Muzeum II Wojny zawsze prezentowało męczeństwo Polaków. Tyle że kiedyś nie robiło tego topornie

Burza wokół przywrócenia pierwotnego kształtu wystawy w gdańskiej placówce pokazuje, jak wąskie zrobiło się w naszym kraju pole między barykadami.
Czyta się kilka minut
Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. // Fot. Materiały prasowe MIIWŚ
Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. // Fot. Materiały prasowe MIIWŚ

Siedem lat w polityce to szmat czasu. „Mam bardzo osobisty stosunek do Muzeum II Wojny Światowej, nie tylko dlatego, że inicjowałem jego budowę jeszcze w roli premiera, ale też dlatego, że jestem gdańszczaninem, a tu się wszystko zaczęło – mówił w rozmowie z reporterem TVN24 Donald Tusk w 2017 r., gdy PiS szykował się już do wprowadzenia zmian w wystawie stałej otwartego dopiero co muzeum. – Taki był nasz zamysł, żeby każdy, kto przyjedzie do Gdańska ze świata, z Europy, z Polski, pamiętał, że to najstraszniejsze wydarzenie w dziejach ludzkości zaczęło się tutaj. I tutaj jest chyba najlepsze miejsce do refleksji, żeby to się nigdy nie powtórzyło” – podkreślił ówczesny przewodniczący Rady Europejskiej, dodając, że nie rozumie zamieszania, które ówczesne władze wokół tego muzeum rozpętały. Wyznawał też, że jest bardzo poruszony. Że patrzy na twarze zwiedzających, wzruszone, momentami – zwłaszcza wśród najmłodszych – przerażone. I że cieszy się, iż zdążył zobaczyć wystawę przed zapowiadanymi przez PiS ingerencjami.

Dzisiaj ten sam polityk również nie rozumie: komentując zapowiedź powrotu do pierwotnej, stworzonej za jego czasów koncepcji wystawy, wyraża nadzieję, że władze muzeum podejmą decyzje, „które nikogo nie będą raniły ani drażniły, bo nie ma żadnego powodu, żeby te elementy naszej historii, te symbole, takie postaci, były pretekstem do niepokoju czy waśni”. „Mam nadzieję, że zapadną decyzje, które unieważnią to zamieszanie” – dodaje szef polskiego rządu.

O jakie zamieszanie chodzi?

Coraz więcej patriotów

Muzeum II Wojny Światowej faktycznie powołano do istnienia za czasów pierwszego premierostwa Donalda Tuska, w 2008 r., a wśród jego twórców był ówczesny doradca lidera PO, prof. Paweł Machcewicz. Prace nad koncepcją programową placówki – z udziałem wybitnych historyków z Polski i ze świata, m.in. Normana Daviesa, Timothy’ego Snydera, Israela Gutmana, Tomasza Szaroty, Włodzimierza Borodzieja czy Jerzego W. Borejszy – trwały blisko dekadę, podobnie jak budowa jej gdańskiej siedziby. 

W międzyczasie jednak zmienił się rząd: kiedy w 2017 r. Muzeum otwierano, ówczesny minister kultury Piotr Gliński zdecydował już o połączeniu go z Muzeum Westerplatte, co miało umożliwić zarówno zmianę kierownictwa instytucji, jak – z czasem – dokonanie zmian w koncepcji wystawy stałej. Kampania prawicowych mediów, wymierzona w ów, przyznajmy, jeden z nielicznych tak ambitnych projektów polityki historycznej wymyślonych w pierwszym ćwierćwieczu III RP, była już wówczas rozkręcona do granic możliwości. Na prof. Machcewicza nasyłano nawet CBA.

