Najtrudniej jest nie grać

Ryzykowny koncept, zaskakująco przystępne brzmienie i bezprecedensowo entuzjastyczne recenzje krytyki. Album „Elite Feline” grupy Lotto pokazuje, co się dzieje, gdy doświadczeni improwizatorzy postanawiają nie kombinować.

29.01.2017

Czyta się kilka minut

Lotto: Łukasz Rychlicki, Mike Majkowski i Paweł Szpura, Warszawa, 2016 r. / Fot. Albert Zawada / AGENCJA GAZETA
Lotto: Łukasz Rychlicki, Mike Majkowski i Paweł Szpura, Warszawa, 2016 r. / Fot. Albert Zawada / AGENCJA GAZETA

W ostatniej dekadzie nie było na polskim rynku płyty, która pogodziłaby gusta tak wielu krytyków. Album „Elite Feline” zespołu Lotto wygrał w cuglach w rankingach przeprowadzonych przez „Gazetę Wyborczą” (wzięło w nim udział 40 recenzentów), anglojęzyczny portal Beehy.pe (15 recenzentów), pojawiał się również w czołówkach zestawień jazzowych i wśród rekomendacji zdeklarowanych fanów metalu. Prowadzący popularny blog „Polifonia” Bartek Chaciński co prawda nie ułożył swoich ulubionych płyt w kolejności, ale – co symptomatyczne – jego listę rekomendacji ilustrowała okładka „Elite Feline”. Płyty, jak widać, na wskroś uniwersalnej, a przecież opartej w zasadzie na dwóch akordach. Po jednym na każdy dwudziestominutowy utwór.

Ayler, Smarzowski i Thurston Moore

W zespole Lotto nie ma lidera. Sama idea tej muzyki wyklucza istnienie solisty. Przybliżając historię tej grupy, najlepiej jest jednak zacząć od artysty, który dotychczas pozostawał w cieniu. Cóż, taka dola perkusisty. Zwłaszcza takiego, który dzieli scenę z największymi osobowościami polskiej sceny improwizowanej: Mikołajem Trzaską, Raphaelem Rogińskim czy Wacławem Zimplem.

Bez wszechobecnego Pawła Szpury trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie tego środowiska. Muzycznego tygla, który sposobem działania przypomina trochę „Modę na sukces” – każdy z każdym zakłada tu zespół. Wiele z tych spotkań okazuje się ledwie efemerydami umieszczanymi jedynie w przypisach do oficjalnych biografii. W przypadku Lotto taką podrzędną rolę pełniła Spinalonga – krótko istniejąca grupa, w której Szpura poznał gitarzystę Łukasza Rychlickiego. Zanim Spinalonga zdążyła się rozpaść, perkusista i gitarzysta powołali do życia duet, w którym hołdowali dzikiej energii wielkiego saksofonisty Alberta Aylera. Choć duet wciąż istnieje, był to dla muzyków po prostu jeden z wielu zespołów, o czym przekonuję się, gdy bez powodzenia starają się ustalić, kiedy właściwie rozpoczęli współpracę.

– Graliśmy na starej Chłodnej, więc to mógł być jakiś 2013 r.? – zastanawia się Szpura. – Czekaj, czekaj, już wiem – przerywa mu Rychlicki. – To musiał być 2011, bo wtedy urodziła się moja córka.

W tym samym roku z Sydney do Berlina przeprowadził się Mike Majkowski – kontrabasista o polskich korzeniach. Wcześniej bywał już w Gdańsku, skąd pochodzi jego rodzina.

– Kiedy odwiedzałem babcię, szukałem muzyka, z którym mógłbym trochę pograć – wspomina Majkowski. – Przyjaciel dał mi kontakt do Mikołaja Trzaski, z którym rzeczywiście udało mi się wypić kawę i trochę popróbować. Od samego początku była między nami chemia. Jakiś czas później Mikołaj zadzwonił do mnie z konkretnym pomysłem – mieliśmy zagrać muzykę do filmu „Róża” Wojciecha Smarzowskiego.

Podczas prób w wynajętym przez Trzaskę domu na Kaszubach Majkowski poznał Szpurę. Muzycy przypadli sobie do gustu i już na OFF Festivalu – gdzie premierowo zabrzmiał soundtrack z „Róży” – postanowili, a jakżeby inaczej, założyć zespół.

– Po prostu chcieliśmy razem pograć – tłumaczy Szpura. – Zaproponowałem coś w rodzaju tria z pianistą, ale chwilę później wylądowaliśmy na koncercie Thurstona Moore’a. Powiedziałem, że mam znajomego gitarzystę, który fajnie gra. Mike od razu to podchwycił.

Pokusy kreatywności

Jak widać, skład zespołu kształtował się latami, jednak później wydarzenia mocno przyspieszyły. Debiutancki album „Ask the dust” powstał w charakterystycznym dla improwizatorów ekspresowym tempie.

– Poznałem Mike’a dwie godziny przed rozpoczęciem naszego pierwszego koncertu – przyznaje Rychlicki. – Kompletnie nie wiedzieliśmy, co będziemy grać. I to uczucie wciąż towarzyszy nam czasem przed wejściem na scenę.

