Reklama

Na brzegu dołu

Na brzegu dołu

02.12.2009
Czyta się kilka minut
Rozmowa Agnieszki Sabor ze Zbigniewem Mikołejko
A

Agnieszka Sabor: Zbiór Pana esejów "W świecie wszechmogącym" różni się od innych książek poświęconych śmierci, które ukazywały się na przełomie XX i XXI w. w atmosferze milenaryzmu, mocno zresztą kreowanej. To poruszające - erudycyjne, ale przede wszystkim osobiste - świadectwo "bycia ku śmierci", które jest przecież udziałem nas wszystkich.

Prof. Zbigniew Mikołejko: Rzeczywiście, jedną z podstaw tej książki jest lęk przed śmiercią, lęk, wobec którego pozostaję bezradny. W tym porachunku nie mam bowiem instrumentu wiary. Pamiętam moment odkrycia własnej skończoności. Miałem wtedy dziesięć, jedenaście lat. Byłem tak przerażony, że w nocy wybiegłem boso na śnieg. Lęk był równie fizyczny, co bezbożny. Jako dziecko odkryłem przy tym, że w Bogu nie ma ocalenia dla mojej egzystencji, do której - mimo wszystkich traum - jestem przywiązany. I nie chcę się ze sobą rozstawać. Chyba właśnie wtedy koło zaczęło się domykać: odkrycie śmierci sprzęgło się u mnie z utratą wiary. Dlaczego muszę umrzeć, skoro jestem niewinny? Dlaczego bez mojej zgody zostałem wrzucony w świat - na chwilę? Dlaczego w konsekwencji muszę doświadczać okrutnego lęku przed jednorazowością? Oszukano mnie, zostawiono na drodze, po której - nie wiadomo po co - muszę iść.

Do tego nieuchronność straty tych, których się kocha. Świadomość, że czarna łapa za chwilę znów wyrwie z mojego życia bliską mi istotę. Dotyczy to nie tylko ludzi, ale i zwierząt. Ostatnio obserwuję moje koty. Zestarzały się. Przygotowuję się do ich odejścia z absolutną pewnością, że tego nie zniosę. Jak i tego pierwszego pogrzebu, który pamiętam: chowano panią Melę, przyjaciółkę mamy. Pożyczała mi książki. Szedłem w kondukcie i płakałem w głos. Po raz pierwszy poczułem bezradność wobec bezwzględności i nieuchronności utraty. Mieszkałem wtedy w Lidzbarku Warmińskim, na ubogiej i zapomnianej prowincji, a to oznaczało życie niemal biologiczne: nieustannie musiałem uczestniczyć w rytuałach związanych ze śmiercią.

Nie były pomocne? Filmy Małgorzaty Szumowskiej pokazują, że rytuały mogą pomóc w odnalezieniu sensu śmierci.

Dla mnie pogrzeby były tylko rozdrapywaniem ran. Tych, którzy pozostawali, prowadziły na brzeg dołu, do którego spuszczano trumnę, i donikąd dalej. A za kilka tygodni ktoś znów szedł do czarnej dziury w dawnym parku Krasickiego, który Niemcy w XIX w. zamienili na cmentarz. Do tego dochodził smętek prowincjonalnej biedy, zgrzebnego komunizmu, północnego wschodu z krótkim, zimnym latem i długą, mroczną zimą. Śmierć wydawała się straszną pieczęcią tej krainy. To były doznania prawie zwierzęce.

Wygnany ogrodnik

W książce, o której rozmawiamy, nie zaprzecza Pan idei Boga, ale przedstawia Go Pan jako Tego, który nas oszukał.

Który nas opuścił. To demiurg, przypominający trochę boga gnostyków, który - co powtarzam za Ryszardem Przybylskim - nie ukrył przed nami tylko jednego: śmierci. Przy czym gnostycy mieli jeszcze wyobrażenie wyższego Boga, niosącego dobro i wyzwolenie tym, którzy pójdą odpowiednią drogą. "W świecie wszechmogącym" nie ma tego drugiego Boga. Jednak w moim gnostycko-agnostyckim mistycyzmie jest pewien świetlisty wyłom: to Jezus z Nazaretu. Ta postać ma dla mnie szczególne znaczenie. Najpierw jawił mi się jako zwycięzca w pojedynku ze śmiercią, przy czym było to zwycięstwo czysto ludzkie: Jezus jako człowiek potrafił wejść w śmierć, być ponad grzechem. Później doszła świadomość, że jest pocieszeniem - innego Parakleta nie mamy. Żadnego ducha, tylko figurę człowieka, który umiera na drzewie krzyża, wybrawszy tę drogę - nie bez zwątpienia, bólu i lęku. Najlepszy z nas musiał umrzeć na krzyżu. Za co? Czy naprawdę nie ma innej drogi zbawienia, skoro Bóg jest wszechmocny? To paradoks. Coś przewrotnego mówi Slavoj Žižek. Jego zdaniem kenoza, zniżenie Boga, była niezbędnie potrzebna właśnie Jemu. Gdyby nie zejście w człowieczeństwo, Bóg byłby niczym. Może to mówi coś o demiurgu, który wydał Syna na tak straszliwą śmierć?

