Reklama

Nic do stracenia

Nic do stracenia

23.02.2007
Czyta się kilka minut
Obok autobiograficznej prozy Rubena Gallego - lapidarnej, pozbawionej ornamentów - nie sposób było dotąd przejść obojętnie. Gallego świadomie wyrzekł się wszystkiego, co trąciłoby upiększaniem, a więc zafałszowaniem jego bolesnych przeżyć. Opisuje świat okrutny i bezwzględny. Ale przesadą jest twierdzenie - jak głoszą niektórzy recenzenci - że jego opowieści można porównać z "Archipelagiem Gułag". Co to, to nie.
N

Niespełna czterdziestoletni dziś Gallego, wychowany w ZSRR pół Hiszpan, pół Wenezuelczyk, stał się sławny za sprawą debiutanckiej powieści "Białe na czarnym", za którą otrzymał prestiżową nagrodę rosyjskiego Bookera. Ta napisana po rosyjsku powieść - rosyjski, jak przyznaje, jest jego prawdziwą ojczyzną, jedyną, z jaką się utożsamia - przyniosła mu międzynarodowe uznanie i doczekała się także polskiego tłumaczenia. To wstrząsające świadectwo i oskarżenie komunistycznej rzeczywistości widzianej z perspektywy sparaliżowanego i bezbronnego dziecka; Gallego od urodzenia choruje bowiem na dziecięce porażenie mózgowe.

Całe dzieciństwo spędził Gallego w radzieckich domach dziecka. Dzień w dzień słyszał od pielęgniarek, zwykłych prostych Rosjanek, życzenie: "obyś zdechł jak najszybciej", bo dzieci kalekie uznawano w ZSRR za nieprzydatne dla budowy komunizmu pasożyty, wymawiając im każdą kromkę chleba; nic dziwnego, że mały Ruben czuł się szczęśliwy, gdy w końcu trafił do takiego domu, w którym do syta mógł najeść się ziemniaków. Szczęście nie mogło jednak trwać wiecznie, bo po osiągnięciu pełnoletniości takich jak on posyłano wprost do domu starców, gdzie najciężej schorowanym odmawiano podstawowej opieki. Umierali więc z głodu lub popełniali samobójstwo. Wszelkie próby buntu groziły zesłaniem do domu wariatów, co także równało się wyrokowi śmierci.

Gallego opisał ten świat prostymi, ale porażającymi słowami. Jego debiut odbił się w Rosji głośnym echem i poruszył niejedno sumienie. Nie wiedzieliśmy, co się działo w domach dziecka - powtarzali zszokowani czytelnicy podczas spotkań z autorem. To prawda, działy się tam rzeczy potworne, ale Gallego nie chce tych domów porównywać ze światem łagrów. Panowała w nich wprawdzie bezduszność i obojętność wobec cierpienia, ale czasami zdarzali się ludzie litościwi, i to dzięki nim przeżył.

Jak to się stało, że urodził się w ZSRR? Mówił o tym przed dwoma laty w wywiadzie dla "Tygodnika". Jego matka Aurora jest córką hiszpańskiego komunisty, wychowała się zresztą w polskim domu dziecka, dokąd trafiła w ramach "internacjonalistycznej wymiany sierot". Gdy dorosła, rozpoczęła studia w Moskwie i tam zaszła w ciążę z pewnym Wenezuelczykiem. Jako córka komunistycznego prominenta rodziła w kremlowskiej klinice. Powiła bliźnięta: jedno zmarło, u drugiego lekarze rozpoznali dziecięce porażenie mózgowe. Prawdopodobnie z inicjatywy dziadka odebrano Aurorze Rubena, mówiąc, że i on zmarł. Odtąd Ruben wychowywał się w domach dziecka, gdzie wmawiano mu, że jego matka go porzuciła. Dzięki nadludzkiej woli życia zdobył wykształcenie - choć stukać w klawiaturę może tylko jednym palcem - ożenił się, doczekał się córki, w końcu poznał reżysera-dokumentalistę, który postanowił nakręcić o nim film i odszukać jego matkę. Odnalazł ją w Paryżu.

Aurora - która wyszła ponownie za mąż, urodziła córkę i dla jej dobra w połowie lat 70. opuściła ZSRR - podjęła decyzję, by syn z nią zamieszkał. Ruben przeżył atak serca i groziła mu śmierć; żyje dzięki opiece matki. Aurora sprawiła też drugi cud: namówiła Rubena, by opisał swoją gehennę w domach dziecka.

Każdy, kto czytał "Białe na czarnym", sięgnie po kolejną książkę Gallego. Może poczuć się rozczarowany, bo w "Na brzegu" autor powraca do wspomnień z dzieciństwa i opisuje ludzi oraz zdarzenia, które poznaliśmy już czytając "Białe na czarnym". Co gorsza, Gallego zaniechał tej ascezy, dzięki której jego pierwsza książka była tak wiarygodna i wstrząsająca. Zamiast oszczędnej ekonomii słowa mamy tym razem długie, niekiedy wydumane dialogi, powieść rozpoczyna się i kończy aspirującymi do głębi scenami teatralnymi rodem z wielkiej groteski. Pierwsza książka liczyła sobie niespełna dwieście stron, druga ma niemal czterysta i brnie się przez nie z mozołem.

Pośród nadmiaru słów ginie to, co najważniejsze i najprawdziwsze: opowieść o przyjaźni Rubena i chorego na zanik mięśni Miszy, którzy wiodą rozpaczliwą walkę o życie, o przechytrzenie wrogiego świata. Umyka nam tragedia nadzwyczaj inteligentnego Miszy, która wiedzie go do samobójstwa. Trudno też zauważyć to, co w powieści najbardziej intrygujące: wspólnotę losu chorego z losem byłych więźniów komunistycznych obozów. Światy zeków i niepełnosprawnych krzyżują się w szpitalu dla wariatów, do którego trafia przyjaciel Rubena. Tę książkę warto przeczytać choćby dla tego epizodu, albowiem daje on do myślenia. O tym na przykład, że w systemach totalitarnych wolność i braterstwo jest przywilejem jedynie tych, którzy nie mają nic do stracenia.

Ruben Gallego, "Na brzegu", przeł. Katarzyna Maria Janowska, Kraków 2007, Wydawnictwo Znak.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]