kopalń i hut po browary, młyny i gorzelnie. Nacjonalizowano również transport oraz przedsiębiorstwa telekomunikacyjne. Razem z przedsiębiorstwami nacjonalizowano także należące do nich prawa (jak znaki firmowe czy patenty). Dodatkowo nacjonalizacji miały podlegać wszystkie pozostałe przedsiębiorstwa, o ile zatrudniały powyżej 50 osób na jedną zmianę.

Ustawa przewidywała odszkodowanie za przejęte mienie w postaci papierów wartościowych. Należeć miało się ono jedynie tym, którzy byli Polakami, a w czasie wojny nie współpracowali z Niemcami. Szczegóły w sprawie odszkodowań miały zawierać przepisy wykonawcze do ustawy, których nigdy nie uchwalono... Obywatel Polski Ludowej był w tej sytuacji zupełnie bezradny (drobne sumy uzyskali tylko nieliczni). Inaczej było w przypadku obcokrajowców z państw Zachodu. Rządom tych krajów udało się uzyskać od PRL znaczące kwoty z przeznaczeniem na odszkodowania dla swoich obywateli za znacjonalizowane w Polsce mienie. Pisząc wprost - PRL lepiej traktowała obywateli obcych państw niż swoich własnych. Oczywiście informacje na ten temat dla Polaków były tajne.

Bogu, co boskie, a państwu, co ziemskie

Wspominana już reforma rolna nie objęła ziemi kościelnej. Była to decyzja świadoma - władze w 1944 r. były zbyt słabe, by rozpocząć generalne starcie z Kościołem. Z biegiem czasu władze poczuły się silniejsze. Kościołowi odbierano całe organizacje (jak np. Caritas), skonfiskowano w parafiach księgi metrykalne. Czas na generalną rozgrywkę przyszedł w marcu 1950 r. Uchwalona wówczas ustawa przejmowała na rzecz państwa wszystkie nieruchomości ziemskie związków wyznaniowych. Kościół tracił nie tylko ziemię, ale także znajdujące się na niej budynki, zakłady, inwentarz żywy i martwy. Co więcej, w uchwalonej w 1950 r. ustawie zastrzeżono, iż unieważnione mogą być umowy sprzedaży kościelnej ziemi zawarte od 1944 r.! Ustawa przewidywała, iż dochody z przejętego majątku złożą się na Fundusz Kościelny.

Z powyższego unormowania wyłączono majątki proboszczów, o ile nie przekraczały one progów obszarowych ustanowionych wcześniej w dekrecie o reformie rolnej. Co więcej, jeżeli gospodarstwa te były większe niż 50 ha (lub 100 ha), proboszczowie tracili jedynie nadwyżkę. Na takie traktowanie wielcy właściciele ziemscy nie mogli liczyć! Specjalne traktowanie proboszczów związane było z próbą wewnętrznego podzielenia Kościoła, co w sposób znakomity ułatwiłoby z nim walkę (w tym czasie gorliwie organizowano ruch "księży patriotów").

Po raz drugi zaatakowano własność kościelną przy pomocy ustawy uchwalonej w ostatnich dniach grudnia 1958 r. Dawała ona możliwość przejmowania majątku w zamian za niewywiązywanie się z obowiązków podatkowych i innych płatności na rzecz państwa. Jako jedną z takich zaległości uznano korzystanie przez Kościół z budynków na terenie tzw. Ziem Odzyskanych. Jako iż cały istniejący tam majątek władze uznały za swój, istniała możliwość naliczenia olbrzymich opłat i kar za wykorzystywane przez Kościół budynki. Władze korzystały z tego dość ochoczo zwłaszcza podczas konfliktu z Kościołem w latach 60. Gdy napotykały na opór księży - przejmowały niektóre budynki (co czasami spotykało się z gwałtownymi protestami społecznymi, jak np. w 1960 r. w Zielonej Górze czy 1966 r. w Brzegu).

Złupić, by budować

Istnienie wyższej konieczności było częstym argumentem wykorzystywanym w celu odebrania prawa do własności. Tak było m.in. ze sprawną odbudową Warszawy, czemu według władz przeszkadzała prywatna własność nieruchomości. Dekret Rady Ministrów z 26 października 1945 r. (czasami nieprecyzyjnie zwany dekretem Bieruta) przekazywał miastu wszystkie warszawskie grunty oraz znajdujące się na nich budynki. Dotychczasowym właścicielom pozwolono ubiegać się o prawo wieczystego użytkowania i nadzwyczajnie obniżoną z tego tytułu opłatę...

W 1950 r. władze rozpoczęły realizację planu 6-letniego. Jednym z jej filarów (oprócz skolektywizowanego rolnictwa) miał być rozbudowany przemysł (zwłaszcza ciężki). Inwestycje wymagały jednak środków, których władze szukały na różne sposoby. Jednym z pomysłów było ograniczenie konsumpcji ludności, a służyć temu miała wymiana pieniędzy. 28 października 1950 r. władze ogłosiły decyzję o zmianie systemu pieniężnego w Polsce. Ceny, płace oraz depozyty w PKO przeliczano według relacji 3 nowe złote za 100 starych. Gotówkę - w relacji 1:100. W tych dwóch ostatnich przypadkach wprowadzono jednak ograniczenia sumy, jaką można było wymienić. Obywatele dostali 10 dni, by zadbać o dokonanie wymiany. Pozostałe pieniądze straciły wartość. Nagle, właściwie z dnia na dzień, władze pozbawiły swoich obywateli dużej części oszczędności (szacuje się, że unieważniono w ten sposób ok. 60 proc. obiegu pieniężnego).

