Reklama

Na wschodzie bez zmian

Na wschodzie bez zmian

24.04.2020
Czyta się kilka minut
Wyczekując powrotu na odzieżowe zakupy po kwarantannie, warto spojrzeć w stronę Rana Plaza w Bangladeszu, gdzie 7 lat temu doszło do katastrofy. Wiele nam to powie o przyszłości przemysłu odzieżowego po pandemii.
Na ruinach Rana Plaza w Dhace, Bangladesz, 25 kwietnia 2013 r. / fot. Sumon Yusuf / Polaris / East News
Na ruinach Rana Plaza w Dhace, Bangladesz, 25 kwietnia 2013 r. / fot. Sumon Yusuf / Polaris / East News
T

Tamtego dnia Rahina Sarkar zaspała. Na śniadanie nie było czasu, do torby wrzuciła więc owoc guawy i pobiegła w stronę oddalonej o pięć kilometrów fabryki. Budynek Rana Plaza, jej miejsce pracy, z zewnątrz wyglądał na biurowiec. Na parterze mieścił się bank i kilka sklepów z ubraniami. Kolejne piętra, aż do ósmego, szczelnie wypełniały jednak maszyny do szycia, wykrawarki, stanowiska do prasowania i agregaty prądotwórcze kilku fabryk odzieżowych.

Gdy kilka dni później strażacy przeczesywali ruiny w poszukiwaniu ocalałych, znaleźli też dokumentację techniczną budynku. Wynikało z niej, że Rana Plaza zaprojektowano jako budynek czteropiętrowy. Cztery kolejne kondygnacje dobudowano bez pozwolenia.

Był 24 kwietnia 2013 r. Od 8.30 Rahina powinna była już siedzieć przy maszynie na piątym piętrze, ale tamtego dnia zgromadzone przed wejściem szwaczki odmówiły rozpoczęcia pracy. Budynek od kilku dni trząsł się jak chory na febrę. W ścianach pojawiły się głębokie pęknięcia. Z sufitu sypał się tynk. Nadzorcy nie chcieli jednak słyszeć o wstrzymaniu produkcji. Zagrozili, że kto natychmiast nie wejdzie do środka, straci dniówkę. A może nawet pracę.

Około 8.50 Rahina w końcu znalazła się przy swojej maszynie. Kilka minut później w budynku zabrakło prądu, na najwyższych kondygnacjach z warkotem obudziły się agregaty, zrzucając szwaczkom na głowy kolejne porcje tynku. Około 8.57 nastąpiło nieuniknione.

– Kątem oka zobaczyłam, jak sufit pęka mi nad głową i pluje w moją stronę zawartością wyższego piętra – opowiadała mi Rahina, kiedy kilkanaście dni później wypatrzyłem ją na ulicy przed ruinami Rana Plaza w tłumie innych ocalałych i rodzin, które jeszcze nie znalazły nazwisk swoich bliskich na liście ofiar katastrofy.

Pod gruzami Rana Plaza zginęło 1127 osób a 2,5 tysiąca odniosło obrażenia. To oficjalne statystyki, bo dane pozarządowe dopisują do listy ofiar jeszcze ponad pięćset osób, które pochowano bez identyfikacji. 24 kwietnia 2013 r. świat zachodni przyjął wreszcie do wiadomości, że drastyczne zdjęcia zawalonej szwalni i zakrwawionych zwłok jej pracowników pochodzą z tego samego miejsca, z którego przyjeżdżają także kolorowe ubrania kupowane tanio w centrach handlowych.

W świecie mody słowo „cena” zyskało jeszcze jedno znaczenie.

Fabryki już nie płoną

Wiosną 2013 r. poleciałem po raz pierwszy do Bangladeszu zbierać materiały do reportażu o funkcjonowaniu tamtejszego przemysłu odzieżowego. Rok później wróciłem tam już z zamiarem napisania książki na ten temat. „Życie na miarę”, efekt tamtych podróży, ukazało się na początku 2016 r. i od tamtej pory niemal co roku pod koniec kwietnia proszony jestem o odpowiedź na to samo pytanie: co się zmieniło po Rana Plaza?

W siódmą rocznicę katastrofy odpowiedź brzmi tak samo, jak przed czterema czy pięcioma laty. Warunki pracy w bangladeskich szwalniach uległy wyraźnej poprawie. Fabryki już nie płoną tak często, jak przed Rana Plaza, gdy właściwie każdy miesiąc przynosił informacje o pożarze kosztującym czasem życie kilku, a czasami kilkuset osób. Międzynarodowy audyt pod auspicjami rządu w Dhace wytypował kilkadziesiąt wyjątkowo zaniedbanych szwalni do natychmiastowego zamknięcia, a w kilkuset innych za pieniądze kontrahentów z zagranicy dokonano niezbędnych remontów.

Myli się jednak każdy, kto utożsami ten postęp z troską o pracowników. Inwestycje w fabryczną infrastrukturę w pierwszej kolejności służyły tu bowiem poprawie wydajności produkcji i jej bezpieczeństwa (wszak pożary trawią także towary i maszyny). W tym rachunku ludzie stanowili najmniej ważną pozycję. Z prostej przyczyny: w kraju o powierzchni zbliżonej do Bułgarii, ale z liczbą mieszkańców równą niemal połowie populacji Unii Europejskiej, rynek pracy i rynek pracodawcy to de facto synonimy. Początkująca szwaczka zarabia dziś wprawdzie średnio dwa razy więcej niż w 2013 r., ale to wciąż zaledwie około 130 dolarów. Podwyżki wynagrodzeń, wymuszone na branży przez zagranicznych aktywistów, w dużej mierze padają zresztą ofiarą szybkiego wzrostu cen żywności i czynszów.

