Reklama

Naprzód, ku zapomnieniu

Naprzód, ku zapomnieniu

29.01.2010
Czyta się kilka minut
Uratowali się, przetrwali 20 lat, a dziś coraz częściej myślą o powrocie do władzy. Co się stało z ideologicznymi spadkobiercami Ericha Honeckera?
C

Co roku Berlin ogląda ten sam przedziwny rytuał. Co roku w drugą niedzielę stycznia ulicami maszeruje szczególny pochód: starzy komuniści, nostalgicznie wspominający kraj, który zniknął 20 lat temu, ramię w ramię z młodymi karierowiczami. Kierunek: Zentralfriedhof Friedrichsfelde; stary cmentarz, głęboko we wschodniej części miasta. Pielgrzymują, by złożyć hołd przed kamieniem nagrobnym z napisem "Umarli napominają żywych", poświęconym dwojgu założycielom Komunistycznej Partii Niemiec, zamordowanym w 1919 r.: Karlowi Liebknechtowi i Róży Luksemburg.

Gdy istniała komunistyczna NRD, w drugą niedzielę stycznia maszerowały tak setki tysięcy - dobrowolnie albo i nie - dając posłuch wezwaniu partii: "Auf zu Karl und Rosa!" (Do Karla i Róży, marsz!). Szli też w tym roku, choć w skromniejszej liczbie może trzech tysięcy. Gdy partia wzywa, starzy towarzysze nie obawiają się śniegu i mrozu. Rozdają czerwone goździki. Grają orkiestry, pobrzmiewają stare pieśni.

Partia nazywa się dziś "Die Linke". Partia Lewicy. Albo: ta Lewica, jedyna prawdziwa lewica w Niemczech, jak sugeruje rodzajnik "die", typowy dla języka niemieckiego; trudno przekładalna gra słów. Partia Lewicy: rezultat kolejnych politycznych mutacji - od komunistycznej SED (Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec, której nazwę w PRL tłumaczono nieprawidłowo na: Niemiecka Socjalistyczna Partia Jedności, obawiając się chyba, z jakim odbiorem wśród Polaków może spotkać się "jedność Niemiec" w nazwie "bratniej" partii). Potem, po 1989 r., był etap PDS, Partii Demokratycznego Socjalizmu, istniejącej realnie tylko w byłej NRD. I wreszcie Partia Lewicy: ogólnokrajowe już zbiorowisko, powstałe z połączenia PDS z różnymi środowiskami z Niemiec Zachodnich, które ciągle zdają się wierzyć w socjalizm. Jesienią 2009 r. Partia Lewicy uzyskała w całym kraju swój najlepszy wynik wyborczy: 12,2 proc. głosów; wprowadziła do Bundestagu 76 posłów.

Operacja "Przetrwanie"

Rządy SED nad wschodnioniemieckim społeczeństwem, trwające niemal dokładnie 40 lat, załamały się wraz z upadkiem muru berlińskiego. Gdyby stało się to, czego 20 lat temu domagały się setki tysięcy, miliony demonstrantów, SED zniknęłaby z powierzchni ziemi, w hańbie i wstydzie. Ale tak się nie stało. Wprawdzie stare kierownictwo musiało odejść, a część tego grona trafiła na ławę oskarżonych, a potem, przynajmniej niektórzy, do więzienia (głównie za rozkaz, na mocy którego do ludzi uciekających z NRD strzelano tak, by zabić). Sam Erich Honecker, wieloletni szef SED, został oskarżony; gdy jednak okazało się, że ma raka, decyzją polityczną pozwolono mu wyemigrować do rodziny w Chile, gdzie zmarł.

Ale jego stara-nowa partia przetrwała upadek NRD i społeczno-polityczne wstrząsy w zjednoczonych już Niemczech - na pozór, jakby cudem. "Fakt, że SED po jej upadku nie została zakazana bądź rozwiązana - jak NSDAP w 1945 r. czy KPZR w 1991 r. - ciągle jeszcze, choć minęło tyle czasu, musi budzić zdumienie" - pisze historyk Hubertus Knabe w książce "Honeckers Erben" [Spadkobiercy Honeckera].

Uratowali ją ludzie z drugiego szeregu dawnej SED. Tacy, jak obrotny adwokat Gregor Gysi, przez zawiadujący aktami tajnej policji Urząd Gaucka/Birthler uznany za konfidenta Stasi. Albo szef SED w Dreźnie i premier NRD na przełomie 1989 i 1990 r. Hans Modrow, którego 20 lat temu uważano naiwnie za partyjnego "liberała" (po zjednoczeniu Modrow zostanie skazany za fałszowanie wyborów komunalnych wiosną 1989). Albo prezentujący się jako jowialny naukowiec Lothar Bisky. Oni organizowali "Operację Przetrwanie", demagogicznym sprytem i znajomością technik władzy zapewniając starej-nowej partii przejście z dyktatury do demokracji.

Majątek, towarzysze!

Pierwsza próba dostosowania się do nowych okoliczności miała miejsce już w miesiąc po upadku muru: 8 grudnia 1989 r. w hali sportowej berlińskiego klubu Dynamo spotkało się 2700 delegatów. Wielu przedstawicieli "terenu" domagało się rozwiązania partii. Spotkali się z kontrakcją funkcjonariuszy. "Nie pozwólcie partii się rozlecieć, nie pozwólcie jej utonąć. Oczyśćcie ją i wzmocnijcie" - apelował Modrow patetycznie. A cwany prawnik Gysi, za kulisami namaszczony już na przyszłego przewodniczącego, malował w czarnych barwach zagrożenia, jakie niesie rozwiązanie SED i zakładanie nowej partii. Przecież na bruk trafi 44 tys. (sic!) etatowych funkcjonariuszy aparatu - argumentował, zaznaczając mimochodem, że w razie tworzenia partii od zera powstanie problem z zachowaniem potężnego majątku SED.