Paradoksem jest powód, dla którego Jezus musi umrzeć na krzyżu: grzech pierworodny.

Bóg ma kłopot z ogrodem rajskim. Ofiarował go człowiekowi pod warunkiem, że ten nie będzie wiedział, czym jest wybór. Wedle Księgi Rodzaju zostaliśmy skazani za coś, co przekraczało nasze możliwości: skoro nie znaliśmy różnicy między dobrem a złem, jak mogliśmy zgrzeszyć? Z drugiej strony, na jakiej zasadzie mielibyśmy trwać w raju - szczęśliwi? Na zasadzie autorytetu? Tak się nie da. Miłości? W Księdze Rodzaju nie ma o niej mowy. Zamiast tego pojawia się dyskurs władzy: "Jeśli człowiek zje z drzewa życia, to będzie jako my". Przerażające. Skoro człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, to czemu się bać, że będzie "jako my" (ciekawe, że pojawia się tu liczba mnoga - "Elohim").

Przeczucie demiurgiczności Boga znajdujemy u Koheleta - a niewiele jest w Biblii ksiąg tak głęboko ludzkich. Kohelet mówi o Bogu jako o przemocy, o śmierci bez nadziei na zmartwychwstanie, która zrównuje nas ze zwierzętami.

Potem pojawia się drugi, przerażający ogród: Ogrójec. Nie ma chyba bardziej drastycznego obrazu kondycji ludzkiej niż to, co się dzieje w Ogrójcu i potem na krzyżu. Absolutna samotność Jezusa. Jedni śpią, inni uciekli. Nie tylko Judasz zdradził - wszyscy uczniowie zdradzili. Nie wiem, czy Jan stał pod krzyżem. Może sam to sobie później dopisał? Tak naprawdę pozostały jedynie kobiety. W Ewangelii pokazane zostały jako szlachetniejszy pierwiastek rodzaju ludzkiego. Kiedy mężczyźni siedzą w ukryciu, drżąc ze strachu, kobiety idą zobaczyć, co się stało. I to one doświadczają niezwykłej pustki, która jest ocaleniem: pustego grobu. "Nie masz Go, zmartwychwstał". Wreszcie jeden z najwspanialszych fragmentów Ewangelii: ogród, pusty grób i Jezus, który ukazuje się jako ogrodnik - kobietom. Wygnany z ogrodu, wrócił do niego. Powstając przeciw demiurgowi i dając jakąś nadzieję.

Jest jeszcze Hiob - prefiguracja Jezusa. Czy jego historia daje jakąś nadzieję?

Hiob ulega boskiej przemocy, zgadza się na nią. A po wszystkich niezasłużonych nieszczęściach, które go spotykają, następuje iście hollywoodzki happy end. Mam wrażenie, że Hiobowi boskie "zadośćuczynienie" nie wystarcza. Jednak stoi wobec Tego, który wszystko może dać i zabrać. Raczej zabrać. Dlatego Hiob rezygnuje. Czy buntując się, zniósłby kolejną stratę? Może ponadto rację ma René Girard, twierdząc, że oskarżanie Boga i Diabła o odpowiedzialność za krzywdę Hioba jest manipulacją. Ta księga składa się z trzech części. W najstarszej, środkowej, Hiob wydaje się raczej kozłem ofiarnym wspólnoty: w czasach kryzysu trzeba było złożyć ofiarę z księcia.

Progi inicjacji

Kiedy czytam opowieść o Hiobie, przypominają mi się holenderskie portrety rodzinne. Widać na nich rodziców otoczonych mnóstwem dzieci. Pod każdą postacią znajduje się banderolka z imieniem. Niektóre banderolki są puste: rodzice-fundatorzy obrazu nie pamiętali, jak nazywały się ich dzieci zmarłe w dzieciństwie. W Biblii zmarłe dzieci Hioba zostały po prostu zastąpione nowymi.

