Siostra śmierć

O. WACŁAW OSZAJCA, jezuita: Są momenty, w których człowiek chce umrzeć, np. gdy przeżywa się coś pięknego. ZBIGNIEW MIKOŁEJKO, religioznawca: Kiedy myślę o śmierci, jestem przerażony!
 / PATRICIA DE MELO MOREIRA / AFP / EAST NEWS
/ PATRICIA DE MELO MOREIRA / AFP / EAST NEWS

ARTUR SPORNIAK: Czy próbowali Panowie wyobrazić sobie moment własnej śmierci?

ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Oczywiście, jak wszyscy... Chyba... Janusz Głowacki, pytany w starszym wieku – jak się potem okazało, niedługo przed śmiercią – co na ten temat myśli, odpowiedział: „Jestem przerażony!”. Ja również jestem przerażony. Tutaj nie da się wierzgać przeciw ościeniowi. Moje ciało i mój duch, które stanowią jedność, buntują się przeciwko „zmianie stanu” – przeciwko temu niechybnemu przejściu. Przy wszystkich narzekaniach, bólach, cierpieniach i grozach tego świata, jednak jestem do niego najgłębiej przywiązany. Zgodziłbym się zresztą na to, żeby została tutaj tylko moja świadomość i żeby miała udział przynajmniej w patrzeniu na świat.

W doświadczeniu człowieczym najważniejsze jest przecież widzenie. Oczywiście doświadczamy całościowo – wszystkimi zmysłami, ale wzrok wybija się na pierwsze miejsce. Chciałbym po śmierci przynajmniej widzieć, chciałbym się napawać dobrymi i złymi przygodami świata. Problemem jest więc nie tyle rozstanie z sobą samym, co właśnie z tymi przygodami świata – gdy ekran zgaśnie... Dla człowieka, który utracił wiarę, jest to wygaszenie absolutne.

Ale nawet dla tych, co wierzą, obrazowanie tego, co potem, stwarza problem. Książka prawosławnego teologa Henryka Paprockiego „Czas. Eseje o wieczności”, będąca przeglądem różnych koncepcji czasu i ich ewentualnych domniemanych lub rzeczywistych związków z koncepcjami wieczności, właściwie również kończy się czernią. Nowe więc myślenie teologiczne odrywa się dzisiaj od tradycyjnego obrazowania tego, co potem.

Jezuici, odprawiając regularnie rekolekcje ignacjańskie, zdaje się często myślą o własnej śmierci...

O. WACŁAW OSZAJCA: Niekoniecznie. Ale na moje myślenie o śmierci wpłynęło pewne zdarzenie. Podczas dość banalnego zabiegu medycznego utraciłem świadomość – i to w sposób na tyle głęboki, że gdy mnie wybudzono, nie mogłem się zorientować, gdzie jestem. Poczułem się obcy sobie samemu. Zobaczyłem świat z perspektywy butów, bo leżałem na ziemi. Ale największy dyskomfort miałem z tym, że... wróciłem. To, co doświadczyłem przez te kilka chwil, będąc nieprzytomnym, było bardzo wyzwalające, lekkie, zupełnie poza wszelkimi pojęciami i wyobrażeniami. To zniknięcie na moment nie da się też porównać z niczym, co dotychczas przeżyłem. Więc pomyślałem tak: jeżeli rzeczywiście po śmierci nie ma nic i jeżeli sam moment śmierci będzie tak przyjemny, to nie ma się czego obawiać.

Czy to była śmierć kliniczna?

WO: Nie. Lekarze to określili jako bardzo głęboką utratę świadomości czy coś takiego.

I rzeczywiście lęk przed śmiercią ustąpił?

WO: Jeśli się czegoś boję, to tego, co będzie przed, czyli długotrwałej choroby, kalectwa – ogólnie bycia ciężarem dla innych.

Czy do śmierci można się przygotować?

WO: Chyba tak. Jest znamienne, że część osób duchownych czy konsekrowanych, np. zakonnic, a także ojców starej formacji, bardzo się boi śmierci. Mają obraz Boga, który za zło karze, a za dobro wynagradza. To bardzo głęboko w nich zostało utwierdzone, zwłaszcza względem sfery seksualnej.

