PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Trzynaście miesięcy, z okładem.
IGA KAZIMIERCZYK: A końca nie widać. Wróciły przedszkolaki, nie ma pewności, co z pozostałymi rocznikami. Kiedy myślę o tym okresie, to nasuwa mi się skojarzenie z „Dniem świstaka” i pętlą czasu. Ćwiczymy od ponad roku te lockdowny, powroty, znowu lockdowny. I jesteśmy ciągle w tym samym punkcie.
To niczyja wina.
Nie do końca. Od roku ekscytujemy się pytaniem: „Wracamy czy nie?” i ani razu nie dostaliśmy choćby jednego argumentu, że decyzja rządu jest czymś więcej niż próbą wczucia się w polityczną koniunkturę.
My sami, rodzice i obserwatorzy, też się od ponad roku miotamy: gdy szkoły były otwarte, żądaliśmy ich zamknięcia. Gdy są zamknięte, chcemy otwarcia.
Może tego miotania byłoby mniej, gdyby przez ponad rok epidemii władza wypracowała jasne kryteria, kiedy placówki pracują stacjonarnie, a kiedy przechodzą w tryb zdalny bądź hybrydowy. Rządzi przypadkowość – kilka tygodni temu minister Niedzielski ogłaszał ograniczenie pracy placówek przedszkolnych. To był czwartek, nowe przepisy miały wejść w życie od poniedziałku – na dokumenty w tej sprawie my, prowadzący przedszkola, musieliśmy czekać do piątkowego wieczora.
Ten system w miarę sprawnie działa tylko na konferencjach prasowych i podczas wywiadów udzielanych chętnie przez ministra Przemysława Czarnka.
Polskie dzieci są w pierwszej piątce europejskiego rankingu, który pokazuje sumę dni spędzonych w domu w ramach zdalnej szkoły. Z czego to wynika?
Gdyby szukać choćby zalążka strategii działania, byłaby ona kolażem dwóch słynnych zdań – wypowiadanej przez poprzedniego ministra, Dariusza Piontkowskiego, sentencji „Mury nie zarażają, przeważająca większość szkół pracuje normalnie”, a także ulubionej frazy obecnego szefa resortu edukacji i nauki: „W miarę możliwości będziemy wracać do szkół”…
A odpowiadając nieco poważniej: gdy nie ma strategii, wygodniej zamknąć szkoły. Jakaś tam edukacja zdalna się toczy, można to wrzucić w Excela – wygląda nieźle.
Obecny minister twierdzi, że strategia jest. A nawet plany B. Na przykład pracy hybrydowej, jako „jednej z opcji na stole”.
Już we wrześniu ubiegłego roku nauczyciele i dyrektorzy prosili, by ruszyć z nauką hybrydową. Także ze względu na przeludnienie szkół, pokłosie reformy PiS. Tyle że ani wtedy, ani dziś nie byliśmy gotowi na wdrożenie wydajnej edukacji w tym trybie. Jasne, można to wszystko wykoślawić i udawać, że edukacja hybrydowa to połowa klasy siedząca w ławkach, a pozostała połowa słuchająca w domu transmisji z lekcji. Tylko że nie o to chodzi!
A o co chodzi?
O edukację. O to, że nauczyciel reaguje na zachowania uczniów. Rozmawia z nimi, obserwuje. Nauczyciel jednak się nie rozdwoi. Ministerstwo już dawno powinno pomyśleć o dodatkowej kadrze. Tak, by przynajmniej na niektórych lekcjach poza głównym nauczycielem był też wspomagający, animujący pracę zdalną z tymi, którzy siedzą w domu.
Bez tego szykujemy się do kolejnej wersji fikcji – fikcji hybrydowej.
Podwoić kadrę z dnia na dzień nie jesteśmy w stanie.