Tak jakby zgadzać się miała tylko liczba.

Coś podobnego znajdziemy w zeznaniach dotyczących sprawy Gillesa de Rais, towarzysza Joanny d’Arc, którego skazano za zamordowanie setek chłopców. Ojciec mówi: "Był u mnie chłopiec malutki, miał jakieś osiem, dziewięć lat. Gdzieś sobie poszedł...". Ani imienia, ani tożsamości, może nawet żalu... Dotykamy czegoś przerażającego. Na co dzień nie mamy świadomości, że osobność i wartość dziecka to wynalazek preromantycznej nowoczesności. Dziecko wyłania się dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku. Wcześniej był jedynie niedokończony dorosły.

Jednak w książce demitologizuje Pan dziecięcą niewinność.

Przypisując dziecku anielskość, aseksualność, niezdolność do zła, do cierpienia, odczłowieczamy je. Tworzymy wiktoriański oleodruk, na którym dziecko po raz wtóry pozbawione zostaje tożsamości. Nie ma np. płci: chłopcy i dziewczynki ubiera się w takie same loki i sukienki. Dziecko, nawet jeśli umiera, to estetycznie - za przykład może służyć słynna Penelopa Boothby, malowana m.in. przez Reynoldsa i Fuselego. Jednak wiktoriańskie opowiastki o słodyczy dzieciństwa były wyłącznie maską. Równocześnie brytyjskie dzieci pracowały przecież w potwornych warunkach w kopalniach czy fabrykach. Nawet te "dobrze urodzone" matkę widziały wyłącznie z daleka, ojciec zaś nie dawał im czułości - to nie było w dobrym tonie. Przypomnijmy sobie "Tajemniczy ogród".

Była też druga strona. Odkrywanie dzieciństwa rozpoczęło się od tzw. "dzikich dzieci", nieskalanych cywilizacją. Na przełomie XVIII i XIX w. pojawiła się ich cała chmara: od dzikiego Piotrusia, o którym pisze Linneusz, po Kaspara Hausera. Nowocześni dorośli znajdywali w nich wewnętrznego barbarzyńcę, którego należy przystosować do człowieczeństwa, ale który pozwala jednocześnie zaspokajać chore pożądania - spokojnie i bez skrępowania. Działy się rzeczy horrendalne. Ot, choćby przypadek dziewczynki z Austrii przełomu XIX i XX w.: żebrała, chodząc na rękach, zaś jej łono służyło za skarbonkę, do której wrzucano pieniądze. Ta pedofilska historia, dzisiaj niemieszcząca się w głowie, rozegrała się w cywilizowanej Europie. A odkrycie energetycznej seksualności dzieciństwa, dokonane przez Lewisa Carrolla czy Nabokova?

Tę opowieść mógłby rozpocząć "Dziadek do orzechów" Hoffmanna (napisany zresztą najprawdopodobniej w Warszawie), który opowiada o dziecku dziennym i nocnym. W dzień jest światło, choinka, prezenty. W nocy pojawiają się potwory i wizje erotyczne. Potrzebujemy obydwojga tych dzieci: jedno jest zasłoną drugiego. Wychowanie kontra pożądanie. Wyrastają z tego rozmaite systemy: od wychowania klasztornego po system makarenkowski. Stalinizm w tym względzie niewiele różnił się od katolicyzmu czy protestantyzmu. Dorośli zawsze próbują poradzić sobie z własną dzikością, z którą walczą, ale której potrzebują.

Jednym z najbardziej przejmujących fragmentów Pana książki jest esej poświęcony Annie Halman, która w 2006 r.

popełniła samobójstwo upokorzona publicznie przez kolegów z klasy. Jej śmierć porównuje Pan z absolutnie niewinną ofiarą Jezusa z Nazaretu. Oprawcami, którzy naigrywali się z dziewczynki, obnażyli ją i doprowadzili do "haniebnej" śmierci, okazały się "gimnazjalne podrostki o brudnych umysłach i niedomytych rękach". Rodzice tych chłopców konsekwentnie uważają ich za niewinnych. "To była tylko zabawa", powtarzają.