W studio muzycy wymieniali się konkretnymi pomysłami, jednak znaczna część zarejestrowanego na płycie materiału to nagrania wycięte z długich improwizacji. Słychać to w muzyce zespołu: spontanicznej, nieokrzesanej, dzikiej. Momentami właściwie niedalekiej od bezkompromisowych improwizacji Aylera – z tym że rolę saksofonu pełni tu elektryczna gitara. Co ciekawe, już na tym etapie muzycy mówili o znudzeniu muzyczną abstrakcją, czego wyrazem był hipnotyzujący, jednostajny utwór „Gremlin-Prone”. Nie sposób było jednak przypuszczać, że w tak krótkim czasie Lotto całkowicie porzuci nie tylko abstrakcję, ale też całą swoją dzikość na rzecz konsekwencji i morderczej wręcz dyscypliny.

A tak się właśnie stało. Wydane w ubiegłym roku „Elite Feline” składa się z dwóch 20-minutowych utworów. Obie kompozycje bazują na jednym powtarzanym w nieskończoność akordzie. Ospałemu motywowi na kontrabasie wtóruje bardziej skomplikowana figura rytmiczna perkusji. Gitara nieustająco wchodzi w rezonans z instrumentem Majkowskiego, co rusz znikając z radarów. Z hipnotyzującego cyklu wytrącają detale – producenckie szczególiki na dalszym planie, dodatkowe uderzenie w talerz, dźwięk stroika, incydentalny jęk instrumentu Rychlickiego.

Drugi album Lotto jest więc pochwałą uważnego słuchania i w tym zakresie niegłupie wydają się porównania do statycznych struktur muzycznych XX-wiecznych minimalistów. Tutaj też mamy do czynienia z pewną stałą, z dźwiękową rzeźbą, której pełne doświadczenie wymaga od odbiorcy wyjątkowej koncentracji. „Elite Feline” nie jest jednak – by posłużyć się określeniem wielkiego minimalisty Steve’a Reicha – „muzyką w procesie”. Twórczość Lotto nie zmierza od punktu A do punktu B. Nie jest tą zrytmizowaną maszyną, która niepostrzeżenie, ale jednak konsekwentnie permutuje lub też przemierza określoną drogę.

Przeciwnie, największym wyzwaniem, jakie stawiają przed sobą muzycy trio, jest trzymanie się jednego dźwięku, nieuleganie pokusom kreatywności, trwanie w miejscu.

Tony ukryte

Takie niegranie okazało się nie lada wyczynem.

– Ten pomysł narodził się na próbach – wspomina Rychlicki. – Kiedy podczas improwizacji łapaliśmy jakiś fajny motyw, zawsze mieliśmy poczucie, że za krótko go trzymamy. Wszyscy słyszeliśmy, że gramy coś dobrego, ale pokusa zmiany była zbyt wielka.

Wymyśliliśmy więc sobie ćwiczenie polegające na tym, żeby trzymać jeden motyw, jak najdłużej potrafimy.

Choć cały plan brzmi może nieco absurdalnie, jego wprowadzenie okazało się trudne do zrealizowania. Aby osiągnąć zamierzony efekt, muzycy w centralnym miejscu sali prób postawili wielki zegar, który pokazywał im, jak długo opierają się pokusie.

– Dla mnie to było przede wszystkim wymagające mentalnie – przyznaje Szpura. – Sporo grywałem w zespołach free jazzowych i tam ciągle się coś dzieje, ciągle się coś zmienia. Tak długie trzymanie jednego motywu wymagało wielu ćwiczeń. Musiałem się przestawić i dalej nad tym pracuję.

Operowanie na jednym akordzie było szczególnie wymagające dla Rychlickiego i Majkowskiego, których instrumenty grają bardzo blisko.

– Kiedy szukaliśmy odpowiedniego dźwięku, w pewnym momencie usłyszeliśmy, jak nasze instrumenty zaczynają współbrzmieć – mówi gitarzysta. – Dało się odczuć charakterystyczną wibrację. Graliśmy i czuliśmy, jak wszystko rezonuje. Zrobiło się przyjemnie. Od razu wiedzieliśmy, że to jest to.

– Gdy muzyka zwalnia i niewiele się dzieje, możesz usłyszeć dźwięki, które w innym przypadku nie zwracają twojej uwagi – tłumaczy Majkowski. – Nowe, nieznane elementy mają wreszcie szansę przemówić. I wtedy zauważysz, że tak naprawdę dzieje się bardzo dużo.

Filozofia gry

Rychlicki twierdzi, że właśnie ta głębia najlepiej oddaje charakter „Elite Feline”. Dlatego jako główną inspirację podaje nie minimalizm, a jamajski dub z jego wieloplanowością oraz zatracaniem się w pojedynczym rytmie. Recenzenci nie podchwycili jednak tego wątku. Muzyków to nie dziwi, bo w Polsce dub nigdy nie cieszył się popularnością.

Rychlicki, Szpura i Majkowski cieszą się z uznania krytyki, ale na alternatywnej scenie działają zbyt długo, by mieć złudzenia co do praktycznego wymiaru tych pochwał. Z drugiej strony emisja fragmentów dwudziestominutowych kompozycji na antenie Trójki i pojawiające się ostatnio zaproszenia do domów kultury były dla nich pewnym zaskoczeniem.

– Nie przykładamy aż tak dużego znaczenia do rankingów. Być może pozwalają one zaistnieć zespołowi, jednak na dłuższą metę niewiele to zmienia – mówi Rychlicki.

– Myślę, że w naszym przypadku cały ten szum niewiele zmieni – wtóruje mu Szpura. – W przypadku Lotto żelazna konsekwencja nie jest jedynie zabiegiem stylistycznym, jest filozofią. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz i krytyk muzyczny, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książki „The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side” (2018 r.).

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2017