Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

No i te rzęsy...

No i te rzęsy...

10.05.2011
Czyta się kilka minut
Wybitna aktorka, której talent przyćmiony został przez jej wdzięk i urodę; artystka uwięziona w wizerunku, do stworzenia którego sama się przyczyniła - taki obraz wyłania się z tej biografii.
"

"W kościele seminaryjnym przy Krakowskim Przedmieściu mieściło się przez jakiś czas duszpasterstwo środowisk twórczych. (...) Ksiądz Niewęgłowski zaintonował »Kiedy ranne wstają zorze«, cały kościół śpiewa za nim, Kalina też - ale na melodię »Serce w plecaku«. Mówię: - Kalina, ty się uspokój, bo coś ci się stanie. - A tam! Co mi się może stać? Się nagrzeszyło w życiu, ale Pan Bóg na moje grzeszki przymyka oko".

Komiczna sytuacja zrelacjonowana po latach przez Wojciecha Marczyka to nie odosobniony przypadek. Ciągła zabawa, spotkania ze znajomymi przy koniaku, liczne romanse były codziennością Kaliny Jędrusik. Niemniej Dariusz Michalski w solidnej (blisko 650 stron!) biografii artystki skupia się na czymś zupełnie innym. Szuka przyczyny niedocenienia aktorki, której talent został przyćmiony przez jej wdzięk i urodę. Mimo że sama Jędrusik śpiewała: "Oprócz ciała mam przecież i duszę!", w dużym stopniu do takiego stanu doprowadziła niestety sama. Inni jej tylko pomogli.

Gdy popatrzy się na życie Kaliny Jędrusik w największym skrócie, ma się wrażenie, że była dzieckiem szczęścia. Występowała na deskach najważniejszych teatrów, jak warszawskie Rozmaitości, Współczesny czy Polski. Piosenki pisali dla niej najwybitniejsi twórcy, z Agnieszką Osiecką i Jeremim Przyborą na czele. Była gwiazdą telewizji, zanim w ogóle pojawiło się u nas takie pojęcie. Zagrała niezapomniane kreacje w wielu filmach, od Andrzeja Wajdy po Krzysztofa Kieślowskiego. Prywatnie żona Stanisława Dygata, prowadziła z nim życie bliższe raczej amerykańskim scenariuszom niż socjalistycznej codzienności, dlatego porównywano ich do małżeństwa Arthura Millera i Marilyn Monroe. Zazdrosne kobiety pisały do telewizji listy, protestując przeciw deprawowaniu ich mężów przez ponętną towarzyszkę Starszych Panów. A mimo to odchodząc przedwcześnie (miała tylko sześćdziesiąt jeden lat), mogła się w ostatnich latach życia pochwalić zaledwie kilkoma filmowymi epizodami. Coraz bardziej zapominana przez publiczność i przyjaciół, stała się niewolnicą własnego seksapilu. Czegoś, co w przeciwieństwie do talentu przemija.

Trudno znaleźć kogoś, kto by odmówił jej urody. Idealna figura, zawsze wyeksponowany biust, ponętne usta, wielkie oczy i niesamowite rzęsy, które tylko podkreślały jej wizerunek, nie pasujący do szarej, choć już odwilżowej codzienności PRL-u. Była kimś w tamtych realiach zupełnie nieznanym. Porównywana do Brigitte Bardot i Marilyn Monroe, znalazła się w odpowiednim czasie i miejscu: początek jej kariery zbiegł się z pojawieniem się nad Wisłą telewizji. Zanim jednak zaczęła występować na szklanym ekranie, był teatr; od sceny zaczyna się ta opowieść i na niej się kończy.

Podczas lektury odnosi się wrażenie, że to właśnie teatr zawsze bronił talentu Kaliny Jędrusik przed złośliwymi komentarzami, jakoby wszystko zawdzięczała urodzie, ewentualnie koneksjom męża. Publiczności teatralnej, inaczej niż telewizyjnej, nie oszuka się wyeksponowanym dekoltem. Role nie są przypisane za nazwisko, a później czekają wielogodzinne próby, w czasie których należy dostosować się do wskazówek reżysera. Teatr uczy pracowitości i pokory. Pierwszego odmówić aktorce nie można, z drugim bywało różnie. Może dlatego na żadnej scenie nie zagrzała długo miejsca?

Najpierw był Teatr Wybrzeże, do którego trafiła zaraz po krakowskich studiach, później warszawskie, kolejno: Narodowy i Współczesny (w latach 1954-57 sceny tych instytucji były połączone), Komedia, Rozmaitości i Polski. Stworzyła niezapomniane kreacje, jak Polly w "Operze za trzy grosze" czy Holly w "Śniadaniu u Tiffany’ego" - a mimo to już wtedy szła za nią opinia głupiutkiej, ale pewnej siebie aktoreczki. Jej przyjęcie do zespołu Teatru Narodowego miało wyglądać następująco (dyrektor Axer po latach zaprzeczył tej relacji):

- A grała już Pani coś w tym rodzaju?

- E, nic, oprócz paru epizodów [cały czas niegrzecznie rozgląda się po teatrze]. Ale jeżeli to jest świetna rola, to ja świetnie w niej zagram.

