Siedemdziesiąt sześć hot dogów. Nie zjadam tyle nawet w rok, choć nie pogardzę dobrym serdelem, a tymczasem jest człowiek, któremu wystarczy na to dziesięć minut. Czy jest opcja wege? Jest, na przykład 140 jajek na twardo. Albo 12,5 kilo smażonych główek szparaga. To tylko trzy spośród trzydziestu paru rekordów epickiego czempiona Ameryki w zjadaniu na czas, który od parunastu lat wygrywa każdy możliwy konkurs. 5,5 kilo szarlotki w dziesięć minut? Proszę bardzo, Joey Chestnut (czyli po naszemu Ziutek Kasztan) jeszcze okruszki zdąży zlizać.
W gargantuicznym portfolio konkursów wielkiego żarcia zarządzanym przez Major League Eating – ligę wzorowaną na NBA, najważniejsza data to święto 4 lipca, kiedy na plaży Coney Island na skraju Brooklynu odbywają się transmitowane na cały kraj zawody w jedzeniu hot dogów marki Nathan’s (tak w ogóle, to hot dogi narodziły się właśnie w budkach przy tej plaży, a pan Nathan Handwerker przybył wprost z Narola w powiecie lubaczowskim). Na miesiąc przed tegorocznym festynem gruchnęła wieść, że Chestnut został wykluczony, bo ma kontrakt reklamowy z konkurencyjną marką. Nikt nie ma pretensji, że dorabia, monetyzując swą twarz (np. reklamuje proszki na zgagę). Ale cudze hot dogi to już za dużo. „To tak, jakby Michael Jordan przyszedł do szefów Nike i powiedział, że chciałby dorobić parę groszy u Adidasa” – tłumaczył mediom prezes ligi.
I to jeszcze jak cudze! Chestnut związał się z marką Impossible Meat. To udane zamienniki mięsa, które wreszcie nie smakują jak nasączona glutaminianem tektura. Nowa kampania wegeburgerów przemawia do mięsożerców z humorem i bez wyższościowego moralizowania. Zamiast „jak wy możecie jeść zwierzątka, podłe potwory?!”, mówi mniej więcej: „słuchaj, Ameryko, świat nam mówi, że z mięsem jest jakiś problem, więc zamiast jeść mniej, będziemy jeść go jeszcze więcej, tylko że roślinnego”. Ten numer by w Europie nie przeszedł, bo branża wylobbowała zakaz mówienia „roślinne mięso” albo „roślinne mleko”. Cóż, jest w tym jakaś semantyczna racja, ale walenie paragrafami w obyczaje jest żałosne. Zresztą europejscy aktywiści prozwierzęcy też najchętniej by załatwili wszystko zakazami.
Pomysł z zatrudnieniem hotdogowej ikony, bo taka postać będzie wiarygodna dla mięsożerców, mieli jednak nie zawodowi naprawiacze świata, tylko producenci. Tacy ludzie widzą swój interes nie w tym, żeby planeta stała się zieleńsza, tylko żeby sprzedać swój towar na trudnym, zatłoczonym od nadmiaru wszystkiego rynku. Kupiecki pragmatyzm nie nadaje się na wytrych do każdego problemu sfery publicznej, ale zawsze warto spróbować. Zresztą – robimy to. Nasi politycy gadają jak księgowi, tylko nieco nieśmiało i obłudnie – w odróżnieniu od Amerykanów wstydzimy się tępego „materializmu” i jarmarczności.
Przy tym jarmark i odpust to nie są wstydliwe, ciemne kąty amerykańskiej tożsamości. O awanturze wokół Chestnuta dowiedziałem się z dwóch gazet, które uchodzą tam za najpoważniejsze. „Washington Post” drukuje nawet eleganckie wykresy z paróweczkami, gdzie z największą powagą analizuje się, jak od lat 80. rosła liczba hot dogów zapewniających rekord, i rozważa w punktach, jakie warunki cielesne pozwalają wygrywać najlepszym oraz na czym polega trening. Nie będę wam tego referował, brzuch boli na samą myśl – chyba że moją rubryczkę zasponsoruje Herbapol.
Patrzę na filmiki z zawodów u Nathana i nie skleja mi się to w całość. Naród tak bezczelnie ludyczny, uwielbiający tandetę i przesadę (przesada w jedzeniu to zapewne ślad po karnawałach i mięsopustach z dawnych czasów głodu). A z drugiej strony wiedzie prym w każdej możliwej nauce i daje nam wielu najsubtelniejszych artystów. Wszystko na maksa – i w kiczu, i w wyrafinowaniu. A może wszyscy, jednostkowo i w naszych wspólnotach, jesteśmy pod spodem jarmarczni, żądni tandety, słodkiej waty, kapiszonów i różowego jednorożca? Różnica jest taka, że Amerykanie tę energię bez żenady do głosu dopuszczają, mają zatem więcej siły. I dlatego to my się trzęsiemy ze strachu na myśl o ich wyborach w listopadzie, a nie na odwrót.
Kto z nas nie chwalił się nigdy, że w tłusty czwartek wciągnął cztery pączki? Obżarstwo skomercjalizowane w oprawie patriotycznej to grzech przeciw bliźnim i występek przeciw ciału. Ale za alibi weźmy fakt, że nawet w Buckingham Palace jadają czasem efekciarsko i na pokaz. Taki jest bowiem – moim zdaniem – przepis na ulubione risotto króla Karola. Siekamy drobno czerwoną cebulę, dusimy pomalutku na paru łyżkach oliwy na dużej patelni, dodajemy 300 g ryżu, prażymy, delikatnie mieszając, podlewamy białym winem, a kiedy odparuje – wrzącym bulionem mięsnym. W połowie gotowania dodajemy namoczone w wodzie parę słupków szafranu i dwie łyżki gorgonzoli, a gdy się rozpuści, dokładamy jeszcze łyżkę pasty truflowej. Kiedy ryż dojdzie, gasimy ogień i wkręcamy energicznie 50 g zimnego masła i jeszcze trochę gorgonzoli oraz szczodrą garść parmezanu. W kuchni pałacowej sypią na koniec wiórki z trufli. Jeśli was stać, nie żałujcie – ale i bez nich w tym daniu jest wszystkiego za dużo.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















