Nadchodzi nowy rok, co oznacza, że pora się przygotować do wyrzucenia żółtych kalendarzy. Pojawiają się w sprzedaży już przyszłoroczne, a z nimi nowinka. Niektóre firmy nie oparły się niewątpliwej pokusie obniżenia kosztów dzięki nowym technologiom – część ilustracji, nie tylko na kalendarzach, ale także na pocztówkach okolicznościowych, torebkach prezentowych czy małych magnesach, powstaje już przy pomocy generatorów obrazu. Tylko część, bo – przyjrzałam się wielu egzemplarzom – nikt nie miał na tyle nonszalancji, żeby użyć wygenerowanych treści w całości produktu. Ilustracje z Midjourney przeplatają się tam z tradycyjną fotografią stockową, która, notabene, sama kilkanaście lat temu stanowiła oszczędnościową opcję – tańszą od fotografii na zamówienie.
Choć można się spodziewać, że obrazy z generatorów rozpowszechnią się w najbliższym czasie na drobnych przedmiotach codziennego użytku, w konfekcji, to producenci wybierają opcję mieszaną: trochę ilustracji tradycyjnych i trochę „niskobudżetowych”. Stoi za tym niewątpliwie pewna racjonalność, którą łatwo sobie unaocznić, przyglądając się tym obrazom w druku. Rozdzielczość, jakiej wymaga drukowanie w dużym formacie, wyciąga na wierzch nierealistyczność „jak prawdziwych” ilustracji i wszelkie ich niedoskonałości. Sierść słodkiego szczeniaczka z Midjourney, który ma zachęcać do zakupu kalendarza, w powiększeniu przypomina rzeźbę ze spaghetti. Trudno sobie wyobrazić, by przyjemnie było taką fakturę pogłaskać.
Naturą konfekcji jest niewysoki koszt wytworzenia, masowa produkcja i przystępna cena. Nie znaczy to jednak, że w tej dziedzinie wszystko uchodzi; każdy lubi niskie ceny, mało kto natomiast toleruje poczucie bycia robionym w trąbę. Myślę, że producenci drobnych upominków, opakowań czy pomniejszych kampanii reklamowych są tego świadomi, dlatego dbają o proporcje między obrazami generowanymi a bardziej klasyczną grafiką czy fotografią w swoich produkcjach. Mimo przyzwyczajenia odbiorców do fotografii tak dalece wyretuszowanych, że czasem trudno odróżnić je od obrazów stworzonych od zera, do filtrów, do fotografii HDR – zwyczajny, najbardziej masowy odbiorca nieszczególnie lubi wpadać do dziury między realnym a fikcyjnym. Ceni umiarkowaną pewność ontologiczną – po prostu woli mimo wszystko wiedzieć, czy coś jest zdjęciem, czy nie, a nie takie ni to, ni sio, ni przypiął, ni przyłatał.
Zaskakująco wielu użytkowników internetu przejawia wobec generowanych obrazów uczucia dalekie od entuzjazmu. Są to zupełnie zwyczajni zjadacze treści, nie graficy ani nie znawcy sztuki, raczej bywalcy grup z ciekawostkami o świecie i odbiorcy treści najbardziej ogólnych (podkreślam to grubo i specjalnie, żeby nikt nie próbował wysuwać argumentu, że „graficy są zazdrośni i nie idą z duchem czasu”; śledzę to dość uważnie i sama czułam się zaskoczona gwałtownością reakcji). Pogodni na ogół seniorzy reagują wyraźną złością na ni to obrazy, ni to fotografie, i podejrzewam, że złość ta bierze się z poczucia, że jest się oszukiwanym.
Być może liczne kampanie ostrzegające przed internetowym scamem i sztuczkami „na wnuczka” przynoszą długofalowy skutek. Oczywiście zdarza się, że ktoś się jednak nabiera – sama widziałam chyba dwa przypadki, gdy przygodny internauta uwierzył w ewidentne fikcje, w radosne, biedne dzieci z dalekich krajów, które kleją cuda niewidy ze śmieci, czy w psotnego białego misia, który dokazuje z załogą kutra – jednak zdumiewa też gotowość do reakcji ze strony innych użytkowników, którzy nie tylko wyprowadzają naiwnego znajomego z błędu, ale też wprost go rugają, jakby poważnie naruszył przepisy bezpieczeństwa. Bo też istotnie to uczynił i jestem przekonana, że jeszcze możemy się spodziewać natężonego i zdeterminowanego ruchu w obronie wiarygodności obrazów, jakiegoś cyfrowego ikonoklazmu – motywowanego poczuciem naruszenia pewności tego, co widzimy.
To oczywiście nie oznacza, że pokusa tworzenia niedrogich ilustracji zniknie. Kto nie chciałby w końcu zaoszczędzić. Spodziewam się jednak kalibracji: generowane obrazy mogą zostać oswojone i przyswojone, przypięte albo przyłatane, ale pod warunkiem, że będą wyglądać dostatecznie fikcyjnie i jak najbardziej nierealistycznie, a nie starać się osiągnąć „aromat identyczny z naturalnym”.

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