- [wzdycha] No, skromna Pani nie jest.

- [w dalszym ciągu rozgląda się po teatrze] Nie.

- Dobrze, że jest Pani przynajmniej szczera.

Z jednej strony już pierwszymi rolami udowodniła swój aktorski kunszt, z drugiej zaczęto plotkować, że za każdym angażem stoi jej mąż. Znalazła się więc w nieciekawej sytuacji. Wszystko, co zdobyła w życiu, miała rzekomo zawdzięczać seksapilowi albo koneksjom. Ciągle musiała udowadniać, jak bardzo wszyscy się mylą. A równocześnie sama podtrzymywała fałszywy obraz. Dariusz Michalski przytacza list Konrada Swinarskiego do Aleksandra Bardiniego. "Polly - myślę - Jędrusik (...) ma idealnie głupi głos i może być drapieżna suczka" - pisał Swinarski, choć dodawał: "Dobrze śpiewa". Takie relacje powtarzają się dość często. Brała się za ambitne role w teatrze, a z drugiej wcale nie próbowała odżegnywać się od postaci, którą sama wykreowała. Chętnie pozowała do zdjęć, również aktów (zaproponowała to Zofii Nasierowskiej). Jakby sama chciała, by postrzegano ją przez pryzmat urody.

Niektórzy, jak Magda Dygat, córka Stanisława Dygata z pierwszego małżeństwa, twierdzą, że Kalina Jędrusik potrafiła wręcz wmówić, że jest piękna; krótkie i grube stopy nagle stawały się ideałem, a smukłe nazywano od tej pory kościstymi i nieprzyjemnymi. Mówi to jednak córka zazdrosna o ojca; poza tym o prawdziwym pięknie świadczy zmienianie kanonów, nie zaś dopasowywanie się do nich. Problem tkwi gdzie indziej: w kreacji, której więźniem stała się artystka. A największy udział w stworzeniu tej kreacji miała osoba Kalinie najbliższa.

Zawsze potrzebowała opiekuna. Najpierw był to ojciec, któremu zawdzięczała świetne wykształcenie i swobodę w dokonywaniu życiowych wyborów, co nie zdarzało się często, zwłaszcza w tamtych czasach. Stanisław Dygat, starszy od Kaliny, doskonale przejął jego rolę. Stał się kimś więcej niż jej prywatnym menadżerem, stworzył jej postać od początku do końca. Zamarzyła mu się polska Marilyn Monroe, co ostatecznie osiągnął. Niestety ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Autor "Jeziora Bodeńskiego" był, co Michalski podkreśla, raczej dużym dzieckiem, miał syndrom Piotrusia Pana i nie mógł przewidzieć konsekwencji swojego postępowania. Liczyło się tu i teraz. Była więc zabawa, zapraszanie przyjaciół do mieszkania na długie przyjęcia i kreowanie się na polskiego Arthura Millera. Czasem zabraniał grać Kalinie pewne role, tłumacząc to ich politycznym nacechowaniem. Wybaczał jej liczne romanse i życie z dnia na dzień. On potrzebował pięknej partnerki, ona opiekuna, więc oboje znaleźli to, czego potrzebowali. Pewnie dzięki temu byli ze sobą aż do jego śmierci.

Związek z pisarzem i mierzenie się z jego ambicjami to jedno. Byli jeszcze przyjaciele, reżyserzy teatralni i filmowi. To również od nich zależał jej wizerunek. Niektórzy, jak Agnieszka Osiecka, starali się go zmienić. Dlatego Osiecka napisała dla Jędrusik liryczną piosenkę "Na całych jeziorach Ty". Niestety jedna piosenka i teledysk, na którym dekoltu nie było ani krzty, to za mało, aby zmienić postrzeganie aktorki przez publiczność. Dla wszystkich liczyło się ciało, nie dusza - parafrazując piosenkę Starszych Panów. Nikt nie odczytywał jej świetnych kreacji, jak niezapomniana rola Lucy Zuckerowej w "Ziemi obiecanej", w kategoriach kunsztu aktorskiego. Machano ręką twierdząc, że przecież to cała ona, nie musi grać kogoś, kim sama na co dzień jest.

Na szczęście publiczność teatralna myślała inaczej. Teatr otwiera i zamyka artystyczny życiorys Kaliny Jędrusik. Ostatnią jej rolą była Eleonora w "Tangu" Sławomira Mrożka w reżyserii Kazimierza Dejmka. Coraz bardziej cierpiała na astmę, chociaż zupełnie się tym nie przejmowała. Ciągle w pracy, opiekowała się w dodatku liczną gromadą psów i kotów, doprowadzając martwiących się o nią przyjaciół do szału. Gdy było z nią naprawdę źle, to dyrektor skierował ją do szpitala, bo sama pójść nie chciała. Gdy poczuła się lepiej, zagrała w spektaklu jeszcze osiem razy. Odeszła jako aktorka teatralna, nie gwiazda telewizji. Dziś jest z tym zdecydowanie trudniej...

Dariusz Michalski, Kalina Jędrusik, Warszawa 2011, Wydawnictwo Iskry.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]