Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Najważniejszy po Chopinie

Najważniejszy po Chopinie

21.01.2013
Czyta się kilka minut
W oczach krytyki i odbiorców na świecie, Lutosławski przez lata był polskim kompozytorem numer jeden. Za nim plasowali się o dekadę młodsi – Krzysztof Penderecki i Henryk Mikołaj Górecki.
Witold Lutosławski podczas odbierania Kyoto Prize w dziedzinie sztuki. Kyoto, 1993 r. Fot. (Dzięki uprzejmości PWM)
W

Witold Lutosławski należy do tych twórców, którzy jeszcze za życia cieszyli się ogromnym uznaniem – i to nie tylko w kraju, ale i poza jego granicami. Świadczą o tym zarówno wykonania jego utworów na całym niemal świecie, jak również liczba zamówień, nagród i zaszczytów, którymi go obsypywano. Dość wymienić 18 tytułów doktora honoris causa najważniejszych uczel­ni polskich i zagranicznych (w tym Uniwersytetu Cambridge), szereg ty­tu­łów członkowskich różnych akademii sztuk oraz długą listę międzynarodowych nagród, na czele z „muzycznym Noblem”, czyli Polar Music Prize, przyznaną mu w Sztokholmie w roku 1992.
Do tego dochodzi zainteresowanie jego twórczością muzykologów i komentatorów. Już rok 1969 przyniósł pierwszą obszerną pracę o kompozytorze: wydane w Sztokholmie rozmowy z nim autorstwa Ove Nordwalla (rychło przetłumaczone na angielski). Pierwsza biografia Lutosławskiego napisana przez Lidię Rappoport ukazała się w 1976 r. w Związku Radzieckim, w tym samym roku własną pracę o Lutosławskim opublikował Bohdan Pociej, rok 1981 zaś przyniósł angielskojęzyczną monografię życia i twórczości Lutosławskiego pióra kompozytora i muzykologa Stevena Stucky’ego – a to tylko pierwsze z szeregu mniej lub bardziej obszernych publikacji. Sam Lutosławski również chętnie wypowiadał się na temat swojej techniki komponowania, często więc wyjeżdżał za granicę z wykładami na ten temat. Działalność ta uzupełniała jego praktykę dyrygencką – począwszy od 1963 r. chętnie przyjmował bowiem zaproszenia do prowadzenia koncertów wypełnionych własną muzyką. Z czasem liczba prowadzonych przez niego koncertów w różnych stronach świata przekraczała 20 rocznie.
Podbój Zachodu
Wielokrotnie nazywany „najważniejszym kompozytorem polskim po Chopinie” i traktowany jako niekwestionowany autorytet nie tylko w polskim środowisku muzycznym, przyjmował spotykające go zaszczyty z właściwą sobie skromnością i dystansem. Swój talent muzyczny traktował jako dar powierzony mu przez Opatrzność – dar, wobec którego czuł powinność stałego rozwoju. Stąd niezwykła wręcz dyscyplina pracy i systematyczność. Język muzyczny Lutosławskiego dojrzewał zresztą dość długo i właściwie dopiero „Koncert na orkiestrę”, wykonany po raz pierwszy w roku 1954, wyniósł go na kompozytorski piedestał. Wysoką pozycję potwierdził cztery lata później „Muzyką żałobną” i od tego czasu pozostał już na pozycji kompozytora numer jeden w polskim życiu muzycznym; tuż za nim plasowali się o dekadę młodsi – Krzysztof Penderecki i Henryk Mikołaj Górecki.
W życiu ich wszystkich, jak i w historii muzyki polskiej XX w. w ogóle, niebagatelną rolę odegrała Warszawska Jesień – międzynarodowy festiwal muzyki współczesnej, powołany do życia na fali odwilży politycznej w roku 1956. To on właśnie stał się swoistym oknem na świat polskich kompozytorów i to dzięki niemu cała grupa polskich twórców – przez zachodnich krytyków nazywana łącznie „polską szkołą kompozytorską” – rychło wyruszyła na podbój muzycznego świata Zachodu, niedostępnego wcześniej dla artystów zza żelaznej kurtyny. Wśród nich znalazł się również Witold Lutosławski.
Do grona ówczesnej awangardy dołączył w roku 1961 wykonanymi na Biennale w Wenecji „Grami weneckimi”, w których po raz pierwszy zastosował wynalezioną przez siebie technikę tzw. aleatoryzmu kontrolowanego, polegającą na pozostawieniu pewnej dowolności wykonawcom w zakresie interpretacji strony rytmicznej utworu. Technika ta szybko stała się nie tylko znakiem rozpoznawczym kolejnych jego partytur, ale wkrótce jej stosowanie przejęli też inni kompozytorzy, nie tylko polscy zresztą. Sukces „Gier weneckich”, do których dwa lata później dołączyły radykalnie nowatorskie brzmieniowo – zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej – „Trzy poematy Henriego Michaux” na chór i orkiestrę, a później także oryginalny pod względem formalnym „Kwartet smyczkowy” (1964), ugruntował pozycję Lutosławskiego w świecie nowej muzyki.
