Naszemu wiecznie udręczonemu narodowi należy się czasem odrobina wytchnienia

Nie lubię pisać o polityce, robią to znacznie lepiej inni, ale nie mogę pominąć udręki, jaką odczuwa wielu z nas w zderzeniu z tym światem.
Czyta się kilka minut
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara
Wojciech Bonowicz // Fot. Grażyna Makara

Chwila jest historyczna. Wczorajsza też była historyczna i jutrzejsza także zapewne będzie. W zasadzie współczesność składa się wyłącznie z chwil historycznych, to znaczy takich, w których decyduje się nasza wspólna przyszłość. Odkąd wszystko przyspieszyło, nie ma momentów przerwy, pustych przebiegów, okresów cieszenia się tym, co jest. Tego, co jest, bowiem za chwilę może nie być. Kiedyś dawniej też oczywiście mogło tego nie być, ale świadomość zagrożeń była mniejsza, a zmiany powolniejsze. Pod koniec stulecia żyło się mniej więcej podobnie jak na jego początku. Rytm życia zmieniał się nieznacznie, nie naruszały go ani wojny, ani naturalne katastrofy. To nie znaczy, że nie było strachu, niepewności, okresów wzburzenia, a nawet zbiorowej paniki. Ale świadomość, że stajemy przed zbiorowym „być albo nie być”, zjawiała się rzadko.

Taki świat jest dziś trudny do wyobrażenia. Kto urodził się sto lat temu, był świadkiem tylu gwałtownych i zasadniczych zwrotów, że mógłby powiedzieć, iż przeżył pięć czy sześć epok. Mówię naturalnie o naszej części świata, choć z perspektywy innych też może to wyglądać podobnie. Są jeszcze na tym świecie społeczności, które nie doświadczyły tak bardzo skutków technologicznego czy ekonomicznego przyspieszenia, ale jest ich doprawdy niewiele. Globalizacja to przebudzenie ze snu, wytrącenie z błogiej nieświadomości. I jednocześnie wtrącenie w popłoch i winę.

Chwila jest historyczna, ale nie wiadomo, ilu z nas to obchodzi. Słucham naszej klasy politycznej i jeśli jest ona naszą reprezentacją, to biada naszemu – jak powiada Antek Dudek – wiecznie udręczonemu narodowi. Ja tu o polityce nie lubię pisać, robią to znacznie lepiej inni, ale nie mogę pominąć udręki, jaką odczuwa wielu z nas w zderzeniu z tym światem.

Język głównej partii opozycyjnej, jej liderów i (nielicznych) liderek, jest językiem zupełnego odklejenia od rzeczywistości. Jeśli prawdą jest, że tertio ewentualnych kandydatów do walki o prezydenturę jest takie, a nie inne (nie chce mi się nawet wymieniać tych nazwisk), to znaczy, że opozycja nadal zamierza budować dla swoich zwolenniczek i zwolenników świat, który nie istnieje. Owszem, można doskonale się urządzić i odnosić wymierne korzyści z opowiadania o nim, zwłaszcza jeśli odzyskałoby się władzę, ale tego świata po prostu nie ma – nie ma takiego społeczeństwa, takiej Polski, takiej Europy, takiej Ameryki, takiej ekonomii, takich migrantów, takiego klimatu, takiej religii i takiej historii. Zwłaszcza tej ostatniej nie ma, choć stanowi istotną część owej opowieści.

Niestety, kiedy zapytamy, jak się ma do rzeczywistości opowieść, którą snują rządzący, też nie raz i nie dwa musimy złapać się za głowę. Jeden z geniuszów tej strony sceny politycznej wyznał niedawno, że rząd „złodziei” zastąpiony został przez rząd „leni”. Aha, to taką mamy alternatywę? Nie, to tylko opowieść, niestety nie taka niewinna, jak by się owemu geniuszowi wydawało. Może zresztą w tym akurat punkcie opowieść dotknęła rzeczywistości – ale ja nie o tym. Chciałbym bardzo raz wreszcie uwierzyć, że ci, którzy akurat rządzą, rozwiązują „rzeczywiste problemy milionów Polek i Polaków” (ulubione sformułowanie wszystkich aspirujących do władzy). Że mają w miarę aktualną wiedzę o tym, co jest, a co nie jest „rzeczywistym problemem”, i wizję, której istotnym elementem jest hierarchia ważności spraw i hierarchia wartości, których należy bronić. Że kiedy zasiadają za ministerialnym biurkiem czy w poselskiej ławie, to te hierarchie nie zostają odłożone na bok, lecz wpływają na ich decyzje. I że nie chodzi tylko o najbliższe wybory.

Ja wiem, że wizje mogą być różne. To dlatego obok rządu jest parlament, gdzie różne wizje powinny się ścierać – choć na ogół ścierają się popisy retoryczne, a nie wizje. Człowiek czeka na głos rozsądku, na – owszem – efektowną, ale jednocześnie racjonalną argumentację, i doczekać się nie może. A jeszcze obudowa medialna jest na ogół taka, że eksponuje nie to, co racjonalne, ale to, co retoryczne. W rezultacie mamy to, co mamy: w dniach, kiedy cały kraj gotuje się w upale, zbierane są podpisy przeciwko polityce, która mogłaby spowolnić dalsze ocieplanie się klimatu. Itp.

Chwila jest historyczna. Znowu trzeba pisać rzeczy oczywiste, którymi nikt się nie przejmie. To znaczy – wielu pewnie się przejmie, ale akurat nie te i nie ci, którzy przejąć się powinni. Mimo to uważam, że wszyscy powinniśmy pukać do ich głów. I nie, nie tylko dlatego, że tę robotę, którą mają do wykonania, wykonują za nasze pieniądze. Ani nie dlatego nawet, że zbyt wiele mamy do stracenia. Przede wszystkim – naszemu wiecznie udręczonemu narodowi też należy się czasem odrobina wytchnienia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Kilka uwag o rzeczywistości