ZM: Czują się winni?

WO: Wręcz obciążeni tym, że jakieś fakty zaistniały w ich życiu, że sobie z życiem seksualnym nie poradzili.

Co najgorsze, to wszystko jest sprowadzane do fizjologii. Tak czasem kwestia celibatu czy wstrzemięźliwości jest widziana. Z tego wniosek, że można się źle przygotować.

ZM: Jakaś inicjacja w śmierć jest jednak możliwa przez korzystanie z różnych tekstów kultury. Czasem tam znajduję ukojenie, a czasem – przeciwnie – mój lęk jest przez lektury podsycany.

Natomiast z samym doświadczeniem śmierci mam inne wspomnienie. Swego czasu byłem bardzo głęboko związany z moją kotką Gają, którą, wraz z jej bratem Natanem, wyhodowałem niemal od „ziarenka”.

Gdy umarła, strasznie to przeżyłem. Położyłem się po jej śmierci na szezlongu i poczułem, że duchowo obumieram. Miałem myśl, żeby w takim stanie pójść za nią, bo wydawało mi się, że byłoby to takie łagodne. Nawet na kilka dni przestałem się zajmować codziennością, ustało we mnie łaknienie – przestałem jeść. Przestałem pragnąć żyć.

Depresja?

ZM: Tak. O podobnych stanach pisze Montaigne w „Próbach”. Np. przywołuje starożytnych stoików. Jeden z nich leczył się głodem z jakiejś choroby, ale tak mu się to spodobało, że doszedł do wniosku, iż nadal będzie się głodzić, aż umrze, bo to przyjemne wchodzenie w śmierć.

WO: Rzeczywiście są takie momenty, w których człowiek chce umrzeć. Na przykład przeżywa się...

ZM: ...załamanie.

WO: Przeciwnie – coś pięknego. Niekoniecznie chodzi o zachód słońca, choć może być i to, ale raczej kiedy trafi się na niesamowity wiersz, obraz, muzykę, na człowieka. Kiedy takie ­olśnienie ­przeżywamy, chce się powiedzieć: można by w tej chwili umrzeć. Myślę, że chodzi tu o mistykę, choć to słowo jest obciążone wieloznacznością. Faustyna w swoim „Dzienniczku” mówi do Jezusa: „Choćbyś mnie zabił, ja Ci ufać będę”. Czyli musiała przeżyć coś takiego, gdzie śmierć przestaje mieć znaczenie, przestaje być czymś, co unicestwi dla niej najważniejszą sprawę – nawet życie jest gotowa zostawić, byle być przy tym, kogo pokochała.

ZM: Knut Hamsun, autor powieści „Głód”, opisuje przeżycie, którego doświadczył, gdy dane mu było zobaczyć panoramę starej Moskwy – później zniszczonej przez Stalina – z tysiącami złotych i zielonych cerkiewnych kopuł. Gdy to zobaczył, rozpłakał się – to miasto było tak piękne! Oczekiwalibyśmy jakiegoś innego przeżycia w obliczu urody świata – tymczasem paradoksalnie mamy do czynienia z przedziwnym żalem.

Dlatego, że piękno jest kruche?

ZM: Nie, raczej dlatego, że dosięgamy ostateczności. Ostatecznego piękna. Pełnię. O podobnym przeżyciu mówi Goethe ustami Fausta: „Trwaj chwilo, jakże jesteś piękna!”.

Jak się to ma do owego pustego ekranu?

ZM: Jedno drugiemu nie przeczy. Mistyka nie jest logiką. Ona żywi się sprzecznościami. Także mistyka świecka, która jest momentem osiągnięcia jakiejś pełni czy ostateczności, którą można nazwać świeckim sacrum. Jest jedno „ale” – dalej już nie można. Następuje więc spadek ze szczytu. Jeśli piękny widok znika, tracimy chwilowy absolut.

WO: Ja dołożę inne „ale”: to, co robimy jako jeszcze żywi ze śmiercią innych. Wystarczy przejść się na jakąś rocznicową uroczystość na Powązkach. Te wszystkie przemówienia, wieńce, sztandary tak bardzo są rozpaczliwe!