W duchu pozornego liberalizmu ułatwiamy dzieciom wchodzenie w dorosłość. Rugujemy to, co istniało od zawsze: progi inicjacyjne, a przynajmniej ujmujemy im znaczenia. W kulturach archaicznych, aby stać się mężczyzną albo kobietą, należało przejść przez pustkę, wędrówkę, okrucieństwo fizyczne. Zachód wymyślił inne progi inicjacyjne: armię, maturę. Dziś mamy wojsko zawodowe, a matura znaczy mniej niż studniówka. Jednak młodzieżowe społeczności nadal muszą się z czymś mierzyć: skoro nie dajemy im z zewnątrz społecznie usankcjonowanych sposobów inicjacji, same szukają jej własnych, dzikich metod. Zwłaszcza wtedy, gdy rzucamy tę młodzież - jak często dzieje się w przypadku gimnazjów - do wielkich szkół-molochów. W takiej sytuacji uruchamia się tradycyjna metoda budowania ładu społecznego: mechanizm kozła ofiarnego. Wtedy wiadomo, kto jest świadkiem, a kto uczestnikiem - mniej lub bardziej gorliwym.

A jako że chrześcijaństwo przeorało nasze myślenie, wzór jest podświadomy i powszechnie dostępny: ofiara złożona z Jezusa. Ten model powtarza się również dlatego, że mamy do czynienia z ludźmi w stanie pewnej dzikości, którzy otrzymują pozór edukacji, pozór wychowania religijnego, pozór dostosowania do demokracji i struktur polis. Są przedpolityczni i przedsakralni. W przypadku Anny Halman osądzamy narzędzia, a nie katów. A katami byliśmy my, dorośli.

Czy jest w kulturze współczesnej coś, co chroni nas przed rozpadem?

Wraca potrzeba sformalizowania progów inicjacyjnych, choć objawia się ona na razie w narzekaniu. Jej paroksyzmem były reformy Romana Giertycha, który jako minister wprowadził do szkoły uniformy, ale jednocześnie ogłosił abolicję dla nieuków, zaś ostatnio, już jako adwokat, zażądał świadectw, które wprowadziłyby na rynek pracy sto tysięcy osób, które nie zdały matury. Tymczasem nie kolczyki i tatuaże gubią młodych ludzi, ale to, że ułatwiamy im drogę przez życie.

Zresztą, młodzież tęskni za inicjacją. Skąd bierze się popularność Harry’ego Pottera? To opowieść o inicjacji w cierpienie, nieszczęście, śmierć. A baśń zawsze była ważnym sposobem wtajemniczenia - o tyle skuteczniejszym, że przekazywanym twarzą w twarz, przez starego człowieka, gawędziarza, bajarkę, mistrza... Baśnie ludowe nie kończyły się zdaniem: "Żyli długo i szczęśliwie". Były opowieściami o Hiobie bez happy endu. Ukazywały kalectwo, klęskę, oszustwo, zło - z którymi trzeba się zetknąć.

Potrzebny jest nam otwarty dyskurs o przemocy i jej granicach. Zaprotestujemy, gdy chuligan uderzy nas pałką na ulicy. Ale policjant może to zrobić w ramach prawa, gdy na tej samej ulicy będziemy rozrabiać. Pewne formy represji są konieczne.

Czy tęsknota za inicjacją mogłaby dziś pogłębić myślenie religijne?

Kościół również uległ ideologii łatwości i przyzwolenia. Współczesna religijność wyzuta jest z poczucia tremendum, świętej grozy. A sacrum to złożenie tego, co święte, i tego, co przeklęte. Tego, co fascynujące, i tego, co groźne. Jezus nie tylko głaszcze po głowie dzieci i uzdrawia chorych, ale wyrzuca też przekupniów ze świątyni, zapowiada Apokalipsę, wreszcie wstępuje na drzewo śmierci. Tymczasem w Polsce ludzie wkraczają w rytuał, nie znając jego sensów. To nie znaczy, że rytuał nie jest ważny. Jest - zwłaszcza w Kościele katolickim, gdzie obowiązuje zasada ex opere operato. Ani kapłan, ani wierny nie muszą być godni, by rytuał skutkował. Problem w tym, że często mamy do czynienia z katolicyzmem pustych form. Na pielgrzymkach ludzie lubią pośpiewać i poklaskać Jezusowi. A gdyby zapytać ich o podstawowe prawdy katechizmowe, choćby o ideę konsubstancjacji - podstawową dla wyznania wiary? Wymogi intelektualne powinny być w Kościele postawione wyżej. Druga sprawa - wcale niesprzeczna - to wiara prostego serca. Rzecz w tym, by wreszcie powiedzieć, że zewnętrzna dewocja jest wyłącznie dopełnieniem. Nieważne, ile "Zdrowasiek" wyklepię, ale jak gorącym przeżyciem jest dla mnie ta modlitwa. Żeby nie było tak jak w wierszu Ignacego Krasickiego, drwiącego z pani, która przy słowach "I odpuść nam nasze winy" biła służącą. Biskup warmiński, przy całej oświeceniowej skłonności do szyderstwa, nie urągał wierze prostej, a jedynie wierze fałszywej.

