Lars Saabye Christensen, najchętniej czytany na świecie Norweg

Lars Saabye Christensen stworzył opowieści, w których Norwedzy nie tylko chętnie się przeglądają, ale również chcą być widziani na zewnątrz. Paradoks, który jest możliwy wyłącznie w przypadku Skandynawów.
Czyta się kilka minut
Lars Saabye Christensen. Oslo, grudzień 2008 r. // Fot. Nejad Arash A / TT newsagency / Forum
Lars Saabye Christensen. Oslo, grudzień 2008 r. // Fot. Nejad Arash A / TT newsagency / Forum

Uczestnicy spotkań literackich i czytelnicy wywiadów z pisarzami doskonale to wiedzą: prozaicy wzdychają w stronę poezji (nie przychodzi mi do głowy żaden przykład sytuacji odwrotnej). Tęsknią, bo jawi im się ona nie tylko wzniośle, jako najszlachetniejsza odmiana literackiego rzemiosła, ale również przyziemnie, jako materia mniej żmudna w obróbce. 

O ile zazwyczaj w takich przypadkach mamy do czynienia z formą kokieterii, o tyle najchętniej czytany dziś na świecie Norweg (tak, chętniej od Karla Ove Knausgårda), Lars Saabye Christensen, faktycznie swoją przygodę z pisaniem zaczynał od poezji – w 1976 r. tomikiem „Historien om Gly”. Później wydał jeszcze kilka innych tomików oraz dramatów, scenariuszy filmowych i tekstów piosenek. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że wie, na czym polega różnica między poetyckim a prozatorskim użyciem słowa – a raczej, w jego przypadku, że granica między nimi jest umowna. A być może wcale jej nie ma.

W „Mojej chińskiej babci” (2020) Christensen przytacza fragmenty swojej biografii, bez wątpienia dobrze znanej (w swoich literackich wariantach) czytelnikom jego powieści. Pisze między innymi o tym, jak w młodości dorabiał jako chłopiec na posyłki, przemierzając bez ustanku ulice Oslo na rowerze. „Uświadamiam sobie, że wszystkie te prace (…) polegają na jednym i tym samym, mianowicie na podnoszeniu, dźwiganiu i dostarczaniu. I kontynuowałem to przez resztę życia, jako pisarz; podnosiłem, dźwigałem i dostarczałem kolejno kwiaty, walizki, meble, a na koniec powieści” – pisze w swoim autobiograficznym eseju.

Zapewne większość czytelników Christensena dostrzeże w tym, skądinąd bardzo poważnym wyznaniu, cień autoironii – jako że ze względu na liczbę i objętość wszystkich wydanych przez autora powieści (po polsku wciąż dostępna jest jedynie ich część), przewiezienie ich mogłoby być trudniejsze niż w przypadku niejednego mebla. Jednak to wyliczenie, które ewidentnie ustawione jest rosnąco ze względu na ciężar, zwieńczone zostaje dopowiedzeniem: „a w szczęśliwszych momentach poezję”.  Mówiąc inaczej: codzienną orkę dostarczania ludziom komód i opasłych historii o nieszczęśliwych rodzinach co jakiś czas przerywały szczęśliwsze chwile, gdy można było podarować komuś cienki, prawie nic nieważący wiersz.

Czym jest norweskość

W powieściach Christensena wydarzenia i motywy nie tyle się powtarzają, co są do siebie łudząco podobne. Jak sam twierdzi, dzieli ze swoimi bohaterami wiele – począwszy od miejskiej topografii, przez rodzinne perypetie, aż po oglądane filmy czy słuchaną muzykę. Klucz autobiograficzny oczywiście otwiera w tym przypadku wiele drzwi, ale zazwyczaj nie prowadzą one do szczególnie interesujących miejsc.

Gdy w 1984 r. wydał powieść „Beatlesi”, został jednomyślnie okrzyknięty wielkim kronikarzem norweskiego społeczeństwa, skrzyżowaniem Ibsena z Hamsunem, który potrafi zarówno dokonywać wnikliwej analizy ludzkiej duszy, jak i budować rozległe panoramy świata, który owe dusze zamieszkują. Słowem – pisarz totalny.

Co więcej, „Beatlesi”, historia dorastania czwórki przyjaciół w powojennej Norwegii, których rytm życia wyznaczają premiery kolejnych albumów brytyjskiego zespołu, okazała się olbrzymim sukcesem na całym świecie i otworzyła mu drogę do kariery trwającej do dziś. Smaczku dodaje fakt, że pisarz ma także duńskie korzenie – choć w przypadku akurat tych dwóch tożsamości narodowych, z zawiłych powodów historycznych, nie do końca można mówić o podwójności, co raczej właśnie o rozszerzaniu i pogłębianiu jednej przez drugą. Christensen dzięki nim umiejętnie balansuje między swojskością i obcością.