ZM: Dlatego, że to pusty rytuał?

WO: Gorzej. To ucieczka od odpowiedzialności za tych, którzy tam leżą. Zwłaszcza gdy czytasz na epitafiach: „19 lat”, „18 lat”, „17 lat”. To myśmy ich wysłali na różne wojny. Ale nawet jak w alei profesorskiej natrafisz na „80 lat”, to też jest jakaś niesprawiedliwość, bo kiedy człowiek najwięcej mógłby dać, przychodzi jakaś choroba i przestajesz dawać cokolwiek. Ciężko mi się zatem pogodzić z myślą, że żyję jako pasożyt, dzięki krwi wielu. Mogę używać pięknych słów: oni zginęli za wolność, za ojczyznę, a nawet w imię Boga. A jednak tym ludziom wyrządziliśmy krzywdę.


Czytaj także: Alma znaczy dusza - rozmowa z Anją Franczak


Dla mnie eschatologia tu się zaczyna: ciałem i duszą domagam się dalszego ciągu życia dla tych ludzi. To może być świecka eschatologia. Leszek Kołakowski w eseju „Jezus ośmieszony” zauważa, że we wczesnym oświeceniu sądzono, iż już wszystko wiemy. (Teologowie ulegli tej pokusie i chcieli zrobić z teologii naukę, zamiast zająć się mistyką.) Natomiast dzisiaj – mówi Kołakowski – przy współczesnych osiągnięciach nauki, czy ktoś jeszcze może powiedzieć, że coś jest niemożliwe? A dlaczegóż świat miałby mieć tylko jedną wersję – taką, jaką znamy?

Jest możliwość inna – patrzenia na śmierć przez pryzmat takiej czy innej religii, która zakłada dalszy ciąg życia. Mnie się wydaje, że oba wątki można pogodzić. Dopóki człowiek nie poczuje się w świecie na swoim miejscu, nie uzna, że to jest jego świat, a on jest jego cząstką, zrodził go cały kosmos (bo przecież jesteśmy dziećmi gwiazd, jak mawiają kosmologowie), dopóki nie zgodzi się na starzenie, na chorowanie, na umieranie, nie może też stać się człowiekiem religijnym. Bo zgodnie z duchem Ewangelii religijność musi być bezinteresowna. Pan Bóg nie może być – jak mówi Rahner – tym, który będzie nam kołysał dzieci, żeby nie płakały. Do czegoś innego jest potrzebny. Tutaj Miłosz mi się przypomina, który w „Traktacie teologicznym” napisał, że żeby człowieka zbroczonego krwią nazwać Bogiem, trzeba szaleństwa. To najlepszy dowód, że sięgamy po niemożliwe. Gdy zatem jestem na cmentarzu, szukam tego niemożliwego.

ZM: Poruszyłeś m.in. wątek, który antropologia kulturowa niezbyt ładnie nazywa „drugim życiem trupa”. Często zdarza się bowiem, że po śmierci umarli dostają się bezwzględnie w ręce żywych, którzy zaczynają nimi grać w imię swoich życiowych hazardów i usiłują wygrać różne sprawy – np. stawiają pomniki, wygłaszają na ich cześć patetyczne słowa, często ich tak naprawdę tym bezczeszcząc w imię jakichś fantazmatów. Zwłaszcza w tym kraju mamy szalone doświadczenia. To nie tylko powstanie warszawskie, ale także powstanie styczniowe z 1863 r. „Obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni. / Hu! Ha! Krew gra, duch gra! Hu! Ha! / Matko Polsko, żyj! / Jezus, Maria! Bij!” – pięknie śpiewamy. Tyle zmarnowanych przedwcześnie losów!

„Żyć możesz tylko dzięki temu, za co mógłbyś umrzeć” – to nie powiedział polski romantyk, tylko Antoine de Saint-Exupéry. Czy to zdanie nie jest prawdziwe?

ZM: Chodzi w nim o ciebie, a nie o umarłych, na których inni się „pasą”.

Czy ci, co szli bez broni, nie myśleli właśnie w ten sposób: umieram za wartości, które nadają życiu sens?