Powroty umarłych

"W świecie wszechmogącym" pojawiają się zapomniane miasteczka - takie jak Krajenka czy Opatów. Ich opisy zawierają w sobie pewną ambiwalencję. Z jednej strony obrazy destrukcji, rozpadu, ludzkiej głupoty. Z drugiej - jakieś przeczucie trwałości, niezniszczalności, która kryje się w ziemi.

Ziemia ratuje coś, co w niej tkwi - choćby kości Prusów, o których dziś nie pamiętamy. Albo tajemnicze, obrośnięte mchem kamienie, przy których się modlili. Z trudem je rozpoznajemy. Zresztą, może to i lepiej, bo pewnie zostałyby zniszczone. Upominam się więc o "Atlantydę Północy". O potrzaskane cywilizacje, języki, religie. O pewną prawdę, bo ona ocala. Jeśli nie powiemy, w jakich my, Polacy, braliśmy udział ludobójstwach - na Pomorcach, Jaćwingach, Prusach - to kim będziemy? Kłamcami.

Mit niewinności jest jednak u nas bardzo trwały.

To mit powszechny od Bałtyku po Bałkany. Jasne, że ostatecznie przegraliśmy rozgrywkę o miejsce w historii. W podręcznikach dziejów Europy napisanych na Zachodzie nie ma ani słowa o potężnym, cywilizowanym imperium, jakim przez jakieś 250 lat była Rzeczpospolita. Nic nie znaczymy... Więc wydaje nam się, że jeśli będziemy ofiarami, choć trochę zyskamy na znaczeniu. A jeśli wpiszemy to w porządek religijny, chrystusowy, poczujemy się jeszcze bardziej szlachetni.

Jednocześnie w naszym regionie mocna jest pamięć mordu, ludobójstwa.

Tak, w Europie Środkowo-Wschodniej mamy poczucie, że mord jest mechanizmem naturalnym, niemal biologicznym. To po prostu kondycja człowieka. Źródło tego myślenia tkwi w fakcie, że nie doświadczyliśmy w naszej historii mordów wewnętrznych - czegoś w rodzaju Nocy św. Bartłomieja czy Wielkiej Rewolucji. Nie rżnęliśmy się w imię łaski uświęcającej jak francuscy hugenoci z katolikami, bo nasza tolerancja była w istocie indyferentyzmem religijnym. Nie brodziliśmy we krwi w imię stanu trzeciego, bo był on u nas zbyt słaby. Tymczasem przywołane tu wydarzenia z Francji były straszliwym samostanowieniem się tożsamości narodowej.

Nie wyszliśmy z morza krwi jako imperium absolutne, z silną władzą, która oparłaby się najazdom. I przyszło nam za to zapłacić milionami ofiar, utratą imperium, skarleniem. Szlachta zamknęła się w sobie. Ważne stały się sprawy powiatowe, a nie odległa Rzeczpospolita. Równolegle pojawił się Zygmunt III. Zapewnił nam klęskę cywilizacyjną, której skutki odczuwamy do dzisiaj. Nadal możemy przecież wędrować śladami potopu szwedzkiego - który w jakimś sensie był następstwem jego panowania. Ot, choćby wypalony zamek Krzyżtopór - szkielet wspaniałego theatrum sztuki i mistyki, usytuowany w szczerym polu. Albo opactwo w Czerwińsku: na XVII-wiecznym fresku widzimy "Cierniem Ukoronowanie": oprawcami Chrystusa są na nim Szwedzi.