„Beatlesami” Christensen stworzył również matrycę dla swoich kolejnych fabuł. Jednostkowe historie zaszczepione w szerszym, bardziej uniwersalnym kontekście zyskują nie tylko nową głębię, ale też stają się czytelniejsze, bardziej zrozumiałe. Co wyjątkowe, Christensen nie jest pisarzem, który jedynie eksportuje literackie zasoby swojej ojczyzny, nie jest też wyłącznie jej ambasadorem – dokonuje translacji kodów kulturowych w obie strony. Stworzył opowieść, w której sami Norwedzy nie tylko chętnie się przeglądają, ale również chcą być widziani na zewnątrz. Paradoks, który jest możliwy wyłącznie w przypadku Skandynawów.

Jego „norweskość” zawiera się także w samym tym przechodzeniu, ruchu od peryferii w stronę centrum. Historię Norwegii XX w. wyznaczają dwa wielkie wydarzenia – pierwsze z nich to II wojna światowa, czyli skomplikowany okres, w którym kolaboracja z III Rzeszą przeplata się z heroiczną walką z okupantem. Drugie to odkrycie olbrzymich złóż ropy na Morzu Północnym w latach 70.

Wojna była wtargnięciem wielkiej historii w senną rzeczywistość narodu leżącego do tej pory na uboczu Europy. Ropa z kolei dokonała gwałtownej przemiany ekonomiczno-społecznej, czyniąc Norwegię na przestrzeni jednego pokolenia jednym z najbogatszych krajów świata. Nic więc dziwnego, że akcja większości powieści Christensena przynajmniej zahacza o te historyczne węzły, albo wręcz w całości jest rozpięta między nimi. To one stworzyły nowoczesną Norwegię i do dziś rezonują w jej społeczeństwie. Oba też wciąż domagają się nowych, coraz to bardziej złożonych opowieści.

Ukojenie

Christensen swoje panoramy społeczne tworzy niejako przy okazji. Przede wszystkim ma odwagę stawiać fundamentalne pytania o sens i rolę sztuki – o to, czym właściwie jest literatura. I dlaczego jest nam tak bardzo potrzebna.

Widać to już na poziomie samego stylu, który trudno dookreślić – wydaje się gładki i spokojny, ale jednocześnie coś w nim cały czas buzuje, coś trudno uchwytnego, jakby na granicy pola widzenia. W swoich powieściach opisuje ludzi, którzy nie pasują do reszty, mają w sobie jakiś uszczerbek, defekt, który wyznacza rytm ich życia. W „Półbracie” (2001) główny bohater nie dość, że ma dziwaczne imię – Barnum – z którego musi się nieustannie tłumaczyć (czy można się wytłumaczyć z własnego imienia?), to w dodatku jest wyjątkowo niski.

Jakby dla równowagi bohater „Magnesu” (2018), Jokum, jest niezwykle wysoki, przez co jeszcze bardziej odstaje. W „Modelce” (2005) Peter traci wzrok, a narrator „Odpływu” (2012) gubi plik ze swoją powieścią, przez co trafia do szpitala psychiatrycznego. Na drugim planie pojawiają się ludzie bez palców, dłoni, oczu, ludzie otyli albo chorobliwie chudzi, melancholijni asceci albo znerwicowani alkoholicy. Nie ma ojców, są za to matki, babcie i prababcie. Ciągle czegoś jest albo za dużo, albo za mało.

Aby jakoś sobie radzić z tą ciągłą niewspółmiernością świata, bohaterowie Christensena szukają ukojenia w sztuce. Zakrada się ona do ich życia niespodziewanie – przypadkowa wizyta w kinie („Półbrat”), znaleziony aparat fotograficzny („Magnes”), podarowana maszyna do pisania („Odpływ”). Sztuka jednak nie przynosi ukojenia ani tym bardziej satysfakcjonujących odpowiedzi, daje za to narzędzia do radzenia sobie z tym, co tu i teraz. Niemniej to, co przy jej pomocy da się osiągnąć, jest zawsze prowizorką, rozwiązaniem tymczasowym. Trzeba szukać dalej i głębiej.