Nie mamy na to ani czasu, ani pieniędzy. A nie mamy, bo nie pomyśleliśmy o tym wcześniej. Tak jak nie pomyśleliśmy o innej bardzo ważnej sprawie: okrojeniu wymagań szkolnych tak, by ich realizacja nie była kompletną fikcją. Podstawy programowe zawierały zbyt dużo wymagań także przed epidemią – teraz to przeładowanie jest dramatyczne. Nic z tym nie zrobiono, a teraz możemy już powiedzieć: rok został przespany.
Zastanówmy się, do czego wróciły bądź wrócą – o ile wkrótce wrócą – poszczególne roczniki.
Przedszkolaki straciły najmniej, bo jednak ich placówki w dużej mierze pracowały. Ponadto na tym etapie podstawa programowa – a więc to, co nauczyciel musi przerobić z uczniami – jest z jednej strony elastyczna, z drugiej nie tak wymagająca jak na późniejszych etapach, z trzeciej sprzyjająca pracy twórczej, projektowej. Nie będzie więc trzeba niczego rozpaczliwie nadrabiać.
Co będą musieli mieć z tyłu głowy nauczyciele, którzy od września dostaną w pierwszych klasach dzieci przez półtora roku mające rwaną edukację przedszkolną?
Że trzeba jeszcze więcej uwagi poświęcić na rozwój społeczny i rówieśnicze funkcjonowanie. To naprawdę ważne – dzieci do prawidłowego rozwoju potrzebują stałości, poczucia bezpieczeństwa.
A mają za sobą półtora roku szkoły niestałości.
Z rzeczywistością zmieniającą się co tydzień, z rodzicami, którzy niby ciągle są, ale też w jakimś sensie ciągle ich nie ma – nie wiadomo, czy mają dom w pracy, czy pracę w domu. Z sytuacją, w której z dnia na dzień może przyjść informacja, że już do przedszkola nie chodzimy, albo że znowu chodzimy.
Pierwsze trzy klasy podstawówek – też nie ma problemu?
Jest. I to znaczący. Klasa pierwsza będzie w przyszłym roku znowu klasą pierwszą.
Aż tak?
Niestety. Poczucie siedmioletniego dziecka, że czegoś się nauczyło, że z czymś ma większy problem, że konflikt czy kłótnia z kolegą się zdarzają – tych wszystkich rzeczy dziecko uczy się w szkole, a przez ostatnie kilka miesięcy tej szkoły było niewiele.
Pół biedy zresztą obecna pierwsza klasa – nauczyciel będzie musiał przez dwa lata zrobić tyle, co do tej pory w trzy, ale przynajmniej perspektywa końca tego etapu edukacji będzie na tyle odległa, że pierwsze tygodnie można poświęcić na w miarę płynne i spokojne wejście w szkolną rzeczywistość.
Gorzej klasy drugie i trzecie?
Gorzej. Proszę zwrócić uwagę, że obecni drugoklasiści nie mieli w zasadzie okazji poznać szkoły. Po kilku miesiącach klasy pierwszej zaczął się lockdown, trwający w zasadzie do końca roku szkolnego. Klasa druga też, jak do tej pory, rwana… A jest to dziecko ośmioletnie, też potrzebujące stabilności, rytuału. Zaraz czeka ich trzecia klasa, a potem rewolucja, bo w polskim systemie w czwartej klasie zaczyna się w zasadzie coś na kształt akademickiego drylu. Z ocenami i stresem jako nieodłącznymi elementami. Nie ma przebacz: pod koniec trzeciej klasy uczeń ma mieć pewien zestaw umiejętności, by rozpocząć edukację na etapie kolejnym.
Polska szkoła stanie się własną karykaturą? Była wcześniej fabryką stresu – teraz będzie nią jeszcze bardziej?
Co więcej, nasili się też inne zjawisko – szkół dwóch prędkości. Jedna to ta z uczniami bez możliwości sprzętowych i bez zaangażowanych w edukację rodziców. Druga będzie wyposażona w komputery, a świadomi rodzice wyłożą pieniądze na korepetycje.
To zjawisko będzie najbardziej widoczne w klasach od szóstych do ósmych: przemysł korepetycji utuczy się zapewne na portfelach rodziców zdesperowanych uczniów mających zdawać egzamin ósmoklasisty.