Konsumenci w krajach rozwiniętych przyjęli jednak te symboliczne zmiany z zauważalną ulgą. Z chwilą, kiedy wieści z bangladeskiego jądra ciemności przestały psuć przyjemność zakupów, dla wielu z nas sytuacja „wróciła do normy”. Dlatego teraz, wyczekując powrotu do normalności po kwarantannie, warto spojrzeć ponownie w stronę Rana Plaza.

Biznes jak dotąd

Nie uważam się za znawcę świata mody. Nie jestem również jego przeciwnikiem. Staram się obserwować ten świat z pozycji komentatora, który bezstronność opiera na emocjonalnym dystansie do jego produktów. Dlatego też nie mogę pozbyć się dziś wrażenia, że część scenariuszy dotyczących przyszłości branży modowej w propandemicznym świecie jest  projekcją nie tyle przyszłości, co emocji, czy wręcz pobożnych życzeń samych komentatorów.

Najtrudniej uwierzyć w to, że po pandemii koncerny odzieżowe nagle porzucą schemat działania, który pozwala im kupić w Azji za pięć złotych coś, co następnie mogą odsprzedać europejskim, amerykańskim czy chińskim klientom nawet za równowartość stu złotych. Koronawirus rzeczywiście pomieszał tej branży logistyczne szyki, ale nadal nic nie wskazuje na to, by model fast fashion, oparty na outsourcingu produkcji, miał przez to stracić rację bytu. Przeciwnie. Szybka moda stała się lekarstwem na trudności, z jakimi zmagają się koncerny odzieżowe, którym sprzedaż spadła praktycznie do zera. Zamknięcie centrów handlowych mogły przecież błyskawicznie zrównoważyć sobie odwołaniem zleceń w azjatyckich fabrykach. W Bangladeszu, który rokrocznie eksportuje odzież za 34 mld dolarów, co czyni go drugim po Chinach dostawcą koncernów modowych, tylko w drugiej połowie marca ścięto zamówienia aż o 1,4 mld euro, a wyprodukowane już ubrania nie zostały po prostu odebrane. Fast fashion mogła łatwo sobie pozwolić na taki krok; tu od dawna płaci się dopiero za towar wysłany do klienta. W innym świecie, w którym szwalnie należą do właścicieli marek, produkcję również dałoby się wygasić z dnia na dzień, ale koszty stałe, zwłaszcza pensje szwaczek, jeszcze długo powiększałyby straty.

Czy po takiej nauczce branża modowa rzeczywiście odważy się przenieść część produkcji bliżej klientów, jak sugeruje teraz część komentatorów? Wątpię. Bardziej realny wydaje się scenariusz, w którym łańcuchy dostaw ulegną jeszcze większemu rozrzuceniu po całym świecie.

Zagrożenie koronawirusem zmieni część nawyków konsumenckich. To inna, równie często powtarzana wróżba dotycząca postpandemicznego świata. Istotnie, już dziś widać głębsze zanurzenie wielu sektorów handlu w internecie. Produkty do niedawna niszowe teraz stają się towarem pierwszej potrzeby. Ale czy to chwilowe wstrząsy czy może drgania będące dowodem na zmiany tektoniki globalnej konsumpcji? A jeśli tak, to czy będą wśród nich również zakupy z uwzględnieniem nie tylko ceny i marki, ale także jakości samego produktu, jego żywotności oraz kosztów dla środowiska?

Koszula bliska ciału

Wielu aktywistów spod znaku „kupuj odpowiedzialnie” wyraża dziś jeśli nie pewność, że zmiany idą właśnie w tym kierunku, to przynajmniej nadzieję, że tak być powinno.

Osobiście mam jednak wątpliwości, czy czas głębokiej recesji, wysokiego bezrobocia i obaw o przyszłość będzie faktycznie sprzyjać zamianie „często i tanio” na „drogo, ale rzadko”. Zwłaszcza podczas zakupów odzieżowych. Bo wbrew temu, co przez lata wmawiała konsumentom branża modowa, koszula jest naprawdę bliska ciału. Odzież to jeden z tych produktów, których zakupu nie można odkładać miesiącami, aż do uskładania sumy niezbędnej do nabycia upragnionego wzoru. Zwłaszcza gdy – jak w przypadku olbrzymiej większości współczesnych konsumentów – szafy ma się wypchane tanimi produktami fast fashion z krótkim terminem przydatności do użytkowania.

Gdybym więc musiał obstawiać, w zakładzie o przyszłość świata mody po koronawirusie postawiłbym na scenariusz bez głębszych zmian. Taki sam, jak po Rana Plaza. Na kwarantannie wszyscy marzymy o „powrocie do normalności”. Różnie ją tylko definiujemy. Dla jednych będzie nią porzucenie konsumpcyjnego szaleństwa ostatnich dekad. Dla innych – i śmiem dziś twierdzić, że dla większości – oznaką powrotu do normalności będą dopiero duże zakupy w centrum handlowym.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]