Reklama

Moje płuca na styk

Moje płuca na styk

26.10.2020
Czyta się kilka minut
Marek Biskup, pacjent po przeszczepie: Nasz brak sprzeciwu wobec pobrania narządów po śmierci może uratować nawet siedem osób. Ratunek dla mnie przyszedł w ostatniej chwili.
Fot. Pixabay.com/Broesis
P

PRZEMYSŁAW WILCZYŃSKI: Zacznijmy od Pana punktu zwrotnego.

MAREK BISKUP: Wiosna roku 2018, standardowa w moim przypadku biegowa rozgrzewka przed sezonem. W ogóle byłem wówczas bardzo aktywnym człowiekiem.

I sportowo, i zawodowo.

Trzydzieści lat temu założyłem z kolegami firmę badającą rynek – SMG KRC, która teraz nazywa się Kantar Polska. Poza pracą była aktywność fizyczna: maratony, treningi z antyterrorystami, wspinaczki na szczyty ponad 6 tysięcy metrów nad poziomem morza, rower, piłka, podróże po świecie z córkami... Tymczasem tamtego wiosennego dnia zauważyłem nagle, że nie jestem w stanie przejść od truchtu do szybszego biegu.

Lekarz, skierowanie do pulmonologa, badania. I diagnoza z maja 2018 roku: idiopatyczne włóknienie płuc (IPF). Okazało się, że proces chorobowy toczył się w moim organizmie już od dłuższego czasu, i że moje płuca działają na jakieś 60 procent możliwości. Powiedziano mi, że medycyna nie zna sposobu, by tę chorobę wyleczyć, i że różnie może się ona rozwinąć.

Za namową przyjaciół zdecydowałem się na dodatkowe badanie: kriobiopsję, czyli pobranie wycinka płuc, by lekarze mogli precyzyjniej określić stan tego narządu. To był listopad, zabieg miał trwać pół godziny. Tyle że doszło, moim zdaniem na skutek błędu, do krwotoku wewnętrznego i zalania płuc krwią. Obudziłem się po trzech dniach, reanimowany, a lekarz stwierdził, że normalny człowiek by tego nie przeżył. Płuca były tak zniszczone, że lekarze rozłożyli ręce: nie widzieli możliwości ratunku. W zasadzie mogłem czekać na koniec.

Ale Pana rodzina walczyła.

Dowiedzieli się, że są w Polsce ośrodki przeszczepiające płuca. Dwa odmówiły, jeden ze względu na ryzyko, jakie niosła ze sobą operacja. Zgodził się mnie ratować młody zespół specjalistów z Zabrza. Płuca są najtrudniejszym organem i do przeszczepiania, i do późniejszej rehabilitacji. Zabieg trwa dwanaście, czternaście godzin. Operowali mnie doktorzy Tomasz Stącel i Maciej Urlik, członkowie zespołu dr. hab. n. med. Marka Ochmana, kierującego Oddziałem Transplantacji Płuc Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Mieli już wtedy na koncie bardzo wiele udanych przeszczepów płuc. Choć mój zabieg był pierwszym na pacjencie podłączonym pod ECMO.

Czyli?

To ciągłe pozaustrojowe natlenianie krwi, stosowane wobec pacjentów z ostrą niewydolnością oddechową bądź krążeniową. Zostałem lotniczo przetransportowany do Zabrza.

Jak długo czekał Pan na dawcę?

Dwa i pół tygodnia. ECMO ratuje życie, ale ma też ograniczenia: po dwóch, trzech tygodniach zaczynają się degenerować inne narządy. Gdy znaleziono dla mnie płuca, byłem na granicy. Ratunek przyszedł w ostatniej chwili.

Co Pan wie o dawcy?

Takie informacje nie są w Polsce oficjalnie przekazywane. A nieoficjalnie dowiedziałem się niewiele: dostałem płuca od kobiety. Przed operacją byłem w stanie wegetatywnym, więc lekarze nie byli nawet w stanie dokonać dokładnych obliczeń objętości mojej klatki piersiowej, a co za tym idzie, oszacować precyzyjnie, jakiej wielkości organ będzie dla mnie idealny. Musieli zaryzykować: facetowi o wzroście 178 centymetrów wszczepić płuca od kobiety, która miała – jak się dowiedziałem – 170 centymetrów. Powiedzieli później: „Te płuca, panie Marku, weszły na styk”. Są mniejsze od moich oryginalnych, ale już dwa lata dobrze mi służą.

Choć początki były trudne.

Straciłem 24 kilo, uczyłem się na nowo mówić, chodzić, podnosić rękę. Po dwóch miesiącach wcześniejsze przygotowanie fizyczne zaprocentowało. Po pół roku wróciłem do pracy.

A w 2019 r. przeprowadził Pan wraz ze współpracownikami z Kantar Polska (przy wsparciu Polskiego Towarzystwa Badaczy Rynku i Opinii) projekt badawczy. Wyszło z niego, że to wcale nie Polacy i ich mentalność stanowią – jak głosi obiegowa opinia – największa barierę w polskiej transplantologii.