Dyskusja trwała całą noc, aż w końcu zdecydowana większość zagłosowała za trwaniem partii; liderem został Gysi. Tydzień później zjazd zebrał się raz jeszcze i podjął decyzję, by starą nazwę uzupełnić o nowy człon. Tak powstała SED-PDS: Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec - Partia Demokratycznego Socjalizmu. Na koniec towarzysze zaśpiewali tradycyjną niemiecką pieśń robotniczą: "Vorwärts und nicht vergessen". "Maszerujmy naprzód, nie zapominając o przeszłości". Czy zgrzytnęło im w ustach słówko "nie"? Bo linia partii brzmiała odtąd: maszerujmy naprzód, zapominając o przeszłości. Zaczynało się fałszowanie historii w wielkim stylu. Fakt, czym była niedawno SED, znikał z przemówień i świadomości członków SED-PDS.

Stopniowo zniknął także pierwszy człon nazwy - nie tylko ze świadomości działaczy, ale także opinii publicznej wschodnich landów. Pozostała PDS: rodzaj wschodnioniemieckiej partii regionalnej. Jako taka znalazła się w Bundestagu. Ratując także część majątku, zagarniętego przed 1989 r. przez SED. Ratowanie nie zawsze dokonywało się metodami legalnymi. Ile miliardów wyciekło dziwnymi "kanałami", tego nie udało się nigdy ustalić. W każdym razie spadkobierczyni SED uchodzi dziś za partię majętną, w przeciwieństwie do innych formacji.

Finansowano więc nie tylko kampanie wyborcze, ale też szereg instytucji dających zatrudnienie starym-nowym kadrom. Np. Fundacja Róży Luksemburg - wzorująca się na fundacjach zbliżonych do CDU, SPD, FDP, CSU i Zielonych - próbuje prezentować się jako poważna instytucja naukowo-intelektualna. W istocie wielu jej "naukowych" pracowników zdobywało szlify w Partyjnej Szkole Wyższej im. Karola Marksa przy Komitecie Centralnym SED. Z majątku partyjnego utrzymywana jest też tzw. Platforma Komunistyczna, niemal stalinowska "organizacja pozioma" (lider Platformy, elokwentna Sarah Wagenknecht, zdobi dziś frakcję Lewicy w Bundestagu). Subwencje utrzymują przy życiu prasowe organy, "Neues Deutschland" i "Junge Welt", które nawet nie zmieniły nazw, a dziś prezentują się jako media radykalno-lewicowe.

Druga szansa socjalizmu

Dwa lata temu wschodnioniemiecka PDS połączyła się z nowo powstałą zachodnioniemiecką WASG (Inicjatywa Wyborcza na rzecz Pracy i Sprawiedliwości Społecznej). Pod nazwą Partia Lewicy, stara-nowa formacja zakorzeniła się nareszcie także w zachodnich landach. Były przewodniczący SPD Oskar Lafontaine (opuścił socjaldemokrację po konflikcie z ówczesnym kanclerzem Gerhardem Schröderem) stał się ikoną ogólnoniemieckich "socjalistów" - jak teraz chcieliby być nazywani. Obok niego partii przewodzą Gysi i Bisky, dawni ludzie SED.

Rozszerzenie partii na Zachód wymagało paru retuszy. Zdystansowano się więc od budowy muru berlińskiego, a także od stalinizmu; w programie Lewicy czytamy teraz: "Nieodwołalne zerwanie ze stalinizmem jako systemem należy do fundamentów Partii Lewicy". Ciekawsze jest chyba jednak to, czego w programie nie ma. "A nie ma w nim ani zdystansowania się od marksizmu i leninizmu, ani też wyraźnej akceptacji dla demokracji parlamentarnej typu zachodniego" - uważa historyk prof. Manfred Wilke. W istocie partia nie zerwała z teoretycznymi filarami NRD, z tzw. realnym socjalizmem, argumentuje Wilke, krytykuje jedynie praktyczną realizację tego "eksperymentu na ludziach", próbując zarazem twierdzić, że sama teoria była słuszna. Inaczej mówiąc: celem Partii Lewicy zdaje się być danie socjalizmowi drugiej szansy.

Zmarły w minionym roku socjolog Ralf Dahrendorf prorokował już w 1990 r., że musi minąć 60 lat, zanim w byłej NRD uformuje się społeczeństwo obywatelskie. Punktem wyjścia do tej konstatacji był wynik dodawania: czas trwania na tym obszarze najpierw dyktatury brunatnej i potem czerwonej, pesymistycznie zaokrąglony w górę. Z tym tylko, że w obecnych wschodnich landach ta druga pozostawiła głębsze ślady: pod jej rządami żyć musiały trzy pokolenia.

Represyjny charakter swych rządów przed 1989 r. komuniści z NRD próbowali ukryć za hasłami antyfaszyzmu, pokoju i sprawiedliwości - z niemałym sukcesem, także u niektórych Niemców z Zachodu. Relatywnie silna frakcja Partii Lewicy w Bundestagu jest dziś tego dowodem. Podobnie jak fakt, że spadkobiercy Honeckera dziś coraz częściej myślą o powrocie do władzy w Berlinie: gdyby koalicja Angeli Merkel poniosła klęskę, opozycyjnym dziś socjaldemokratom i Zielonym raczej nie uda się stworzyć we dwójkę rządu: do większości zabraknie im głosów, będą potrzebować Partii Lewicy. Jeśli tak się stanie, będzie to największy pośmiertny triumf Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Przełożył WP

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]