Dla Christensena sztuka to poszukiwanie, wręcz forma życia – a nie jedynie dodatek do świata, rozrywka, ozdobnik. Ci wszyscy artyści, tak gęsto występujący w jego powieściach, gdy raz spróbują zmierzyć się z rzeczywistością – opowiedzieć o niej po swojemu – popadają w obsesję, która stopniowo wyniszcza ich zarówno psychicznie, jak i psychicznie. Znowu – mamy tu do czynienia ze staroświecką wręcz wizją artysty, który w starciu ze światem zawsze jest na przegranej pozycji, niemniej nie ma wyboru, musi nieustannie i wciąż od nowa próbować uchwycić to, co nieuchwytne.

Jeśli połączymy ten egzystencjalny ból wynikający z poczucia artystycznej klęski z fizycznym cierpieniem, jakiego doświadczają wszyscy bohaterowie jego powieści, wyjdzie nam obraz niezwykle ponury. Nawet pogoda – w końcu to Norwegia – dokłada swoje, bo zawsze jest zimno, ciemno i mokro. Pociechy, paradoksalnie, można jednak szukać właśnie w tym nagromadzeniu nieszczęść i artystycznych porażek. Co ważne, Christensen ma – mimo wszystko – poczucie humoru. Z każdą kolejną powieścią zdaje się pisać o swoich bohaterach z coraz większą czułością, a ich rozrośnięte do granic ego traktować z przymrużeniem oka. Zwłaszcza że, jak wynika z „Chińskiej babci”, przytaczanej na początku artystycznej autobiografii, pisze nieustająco o sobie samym.

Przytacza nawet moment epifanii, który uznać można za symboliczny początek jego kariery pisarskiej – gdy ojciec zabrał go do zakładu zegarmistrza, gdzie każdy z zegarów wskazywał inny czas. Było to doświadczenie rzeczywistości pokawałkowanej, rozsypanej w bezsensowny zbiór elementów. Tam zrodził się pomysł na pierwszy wiersz: „to znaczy wiersz, który mogłem uważać za swój, wyłącznie swój, bo o tym, co zobaczyłem wtedy, nikt inny oprócz mnie nie mógł napisać”. Scena ta, która zresztą potem pojawia się w różnych wariantach kilkukrotnie w jego prozie, ma w sobie poruszającą wzniosłość – rodzaj wyzwania rzuconego niedającej się ogarnąć (ani tym bardziej oswoić) rzeczywistości.

Oszukujmy się

Tego typu sceny założycielskie, jakie autorzy i autorki lubią upychać do autobiograficznych esejów, zazwyczaj budzą podejrzliwość – jednak gdybyśmy mieli wskazać jednego pisarza, który mógłby doświadczać rzeczywistości w sposób tak literacki, byłby nim właśnie Christensen.

Zgadzam się na wyświechtany frazes o życiu na miarę literatury jedynie pod warunkiem, że ktoś potrafi tworzyć literaturę na miarę życia. Zwłaszcza że w tym wypadku stawka jest bardzo wysoka – „Chińska babcia” to bowiem (między innymi) opowieść o umierającym ojcu, a raczej o tym, jak to odchodzenie opisać, jak uczynić jego śmierć częścią swojego literackiego uniwersum: „Tu, w szpitalu Diakonhjemmet latem 2009 roku, czterdzieści pięć lat później, wciąż mam wyraź­nie przed oczami witrynę zegarmistrza i przychodzi mi do głowy myśl, że pisanie i łoże śmierci łączy czas. Mówię: – Opowiedz mi o Chinach”.

Ojciec ma opowiedzieć o Chinach, czyli rodzinnej legendzie o babci autora, która pojechała dawno temu do Szanghaju, gdzie poznała swojego męża. Kolejny wymiar czasu, kolejna opowieść, która tym razem ma być pomostem między nim a umierającym ojcem. Czy to zapowiedź kolejnej porażki języka w nierównym starciu z rzeczywistością? Możliwe, niemniej nikt inny oprócz niego nie mógł o tym napisać.

W „Półbracie” jak refren powraca łacińskie przysłowie mundus vult decipi, ergo decipiatur, świat chce być oszukiwany, niech więc będzie. Nie jest ważne to, co widzimy, tylko to, co wydaje się nam, że widzimy.

Poligon

Christensen jest bez wątpienia mistrzem zestawień. Rozdziały, sceny i obrazy przenikają jedne w drugie, raz budując narrację linearną, kiedy indziej, zaburzając chronologię, tworzą kilka planów czasowych. Są też konstrukcje szkatułkowe, nieprawdopodobne klamry narracyjne, wywracające na nice drobiazgowo budowane przez setki stron sensy i konteksty.