W tym samym czasie wprowadzono unormowania zakazujące osobom prywatnym posiadania bez specjalnego zezwolenia złotych monet, złota (z wyjątkiem wyrobów użytkowych), platyny i dewiz. Wszystkie one, w ciągu 14 dni, miały być zgłoszone do Narodowego Banku Polskiego (a następnie zdeponowane lub odsprzedane). Osobom, które nie wypełniłyby tych unormowań, grożono więzieniem. Prawo posiadania złota, platyny oraz obcych walut przywrócono Polakom w listopadzie 1956 r. Nadal nielegalny pozostał jednak prywatny obrót walutami, skazujący obywateli na niekorzystne pośrednictwo państwowych placówek bankowych.

Utrudnić życie prywaciarzowi

Także rolnicy, choć obronili się przed kolektywizacją, dotykani byli różnego rodzaju ograniczeniami w zarządzaniu własnością. Przez długi okres pozbawieni byli prawa do swobodnego dysponowania swoimi gospodarstwami czy ich powiększania. Bywało, iż zmuszani byli do podporządkowywania swojej produkcji centralnym planom ekonomicznym. Do początku lat 70. wieś była przymuszona do oddawania państwu po określonej cenie części produkcji rolnej. Dopiero po realizacji "dostaw obowiązkowych" chłop mógł wykorzystywać owoce swojej pracy na własny użytek.

Podobnie było z nieruchomościami. Tam, gdzie ich właścicielom udało się zachować do nich prawo - pojawiły się ograniczenia prawa do dysponowania własnością. Decyzjami administracyjnymi do domów, a często do mieszkań wprowadzano zupełnie obcych lokatorów. Straszyć zaczęło słowo "nadmetraż", czyli przekroczenie wyliczonej liczby metrów kwadratowych mieszkania przynależnych konkretnej osobie.

Ważnym "punktem oporu" prywatnej własności, którą postanowili zaatakować komuniści, był handel wewnętrzny. W 1947 r. jeden z członków triumwiratu rządzącego Polską, minister przemysłu i handlu Hilary Minc, rozpoczął "bitwę o handel" - czyli usuwanie z rynku prywatnych handlowców. Oskarżał ich m.in. o nadmierne bogacenie się kosztem społeczeństwa. Był to tylko pretekst - w rzeczywistości realizowano w ten sposób kolejny krok przybliżający gospodarkę Polski do wzorca radzieckiego. Za pomocą specjalnych koncesji, wysokich opłat za ich uzyskanie, licznych rygorów fiskalnych, kontroli cen, wreszcie odcięcia od rynku hurtowego rugowano prywatne sklepy z rynku. W latach 1950-1953 obciążenia podatkowe prywatnego handlu wzrosły dziesięciokrotnie. W bardzo krótkim czasie znaczna część prywatnego handlu przestała istnieć, a klienci zmuszeni zostali do korzystania z gorzej rozwiniętej sieci placówek państwowych. Likwidując prywatny handel, władze nie były w stanie zorganizować własnej sieci dystrybucji. W całym kraju zaczęły więc pojawiać się pustynie handlowe, a czarny rynek rósł w siłę. Odwilż październikowa przyniosła odrodzenie prywatnego kupiectwa, ale szybko je zduszono. Handel prywatny, choć w bardzo ograniczonej (liczbowo i towarowo) formie, towarzyszył jednak Polakom przez cały okres PRL.

Na progu przemian

Z biegiem lat istnienia Polski Ludowej wyrosło w Polsce pokolenie, które zupełnie nie pojmowało podstawowych praw własności. Brak ścisłego ich określenia łącznie z prawem do gospodarowania nimi ułatwiał instytucjonalne grabienie własności prywatnej i państwowej. Po części stało się to przesłanką do późniejszego procesu samouwłaszczenia się nomenklatury partyjnej. Urzędnik mocą swej władzy zaświadczał, iż coś należy (bądź nie należy) do kogoś - i decyzja ta mogła być obowiązująca, bo gwarantował ją układ polityczny. Dobrym przykładem tego są ujawniane obecnie olbrzymie zaniedbania w kwestiach uregulowania praw własnościowych na dawnych ziemiach niemieckich.

W obozie radzieckim Polska była krajem szczególnym. Nigdzie indziej sektor prywatny nie miał takiego znaczenia, jak w PRL. Rzecz jasna, było to wynikiem klęski polityki kolektywizacji wsi. Mimo to, na "prywaciarzy" patrzono bardzo podejrzliwie, daleko było im do pozyskania społecznej sympatii. Propaganda polityczna i historyczna zrobiła swoje - aż do połowy lat 80. w praktyce trudno było znaleźć szersze grono osób opowiadających się za prywatyzacją. Strach przed wyzyskiwaczem-kapitalistą wciąż był wielki. Zasadniczą zmianę w kwestii podejścia do równouprawnienia sektora prywatnego przyniosło uchwalenie przez Sejm PRL w grudniu 1988 r. ustawy o działalności gospodarczej (tzw. ustawa Wilczka). Wprowadzała ona zasady swobodnej działalności gospodarczej. Prywatna własność wreszcie miała szansę na nawiązanie walki z państwowymi molochami. Nie mówiono o denacjonalizacji, a jedynie o "nowym początku". Poszanowania dla własności (prywatnej, ale także samorządowej czy państwowej) i jej roli w gospodarce przyszło Polakom uczyć się bardzo długo.

Dr ANDRZEJ ZAWISTOWSKI jest historykiem, dyrektorem Wydziału Edukacji Historycznej w Biurze Edukacji Publicznej IPN. Wykłada w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]