ZM: Myślę, że ci chłopcy stali się ofiarami czegoś, co Piotr Augustyniak w książce „Burzenie polskiego kościoła. Studium o »Wyzwoleniu« Wyspiańskiego” nazywa fantazmatem patetyczno-sienkiewiczowskim, który powodował, że ci chłopcy nie tyle mówili od siebie, co „byli mówieni” przez pewien mentalny system kultury. Sprawiało to, że najlepsze umysły różnych pokoleń szły na zatracenie. Tak działo się z „kolumbami” w czasie II wojny światowej.

Czyli nie da się tego zdania Saint-Exupéry’ego obronić?

WO: Ja bym jednak próbował. O co chodziło tym „chłopcom malowanym”? Przecież nie o nie wiadomo jakie fantazmaty, tylko o to, żeby można było skończyć spokojnie studia, ożenić się, mieć dzieci, mieć pracę – o zwykłe ludzkie sprawy.

ZM: Tak jak Andrzej Trzebiński, który gdy miał 21 lat, został rozstrzelany przez Niemców, mając usta zalane gipsem, a chwilę wcześniej pisał: „Groszku pachnącego przyniosłaś mi w dłoni / Dałaś groszek – dłoni nie chciałaś już dać”. Ważniejszy od okupacji w tym momencie okazał się zawód miłosny. Mówił też, że trzeba zachować heroizm wobec gotującej się zupy. Tylko w okupacyjnych kuchniach było zimą ciepło, więc się tam próbowało myśleć romantycznie.

Mam jednak wrażenie, że posyłanie młodych żywotów na szaleńczą śmierć nie powinno się odbyć bez jakiejś historycznej kary. A polegać ona powinna nie na tym, że milczymy o tych chłopcach, tylko na tym, że milczymy o tych, którzy ich posyłali na śmierć.

WO: Boli mnie, że nie spełniły się ich marzenia. I takich niespełnionych można znaleźć w każdym pokoleniu. W końcu dochodzę do pytania: po jakie licho to wszystko?

Stąd moja odpowiedź: musi być dla nich jakiś ciąg dalszy. I nie chodzi mi o to, żeby go szukać gdzieś tam. Ja nie dzielę rzeczywistości na sacrum i na profanum. Chciałbym, żebyśmy szukali tego ciągu dalszego tutaj.

Chodzi o pamięć?

WO: Nie, raczej o jakieś fizyczne trwanie. Rahner mówi o śmierci jako, powiedzmy, „zmianie stanu skupienia”. Chciałoby się, żeby oddano tamtym ludziom sprawiedliwość w sposób realny.

Jesteśmy w stanie pamiętać – postawić pomnik, zachwycać się wierszami...

WO: My nie jesteśmy w stanie tego dokonać.

ZM: Kierujesz naszą rozmowę ku Bogu?

WO: Zobaczcie, jak to z nami jest: marzymy o tym, chcielibyśmy – to silnie się w nas odzywa.

ZM: Czasem się jednak zastanawiam: a gdybym się urodził niewolnikiem, jak w starożytnym Rzymie, i jedynym moim zadaniem byłoby bycie wprzężonym w młyn, który miele mąkę – cały czas, dopóki nie padnę i nie zostanę zastąpiony innym niewolnikiem. Gdy uświadomimy sobie, że na życie wolnego Greka musiało pracować kilkudziesięciu niewolników, którzy żyli jak trawa...

Oni pomarli bez imienia, bez echa. I z tej perspektywy patrzę na moje życie, do którego jestem tak bardzo przywiązany. Jest tu jakieś rozdarcie, a my mamy pokusę do scalania. Dlatego mówię, że mistyka żywi się paradoksem.

No ale jeżeli ekran rzeczywiście gaśnie i nie ma żadnego dalszego ciągu, co nam po mistyce?

ZM: Wtedy jedyną rzeczywistością, jaką mam do dyspozycji, jest „tu i teraz”, którego sens się pojawia na chwilę, a zaraz potem się rozwiewa, pojawia się gorycz, nieszczęście. Myślę, że wówczas odkupienie polega na tym, żeby zrobić jak najwięcej różnych porządnych rzeczy. Taką odpowiedź podpowiada stary Kohelet: masz dla siebie kawałek czasu, wykorzystaj go dobrze, bo zaraz on minie i jak zwierzę zejdziesz do otchłani. Masz zrobić, co należy: zasadzić winnicę, zbudować dom, pracować. Zatem w miarę starzenia się moją odpowiedzią na życie jest praco­holizm.