Pod tym względem najciekawszy jest niepozorny na pierwszy rzut oka rozdział w „Półbracie” właśnie, gdy po raz pierwszy (i jedyny) w obrębie jednej narracyjnej całostki mamy do czynienia z dwiema równoległymi opowieściami. Przyjaciel Barnuma w pewnym momencie w złości mówi, że jest on identyczny jak jego zwariowany brat Fred. Barnum wpada we wściekłość, okłada go pięściami – i wtedy dzieje się rzecz niezwykła. Po raz pierwszy widzimy Freda nie z perspektywy Barnuma, tylko niezależnie – w trakcie toczonego w tym samym czasie, ale w zupełnie innym miejscu pojedynku bokserskiego. Barnum bije, Fred jest bity, na zmianę, na jednej stronie. Barnum w końcu uwalnia się spod tyrani brata, potrafi go sobie wyobrazić (a właściwie nie on, tylko my) poza sobą samym. Możliwa staje się opowieść, o której tak długo marzył, która była mu tak bardzo potrzebna.

U Christensena często trzeba zejść bardzo głęboko wewnątrz samego medium, aby zrozumieć jego ograniczenia, a potem możliwości (w tej kolejności). Malarstwo, fotografia, film – eksploruje najróżniejsze obszary sztuki, choć przecież przez cały czas poruszamy się w przestrzeni literatury. Niemniej zawsze chodzi o dwa wymiary, bez których opowieść jest niemożliwa – obrazy i ich zestawienie.

O jego opasłych powieściach można pomyśleć jak o czymś w rodzaju poligonu doświadczalnego, formy brudnopisu, gdzie zapisuje się pomysły, obrazy czy pojedyncze słowa (właściwie każdy z jego bohaterów prowadzi taki rodzaj notatek). Ciężka, wyczerpująca praca, polegająca, jak w przypadku chłopca na posyłki, na „podnoszeniu, dźwiganiu i dostarczaniu”. Czasem jednak, i są to chwile wyjątkowego szczęścia, udaje się dowieźć komuś kawałek poezji. Moment, który wynagradza gorycz wszystkich wcześniejszych porażek. 

LARS SAABYE CHRISTENSEN (ur. 1953) jest norweskim pisarzem. Autor powieści, poezji, dramatów, scenariuszy filmowych. Laureat Nagrody Norweskich Krytyków Literackich, Nagrody Księgarzy Norweskich, Nagrody Rivertona, Brageprisen oraz Nagrody Doblouga. W 2006 r. został odznaczony komandorią Orderu Świętego Olafa za zasługi dla literatury norweskiej. Jego powieści ukazały się w 36 krajach.


Galeria artystów

Półbrat (2001)

Barnum, scenarzysta filmowy w kryzysie twórczym, postanawia w końcu napisać historię swojego przyrodniego brata, który zaginął, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Wychodzi z tego drobiazgowa, niezwykle bolesna historia norweskiej rodziny, która rozpoczyna się zaraz po wojnie i kończy się współcześnie. Widzimy w niej Barnuma, który powoli dojrzewa jako artysta i odnosi pierwsze sukcesy, przepracowuje też trudną relację z bratem, ale jego życie, między innymi z powodu rodzinnych traum, stopniowo zamienia się w ruinę.

Modelka (2005)

Peter jest uznanym w świecie sztuki malarzem, którego gwiazda jednak powoli blaknie. Szansą na wielki powrót ma być zbliżająca się wystawa, jednak prace nad nią idą mu powoli. W międzyczasie dostaje druzgocącą diagnozę – wkrótce straci wzrok. Zrozpaczony decyduje się na kontrowersyjną terapię u lekarza o podejrzanej reputacji. Operacja się udaje, podobnie jak sama wystawa, ale cena, jaką przychodzi mu zapłacić za ten faustowski pakt, niszczy jego życie i rodzinę.

Odpływ (2008)

Rok 1969, za kilka dni Amerykanie wylądują na Księżycu. Funder ma 15 lat i chce napisać o tym swój pierwszy wiersz, jednak nic z tego nie wychodzi. Frank w fikcyjnym amerykańskim miasteczku dostaje nietypową pracę – ma przekazywać rodzinom informacje o śmierci ich bliskich. Funder jest po pięćdziesiątce i jest cenionym pisarzem, który po śmierci ojca przeżywa załamanie nerwowe. Do tego traci jedyną kopię swojej najnowszej powieści. Trzy historie, które łączą się w misterny i nieoczywisty sposób.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Sztuka porażki