Nowi zarządcy muzeum nie bawili się w subtelności: w kluczowych miejscach ekspozycji, poświęconych m.in. Zagładzie Żydów, wprowadzili elementy wyjątkowo grubą kreską podkreślające (obecne na niej i przedtem) polskie bohaterstwo i martyrologię, np. w sali opowiadającej o Auschwitz dodali nową instalację, przedstawiającą… rodzinę Ulmów. W 2023 r. przegrali wprawdzie proces o naruszenie praw autorskich i dobrego imienia autorów ekspozycji, ale sąd nie nakazał przywrócenia jej pierwotnego kształtu ze względu na fakt, że zmiany (w jego ocenie) nie były zauważalne dla większości odbiorców. No cóż, sędziowie nie muszą być ekspertami od muzealnej narracji…

Instalacja przedstawiająca rodzinę Ulmów w Muzeum II Wojny Światowej // Fot. M. Bujak / Materiały prasowe MIIWS

Po wygranych w październiku wyborach, nowy rząd zmienił władze muzeum po raz kolejny: do Gdańska wrócili m.in. współautorzy pierwotnego scenariusza wystawy głównej, Rafał Wnuk i Janusz Marszalec. Trudno się dziwić, że wśród ich pierwszych decyzji było przywrócenie oryginalnej koncepcji wystawy. I pewnie trudno dziwić się również, że w zmienionych okolicznościach zewnętrznych – kiedy nowy rząd rywalizuje z opozycją także o konserwatywny elektorat – wywołało to burzę. I to nie tylko w obozie PiS.

Donald Tusk nie był bowiem jedynym politykiem koalicji rządzącej krytykującym powrót przez władze muzeum do pierwotnej koncepcji. „Wystawa główna Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku musi być przykładem tego, co nas łączy, nie dzieli. Usuwanie z niej tych, którzy dawali świadectwo patriotyzmu i niezłomnej walki o dobro Ojczyzny, jest niedopuszczalne. Fragmenty ekspozycji dotyczące rotmistrza Witolda Pileckiego, ojca Maksymiliana Kolbego oraz rodziny Ulmów powinny zostać natychmiast przywrócone” – orzekł na portalu X wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz.

Coraz więcej populizmu

Powiedzmy to od razu, cytując opublikowaną w „TP”, krytyczną skądinąd, recenzję pierwotnej wystawy stałej, pióra Piotra Stankiewicza: „w gdańskim Muzeum mamy wszystkie niemieckie zbrodnie, wszystko, co uświęciła krew Polaków, mamy Polskę jako pierwszą skałę cnoty, o którą rozbija się ekspansja Hitlera. Jeśli to jest za mało polskocentryczne – nie wiem, co będzie wystarczające”.

Może problem w tym, że Stankiewicz pisał te słowa w 2017 r., mniej więcej w tym samym czasie, gdy Muzeum zwiedzał Donald Tusk. Wtedy jeszcze zwrot populistyczny w polskiej polityce nie był aż tak wyraźny, a postawa apologetyczna wobec narodowej historii dopuszczała cieniowanie i refleksję, dotyczącą nie tylko relacji polsko-żydowskich pod okupacją niemiecką.

Przyznam, że żal mi historyków i współpracujących z nimi kuratorów tej wystawy. Kiedy kilkanaście lat temu rozpoczynali pracę nad jej koncepcją, nie zdawali sobie pewnie sprawy, że znajdą się w samym sercu ideologicznego sporu. Ot, chcieli po prostu przybliżyć europejskiemu, coraz mniej pamiętającemu widzowi tragedię wojny w sposób jak najbliższy rzeczywistości. Wojny, w której sprawa polska była ważnym komponentem, ale, co chyba oczywiste, nie jedynym. Wojny, w której oprócz heroizmu i bohaterstwa była także jakaś, jakkolwiek to zabrzmi, codzienność. W której większość wplątanych w nią jednostek nie walczy. W której w skład tej większości wchodzą cywile, także kobiety i dzieci. Jeńcy i uchodźcy. Przedstawiciele mniejszości etnicznych – przede wszystkim, oczywiście, Żydzi – i seksualnych.