Londyńskie Promsy
Do coraz częstszych wykonań jego utworów na festiwalach nowej muzyki dołączyły też nagrody na Międzynarodowej Trybunie Kompozytorów UNESCO – „Trzy poematy” otrzymały w 1964 r. pierwszą lokatę, wcześniej, w 1962 r. wyróżnienie to spotkało „Gry weneckie”, a w 1959 r. pierwsze miejsce zdobyła „Muzyka żałobna” (ex aequo z „4 Esejami” Tadeusza Bairda) – co zapewniało dobrą dystrybucję jego muzyki w europejskich radiofoniach. Pomagał w tym również fakt, iż od 1962 r. Lutosławski reprezentowany był przez wydawcę zagranicznego: początkowo był to niemiecki Moeck, potem duński Hansen, w końcu zaś londyński Chester.
Z biegiem czasu muzyce Lutosławskiego udało się wyjść z getta festiwali nowej muzyki i dotrzeć do szerszego kręgu odbiorców. Już w roku 1960 jego „Muzyka żałobna” pojawiła się po raz pierwszy w programie londyńskich Proms (w późniejszych latach utwory Lutosławskiego gościły tam wielokrotnie, w tym również pod jego dyrekcją), a kontakt kompozytora z Wielką Brytanią stopniowo przybierał na intensywności – do dziś pozostaje ona krajem niezwykle ciepło przyjmującym jego muzykę. Już po śmierci kompozytora, w roku 1997 to właśnie w Londynie zorganizowany został festiwal Breaking ­Chains, prezentujący bogactwo dorobku polskiego twórcy.
Wejściu muzyki Lutosławskiego w szerszy obieg muzycznego świata sprzyjała jego współpraca ze znakomitymi wykonawcami – od Mścisława Rostropowicza, dla którego powstał „Koncert wiolonczelowy” (1970), przez dyrygentów: Paula Sachera, Georga Soltiego czy Esa-Pekkę Salonena, po Anne-Sophie Mutter („Łańcuch II”, 1985, i „Partita” na skrzypce i orkiestrę, 1988), Krystiana Zimermana („Koncert fortepianowy”, 1988) oraz orkiestry: Chicago Symphony Orchestra, dla której powstała „III Symfonia” (1983), i Los Angeles Philharmonic – adresatkę czwartej i ostatniej symfonii kompozytora (1992). To oni po prawykonaniu zamówionej u Lutosławskiego kompozycji włączali ją do repertuaru i grywali w świecie. Esa-Pekka Salonen nie tylko nagrał na płyty komplet symfonii Lutosławskiego (nie licząc innych jego kompozycji orkiestrowych), ale przygotował wraz z londyńską Philharmonia Orchestra na rok 2013 szereg wydarzeń celebrujących stulecie urodzin kompozytora – 13 marca muzycy zawitają też do Warszawy.
W rzędzie klasyków
Wydaje się, że to właśnie kraje anglosaskie zawsze bardziej sprzyjały muzyce Lutosławskiego, tymczasem okazuje się, że już po śmierci kompozytora więcej wykonań jego muzyki miało miejsce w Niemczech. Również i na ten rok szef Filharmoników Berlińskich, Simon Rattle, któremu muzyka polska zawdzięcza rozpropagowanie twórczości Karola Szymanowskiego, w programie sezonu swej orkiestry umieścił cztery ważne kompozycje Lutosławskiego, zestawiając je zresztą z utworami kompozytorów „żelaznego” repertuaru filharmonicznego: Brahmsa, Schumanna i Dvořáka. Dziś bowiem muzyka Lutosławskiego sama zdaje się do tegoż repertuaru coraz częściej dołączać, stąd utwory niegdyś torujące kompozytorowi drogę do muzycznej awangardy – „Gry weneckie”, „Trzy poematy” czy „II Symfonia” – ustępują w wykonaniach miejsca kompozycjom bardziej dojrzałym – koncertom, dwóm ostatnim symfoniom, „Łańcuchom”. Choć ogromną popularnością cieszą się również wczesne utwory Lutosławskiego, przede wszystkim „Koncert na orkiestrę” i „Muzyka żałobna”.
Muzyka Witolda Lutosławskiego, mimo unowocześnienia języka muzycznego, nie zerwała nigdy radykalnie z tradycją. Krystalicznie czysta w formie, daleka od programowości i znaczona obiektywizmem wyrazu, łącząca przy tym nowatorstwo wypowiedzi z tradycyjnymi zasadami konstrukcji dzieła muzycznego – stawia Witolda Lutosławskiego w rzędzie klasyków muzyki XX w. Klasyków, których utwory wykonuje się na całym świecie. Miejmy nadzieję, że tak już zostanie. 

BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA jest doktorem muzykologii, autorką wielu publikacji na temat polskiej muzyki współczesnej, w tym monografii o Andrzeju Panufniku (2001). Obecnie przygotowuje dla PWM książkę z rozmowami o Henryku Mikołaju Góreckim, a dla angielskiego wydawcy Ashgate pracę o symfonii w muzyce polskiej po 1956 r.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]