Owszem, ale to zjawisko dotyczy już trzeciej klasy – na forach rodzicielskich na porządku dziennym jest poszukiwanie korepetytorów na tym właśnie etapie edukacji! I trudno się dziwić: w obecnej sytuacji nauczyciele nie są po prostu w stanie przygotować dzieci do wspomnianego przeskoku – z klasy trzeciej do czwartej. Obecny trzecioklasista dostanie od września pana od wuefu, panią od polskiego, matematyki, a ledwo będzie miał okazję, by usłyszeć, na czym ta zmiana polega.
SZKOŁA WOBEC EPIDEMII – CZYTAJ WIĘCEJ W SERWISIE SPECJALNYM >>>
Fatalnie mają też obecni czwartoklasiści. Dopiero co wyszli z nauczania jeden-trzy, które jednak jest oazą bezpieczeństwa. A tego nowego etapu nauczania nie mieli okazji poznać. Niewiele lepiej mają uczniowie klas piątych: niemal cały początek tej fazy nauki został zaburzony.
Klasa szósta, siódma – roczniki szczególne. Wielu poszło do szkoły w wieku sześciu lat. Wszystkich pandemia zastała w wieku dojrzewania.
W dodatku będą prawdopodobnie zdawali trudniejszy egzamin ósmoklasisty i trudniejszą maturę. Przy tej skali stresu z jednej strony, i braku pomocy psychologiczno-pedagogicznej z drugiej, nawet nie chcę sobie wyobrażać, co stanie się z wieloma przedstawicielami tych roczników.
Tych i nieco starszych, bo dla uczniów liceów też środowisko rówieśnicze, którego zostali pozbawieni, jest sprawą kluczową. Tymczasem teraz, po ewentualnym powrocie, nie będą mieli wcale czasu na miękkie lądowanie.
Bo zacznie się przedmaturalna galopada. Mówi Pani o różnych problemach kilku roczników. Ale jest jeden refren: szalone tempo, jakby nic się nie stało.
I brak pomysłu na systemowe wsparcie psychologiczne. Także dla nauczycieli, którzy wedle wyników badań wychodzą z tej epidemii w stanie silnego kryzysu.
Minister mówi o pilotażowym programie wsparcia.
Czyli o tych 10 tysiącach szkoleń, a także 100 tysiącach wsparcia psychologiczno-pedagogicznego. Dla 4,6 miliona uczniów.
Po godzinie dla co pięćdziesiątego dziecka.
Mniej więcej. Mają też być badania przeprowadzane przez dwie uczelnie: Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego oraz Wyższą Szkołę Ekonomii i Innowacji w Lublinie. Jakie było kryterium wyboru uczelni? Jaki jest ich dorobek w dziedzinie psychologii? Czy rzeczywiście potrzebujemy badań, skoro z innych naukowych diagnoz znamy skalę i specyfikę problemów psychicznych młodych ludzi?
Widzi Pani po tych 13 miesiącach coś po stronie zysków?
Zobaczyliśmy, że edukacja jest potrzebna. Że szkoła to nie tylko „przechowalnia na dzieci”. Że ważne są relacje. Przez lata rodzice byli petentami, teraz może staną się partnerami. Czym to zaowocuje, zobaczymy. Może większym odsetkiem decyzji o wysłaniu albo przeniesieniu dziecka do szkoły prywatnej, społecznej, demokratycznej?
Co by Pani powiedziała rodzicom w trudnych czasach?
Że szkoła to nie tylko „wiedza”, egzaminy, świadectwa. To też relacje, przestrzeń bezpieczeństwa, nauki życia: świadomości siebie, porażek, sukcesów. Więc nie nakręcajmy dodatkowo tej spirali nadganiania straconego czasu. ©℗

DR IGA KAZIMIERCZYK jest pedagożką, nauczycielką, prezeską fundacji Przestrzeń dla Edukacji, pracuje z dziećmi do lat trzech i ze studentami.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