Dla kogo i po co?

ZM: Dla pozostałych. Bo nie chodzi jednak o „nie wszystek umrę”.

Dziś wiemy, że jakaś katastrofa nadejdzie. Jeszcze nie wiemy kiedy, być może rychło. I pozostałych też nie będzie. Książki spłoną...

ZM: Spłoną. Każdy kamień rozsypie się w pył. To jest jasne. Ale ważne jest „tu i teraz”, ważna jest moja świadomość obecna. Świadomość, która pragnie zachować po sobie jakąś niteczkę istnienia. Przynajmniej przez jakiś czas. Przypominam sobie reportaż z lat 70. o domu starców dla ludzi, którzy nie mieli nic. I część z nich wymykała się, by na ulicy żebrać, gdyż chcieli uzbierać na najtańszy pogrzeb i grób z krzyżem i tabliczką z nazwiskiem. Chcieli bardzo, żeby ktoś kiedyś na tę tabliczkę rzucił okiem. Myślę, że warto zmagać się o umarłych, nie wolno pozwolić im odejść ostatecznie.

Chrześcijaństwo jest religią głoszącą właśnie „dalszy ciąg”, którym będzie zmartwychwstanie. Dlatego jest na niego ciągłe zapotrzebowanie?

WO: Pod warunkiem, że zrezygnujemy z prostego wizualizowania zmartwychwstania. W tradycji wschodniej nigdy nie pisano ikon Zmartwychwstania. Malowano za to ikonę Zstąpienia do piekieł. A zatem to, co wnosi chrześcijaństwo, to poczucie, że ból, cierpienie, cała ohyda świata nie wymknęła się Panu Bogu z rąk.

ZM: Nie przypadkiem zmartwychwstanie określa się słowem anastasis – od paradoksalnych słów anioła: „Nie ma go tu, zmartwychwstał”. Czyli zmartwychwstanie to pustka.

WO: Zmartwychwstanie oznacza też przejście – śmierć nie jest kresem ludzkiego życia. Np. dla jezuickiego teologa Ladislausa Borosa śmierć jest równoczesna ze zmartwychwstaniem. To, co zostaje, to materiał z rozbiórki, gospodarz żyje zaś dalej. Nie da się tego opisać. Boros próbuje słowem. Nasz Jacek Malczewski serią obrazów „Thanatos”. Wszystko to sposoby powiedzenia, że życie jest silniejsze od śmierci. I teraz mam do wyboru: albo uznać, że wybieram to, co przesuwa moje patrzenie za horyzont możliwości, i wtedy tajemnica nie jest pustką, albo uznać, że jednak jest pustką, ale zawsze wtedy mogę za współczesnymi astronomami czy fizykami powiedzieć, iż jest pustką niestabilną, która rodzi inny świat. Zatem ciąg dalszy albo coś innego. Trzecia droga uznaje śmierć za ostateczny kres.

Te trzy drogi, trzy pomysły na ludzkie życie – jeśli je człowiek naprawdę przyjmie – są w stanie go przyprowadzić do tego momentu, kiedy w śmierci będzie mógł powiedzieć: narozrabiałem w tym życiu sporo, coś mi się jednak udało dołożyć do swoich czasów i dać ludziom z siebie i teraz robię miejsce dla innych. A co dalej – zobaczymy.

 

ZM: Mamy zatem wiarę, która zawsze podszyta jest zwątpieniem, albo zwątpienie, które jest złaknione jakiejś wiary. ©℗

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Jezuita, teolog, publicysta, poeta. Autor wielu książek i publikacji, wierszy oraz tłumaczeń. Wielokrotny laureat nagród dziennikarskich i literackich.
Kierownik działu Wiara w „Tygodniku Powszechnym”. Ur. 1966 r., absolwent Wydziału Mechanicznego AGH, studiował filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i teologię w Kolegium Filozoficzno-Teologicznym Dominikanów. Opracowanymi razem z… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 44/2019