Wystawa główna w Muzeum II Wojny Światowej // Fot. M. Bujak / Materiały prasowe MIIWS

„Nad całością wędrówki przez kilkanaście sal wystawy unosi się duch uniwersalności tragicznych doświadczeń ludności świata w latach trzydziestych i czterdziestych: doświadczenia wysiedleń, przesiedleń, wymuszonych migracji, uchodźstwa, doświadczenia deprywacji ekonomicznej i materialno-bytowej, głodu, ubóstwa, konieczności substytucji i erzacu wszystkiego, od herbaty, przez mydło, po ręce do pracy (w takim duchu można czytać amerykańskie plakaty mobilizujące kobiety do pracy w fabrykach), doświadczenia bezdomności i zniszczenia substancji materialnej i duchowej, doświadczenia sieroctwa i więzienia” – pisała przed laty Kornelia Sobczak w recenzującym tę ekspozycję i bardziej jeszcze krytycznym od tekstu Stankiewicza artykule pod znamiennym tytułem „Bezradność liberałów”; dla niej – zwolenniczki „historii krytycznej” – na wystawie za dużo było niedopowiedzeń, przeoczeń i wieloznaczności tam, gdzie prosiłoby się o krytykę polskich postaw, np. wobec Zagłady.

Coraz mniej powietrza

I tak to właśnie wyglądało wtedy, siedem lat temu, gdy inna była tzw. mądrość etapu: nie do końca komfortowo dla żadnej ze skrajnych stron polsko-polskiego sporu. A zarazem na tyle dobrze, że w 2016 r. jeden z członków ówczesnego Kolegium Programowego Muzeum Timothy Snyder i niezwiązany z tym przedsięwzięciem, będący za to jednym z największych autorytetów historycznych polskiej prawicy Andrzej Nowak pisali wspólnie, że „wystawa oddaje zarówno prawdę historyczną w wymiarze ogólnego obrazu wojny, jak i szczególne miejsce w niej Polski”.

Powtórzmy: wbrew opowieściom Jarosława Kaczyńskiego (na antenie Radia Maryja w 2017 r.) o „swoistym darze Tuska dla Merkel”, Muzeum II Wojny zawsze prezentowało męczeństwo Polaków. Prezentowało, bo nie sposób go nie prezentować na polskiej ziemi i w placówce muzealnej polskiego państwa (to przecież normalne, że państwa uprawiają politykę historyczną, a muzea są do tego świetnym narzędziem). Prezentowało jednak w sposób przemawiający do niezorientowanego przybysza ze świata, czyniąc je fragmentem uniwersalnej opowieści, wpisując w kontekst europejski. Nie traktując ojca Kolbe, rodziny Ulmów czy rotmistrza Pileckiego instrumentalnie, jak listek figowy czy, nie daj Bóg, cep.

Przecież w gruncie rzeczy to właśnie mówili osiem lat temu Snyder i Nowak. Przecież to właśnie dzięki temu aż takie wrażenie robił pokazany w Muzeum wysiłek Państwa Podziemnego czy Polacy ratujący Żydów (a także pakt Ribbentrop-Mołotow, Katyń, sowiecka okupacja wschodniej części Rzeczypospolitej i krajów bałtyckich w latach 1939-41 albo zbrodnie NKWD w czasie „wyzwalania” tych terenów). Owszem, Muzeum opowiadało historię nie czarno-białą i czytankową (było tu miejsce dla losu niemieckich cywilów po wejściu Armii Czerwonej, było miejsce i dla Jedwabnego), ale właśnie dlatego wiarygodną.

Problem chyba w tym, że pole, na którym mieści się to, co pomiędzy barykadami, robi się w dzisiejszej Polsce coraz węższe i węższe. Kiedy Piotr Stankiewicz przestrzegał w 2017 r., że „pożądanie bogoojczyźnianej i narodowej martyrologii jest najwyraźniej – jak każde pożądanie – niemożliwe do zaspokojenia, a kto raz je żywi, ten będzie chciał już tylko więcej i więcej”, pisał o rządzie PiS. Siedem lat później brzmi to jak opis rządu PO i Trzeciej Drogi.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”