Gdy jeszcze leżałem w szpitalu po operacji, pytałem lekarzy, co można zrobić, by zwiększyć liczbę przeszczepów. Na pytanie o bariery, odpowiadali: opór rodzin przed pobieraniem narządów. Pomyślałem, że trzeba to sprawdzić. Wcześniej przeanalizowałem dostępne dane, z których wynikało, że 90 proc. rodzin szanuje wolę zmarłego bliskiego. W polskim porządku prawnym trzeba wyrazić za życia sprzeciw wobec przeszczepu, by zamknąć drogę lekarzom do pobrania narządów po śmierci. W rozmowie z rodziną tzw. koordynator donacyjny mówi, że sprawdzono rejestr sprzeciwu, i wobec braku formalnego weta prosi o odpowiedź na pytanie: czy członkowie rodziny wiedzą coś o takim – ustnym bądź pisemnym – braku zgody? Jeśli rodzina odpowie na to pytanie twierdząco, to pomimo braku formalnych przeciwwskazań do przeszczepu zwykle się go nie dokonuje, chcąc uniknąć problemów prawnych.

Z czego wynika opór owych 10 procent?

Ze stereotypów, miejskich bądź wiejskich legend. Np. że śmierć mózgu „niczego nie oznacza”. Słyszałem o księdzu, który organizował msze o uzdrowienie nieżyjącego w gruncie rzeczy człowieka. Albo o wsi, gdzie potępiono rodzinę zmarłego, którego narządy poszły na przeszczep. Rozpuszczano plotki, że ta rodzina sprzedała narządy i kupiła sobie za to samochód. Ale to pojedyncze przypadki.

Co do naszego raportu, rozmawialiśmy m.in. z dyrektorami szpitali, i z tych rozmów wyszło nam, że główne bariery są systemowe: na czele z brakiem edukacji w dziedzinie transplantologii na studiach medycznych. A jeśli idzie o opór społeczny, także z naszych badań wyszło, że jego skala nie jest aż tak duża. Na pytanie o gotowość do oddania narządów bliskiego 54 proc. odpowiedziało „zdecydowanie tak” lub „raczej tak”, a 25 procent „nie wiem”. Łącznie daje nam to 79 procent. Pozostali mówią „raczej nie”, zaś zdecydowany sprzeciw to tylko 7 proc. pytanych.

Ci wahający się i sprzeciwiający dają nam pewność, że jest jeszcze przestrzeń do przekonywania i edukowania. I nakłaniania ludzi, by o swoich planach rozmawiali z bliskimi. Być może dzięki temu kiedyś w przyszłości, gdy koordynator donacyjny zapuka do tych czy innych drzwi, usłyszy: „Pamiętam, jak tata, po usłyszeniu komunikatu kampanii społecznej powiedział, że on chętnie oddałby swoje narządy do przeszczepu”.

Właśnie rusza Pan z taką kampanią: z okazji przypadającego na 26 października Światowego Dnia Donacji i Transplantacji znany aktor Tomasz Kot, kojarzony m.in. z roli prof. Zbigniewa Religi w filmie „Bogowie”, wystąpi w największych stacjach radiowych z 30-sekundowym przesłaniem.

Emisja nastąpi jednak nie we wspomnianym dniu, ale 31 października i 1 listopada. Ludzie podróżują wtedy razem samochodami, są w bardziej refleksyjnym nastroju. Liczymy na to, że przy tej okazji może dojść do rozmów i deklaracji, na jakich wszystkim nam bardzo zależy. Te zaś mogą w przyszłości zaowocować jeszcze wyższym odsetkiem Polaków skłonnych – w razie zaistnienia szczególnych okoliczności – oddać swoje narządy na przeszczep.

„W ubiegłym roku lekarze ocalili życie ponad 1500 pacjentów, przeszczepiając narządy od osób zmarłych – mówi Tomasz Kot. – Rodziny dawców rzadko wiedziały, jaka była ich wola, a mimo to chciały znaleźć sens w stracie bliskiej osoby, i uratować krytycznie chorych (…) Uratowani dzięki przeszczepom i ich rodziny dziękują dziś za bezcenny dar życia. Twój brak sprzeciwu może uratować życie nawet siedmiu osobom (...)”.

Ta liczba jest nieprzypadkowa – chodzi o dwa płuca, dwie nerki, wątrobę, serce i trzustkę – choć również czysto teoretyczna, bo rzadko dziś dochodzi do transplantacji trzustek, a także coraz rzadziej przeszczepia się pojedyncze płuco. Mam jednak nadzieję, że także ta cyfra przemówi do wyobraźni słuchaczy.

Jaki jest Pana prywatny komunikat dla rodziny dawczyni?

Moja historia była już opisywana w internecie, ale nie wiem nawet, po jakich kanałach mediowych ta rodzina się porusza, więc nie mam też pojęcia, czy o mnie usłyszeli. Jedyne, co mogłem zrobić i co zrobiłem, to wysłanie listu do koordynatora donacyjnego, którego też zresztą nie mam prawa znać – że jestem, żyję. I zarówno ja, jak i moi bliscy dziękujemy tej rodzinie.

Jak wygląda dziś Pana życie?

Większość osób po przeszczepach odczuwa znaczną poprawę – przed zabiegiem byli w fatalnym stanie, teraz dostali jakby drugie życie. W moim przypadku było trochę inaczej: mimo schorzenia przed przeszczepem nie odczuwałem długo dolegliwości, nadal pamiętam siebie doskonale funkcjonującego. Dla mnie ten nowy etap życia nie był łatwy: była długa rehabilitacja, a do tego trwające do dziś powikłania, m.in. oskrzelowe.

Staram się już jednak być aktywny. I żyć normalnie.


Marek Biskup / ARCHIWUM PRYWATNE
Galeria zdjęć

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Przemysław Wilczyński / Fot. Grażyna Makara
Dziennikarz działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, specjalizuje się w tematyce społecznej i edukacyjnej. Jest laureatem Nagrody im. Barbary N. Łopieńskiej i – wraz z Bartkiem Dobrochem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]