Do tego doszła unia brzeska - straszliwy pomysł, który zamknął drogę polskiemu prawosławiu. Wcześniej istniały dwa, konkurencyjne ośrodki jednoczenia prawosławia na Wschodzie: Moskwa i Wilno. No i unia brzeska połowę ludności Rzeczypospolitej rzuciła w ramiona Moskwy. I cały ten proces rozpoczął katolicki dewot i zarazem alchemik, który najpierw spalił Wawel, a potem przeniósł się do Warszawy. Zresztą to również było kardynalnym błędem, bo wpływ na losy imperium miała odtąd nie w miarę wyedukowana szlachta z Wielkopolski czy Małopolski, ale tysiące niepiśmiennych Mazurów, którzy w dworkach nie mieli ani książek, ani nawet szyb, tylko błonki z pęcherza. W czasach Zygmunta III uruchomił się straszny czas, który coś z nami zrobił.

Co?

Wpisał nasz indywidualny lęk przed śmiercią w zbiorowy lęk przed obcym, zwłaszcza Żydem. Skoro obcy sprowadza na mnie śmierć, to bez obcego byłbym od niej wolny. Skoro ktoś jest winny, boję się mniej. Dlatego właśnie nie możemy pozbyć się antysemityzmu, mimo że Żydów nie ma już w naszym kraju.

Proszę zwrócić uwagę, że tańce śmierci, tak popularne w średniowieczu na Zachodzie, w Polsce pojawiają się dopiero w XVII w., głównie u bernardynów. Wcześniej ich nie było, bo mimo chrystianizacji porządek świata był u nas pogański: śmierć wydawała się czymś naturalnym w cyklu życia. Słabo schrystianizowany Polak-katolik miał do niej dobry stosunek. Nic nie było wszak jednorazowe, koło życia i śmierci obracało się rytmicznie, działał cykl natury. Wiek XVII - poprzez gwałt, rabunek, zarazę - wprowadził do Polski linearność.

Naszym światem zaczęły rządzić trupy.

Tak, ale pamiętajmy, że kultura polska nadal była żeńska, co wprowadza nas w archaiczny ciąg wszystkiego, co związane z płodnością. Zmarli wracają do łona matki-ziemi, by się odrodzić i powrócić. Jak rycerze spod Giewontu. Maryja została królową Polski w okresie potopu szwedzkiego. Odtąd okrywa nas swoim płaszczem - jak w Mickiewiczowskiej "Inwokacji". Notabene: czy wie Pani, ile Matek Boskich się w niej pojawia?

Jasnogórska i Ostrobramska - czyli dwie.

A ta trzecia, ta, co "gród zamkowy, Nowogródzki ochrania z jego wiernym ludem"? To prawda, w tym mieście nie było wówczas wizerunku Maryi, który cieszyłby się szczególnym kultem, ale Mickiewicz stworzył go swoją imaginacją. Na to wszystko nałożył się inny, wczesny projekt romantyczny. Zorian Dołęga-Chodakowski zaproponował archeologię Słowiańszczyzny. Zszedł w głąb języka i w głąb ziemi, penetrując "żalniki", czyli cmentarze. Odtrącono go, bo dopominał się powrotu tożsamości pogańskiej. Niestety, tę tożsamość wepchnięto w ręce propagandy moskiewskiej, a potem uśmiercono. Ale pojawił się Słowacki z "Kordianem", którego akcja rozpoczyna się wśród grobów. Z krypty wychodzi niedokonany bunt, a warszawskie trumny ruszają, by zdusić cara. Potem Wyspiański tworzy witraże dla katedry wawelskiej, na których widzimy truchła wielkich Polaków.

Trupy wyłażą z grobów. Śmierć nie ma wymiaru ostateczności. Przodkowie są współżywi, powrócą. Historia nie kończy się, ale powtarza. Jak cykliczny porządek Święta Zmarłych, kiedy polskie cmentarze stają się bardzo pogańskie. Nadal przecież Święto Zmarłych czcimy bardziej niż Wielkanoc. A Boże Narodzenie jest dla nas również świętem śmierci. Bo narodziny Dzieciątka zapowiadają Jego śmierć, zaś przy stole wigilijnym stoi puste nakrycie, dla tego, który być może nie żyje, zagubiony gdzieś na Syberii.

Zakończeniem Pana książki jest śmiech. Jaki?

Są dwa jego rodzaje: diabelski i ocalający. Śmiech Juliana Sorela - prowadzący do autodestrukcji, straszny i cyniczny. I śmiech mówiący: "Ha, i cóż z tego?!". Krzepiący jak bulion, który podaje się umierającym.

Zbigniew Mikołejko, "W świecie wszechmogącym. O przemocy, śmierci i Bogu"

Warszawa 2009, Wydawnictwo W.A.B., seria "z wagą"

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]