Reklama

Moja Blava

Moja Blava

16.01.2006
Czyta się kilka minut
Urok bez blichtru, zabawa bez komercji, ciepło nawet w mroźne dni. Bratysława pozbierała pozytywne cechy metropolii i małej mieściny, gubiąc gdzieś wady jednego i drugiego. W tym mieście można się zakochać na całe życie. Warunek: trzeba tam najpierw trafić.
Zamek na wzgórzu nad Dunajem i widok na socjalistyczne osiedla na drugim brzegu (fot. KNA-Bild)
A

A trafić do Bratysławy nie jest łatwo, bo legenda i uroki tego półmilionowego miasta do Polski jeszcze nie dotarły, tłumione przez konkurencję. Młodzi i starsi Polacy jeżdżą tłumnie w słowackie Tatry i do słowackich wód termalnych, jeżdżą do Pragi, do Wiednia, do Budapesztu - a przy tym przez Bratysławę co najwyżej przejeżdżają. Mało kto o tym mieście słyszał cokolwiek, a pozytywnego - jeszcze rzadziej.

Na moje i mojego męża entuzjastyczne opowieści o Bratysławie przyjaciele niezmiennie reagowali z dystansem i ledwie uprzejmym zainteresowaniem. Tak, aby nas nie urazić stwierdzeniem, że tak naprawdę to opowiadamy bzdury, bo przecież piękna jest Praga czy Wiedeń, a nie mała mieścina, przycupnięta gdzieś... dokładnie nie wiadomo gdzie. Nad Dunajem? Naprawdę? Bo rzadko kto kojarzy nawet tak skromny fakt, że Dunaj - rzeka owiana romantyczną legendą - przepływa także przez stolicę Słowacji.

A Bratysława jest porywająco piękna, przy tym po ludzku sympatyczna. Także z tego powodu, że ciągle jeszcze nie jest zatłoczona turystami, w przeciwieństwie do innych środkowoeuropejskich stolic. Jest jak młodsza i mniej atrakcyjna siostra Pragi, taka, która idzie na bal w starej sukience, ale mimo to nie traci pewności siebie, wiedząc, że to w jej towarzystwie goście czują się najlepiej.

Bratysława jest przyjazna, ale trzeba dać jej czas, aby pokazała swój urok. Zresztą czas płynie tu nieco wolniej, regulowany leniwym, gęstym nurtem Dunaju.

Pozsony, Pressburg, Preszporok...

Bratysława - czyli "Blava", jak mówią o niej pieszczotliwie Słowacy - jest miastem o wielowiekowej historii, w której zapisały się skomplikowane losy Europy Środkowej. Bo choć stolicą jest od wieków, to dopiero od 13 lat niezależnej Słowacji.

Od 1536 r. to tu byli koronowani węgierscy monarchowie. Nie nazywała się zresztą wtedy Bratysława, ale Pozsony. Ludność niemieckojęzyczna - przecież Wiedeń leży w odległości 70 km - mówiła na nią Pressburg, co z kolei Słowacy wymawiali jako Preszporok (Prešporok).

Ta nazwa, dziś znana tylko ze wspomnień, była żywa jeszcze przed II wojną światową, bo przecież nazwa "Bratysława" na mapie pojawiła się dopiero w 1919 r. razem z pojawieniem się Czechosłowacji. Wtedy, po I wojnie światowej, dla Preszporka szukano nowego miana, które by nie brzmiało ani germańsko, ani madziarsko. W debatach o nowej nazwie proponowano nawet "Wilsonovo", na cześć amerykańskiego prezydenta, który postulował samostanowienie dla narodów Europy Środkowej, ale ostatecznie stanęło na Bratysławie.

Nazwa Preszporok jest jednak jeszcze pamiętana i pobrzmiewa nadal, przykładowo w określeniu rdzennych mieszkańców miasta. Znany słowacki satyryk i pisarz Milan Lasica stwierdza we wstępie do książki Karla Benyovszky'ego (czy to nazwisko nie brzmi dla polskich uszu dziwnie znajomo?) "Prechádzka starým Prešporkom": "Być starym Preszpurakiem to dziś tak, jakby mówić, że się jest z pochodzenia obywatelem Atlantydy. Wszyscy wiemy, że Atlantyda istniała, ale nikt już jej nie pamięta. Ja, tak naprawdę, to nie jestem oryginalnym Preszpurakiem, bo się w Bratysławie nie urodziłem. Należę do przybyszów i to akurat tych ze środkowej Słowacji. Jestem zatem z tych, którzy to miasto zniszczyli tym, że je szybko zesłowacczyli".

Odważne słowa. W Polsce na podobne podsumowanie losów swojego miasta nie odważają się nawet wrocławianie. Bratysława była bowiem zawsze miastem wielokulturowym, w którym żyli głównie Niemcy, Węgrzy i Żydzi, a także Czesi i Romowie.

II wojna światowa i komunizm zmieniły to na zawsze. W czasie wojny, gdy pojawiło się zależne od Niemców państwo słowackie ks. Tiso, zniknęła znacząca część mieszkańców "Blavy". Lasica pisze krótko i brutalnie: "Czesi odjeżdżali do Pragi, Żydzi do gazu".

Po wojnie odejść musieli Niemcy, wśród nich autor książki, prawdziwy Preszpurak Karl Benyovszky, który zmarł w sąsiedniej Austrii w 1962 r. Mniej szczęścia miał jego kolega, który swoimi grafikami zilustrował książkę, Karl Hugo Krech: zginął w czasie wypędzeń Niemców, w lipcu 1945 r.

Lasica określa Bratysławę jako "ani Wiedeń, ani Budapeszt, ani na północy, ani na południu, ani metropolia, ani wioska". I rzeczywiście, nie jest to miasto łatwe do sklasyfikowania. Nie olśniewa architektonicznymi perełkami (jak Praga) ani splendorem (jak Wiedeń), choć i tu bywali i bywają wielcy tego świata, np. car Piotr Wielki (1698 r.), Napoleon Bonaparte (podczas oblężenia w 1809 r.). Jako genialne dzieci koncertowali tu Mozart (1762 r.) i Liszt (1820 r.). W końcu to w Bratysławie spotkali się w ubiegłym roku prezydenci George W. Bush i Władimir Putin.

Gdzie czas nie jest ważny

Ale to nie historia - choć ciekawa i warta poznania - definiuje słowacką stolicę, lecz ludzie i atmosfera. Czyli to, co nazywamy duszą miasta. Do Bratysławy trzeba znaleźć klucz: znaleźć się tam w dobrym momencie i w dobrym towarzystwie.

Ja do Bratysławy zawitałam w gorący sierpniowy dzień 1998 r. Wracaliśmy z wakacji w Chorwacji i po drodze mąż postanowił przedstawić mnie swojemu ulubionemu miastu, czyli Bratysławie. Może to był dobry moment i na pewno byłam w dobrym towarzystwie... W każdym razie zachwyciłam się kilkoma starymi uliczkami Starego Miasta, restauracjami i kawiarniami wylewającymi się na ulice, dziwnymi pasażami, burymi wodami Dunaju.

Wszelako dla Słowacji nie był to dobry moment: na wrzesień zaplanowano wybory parlamentarne, mające rozstrzygnąć, czy u władzy utrzyma się kontrowersyjny premier Vladimír Mečiar, któremu Słowacja "zawdzięczała" wtedy powolne osuwanie się do postsowieckiej politycznej "drugiej ligi". Kto to jeszcze pamięta, że w tamtych czasach Słowację wymieniano jednym tchem z Serbią i z Białorusią?

Wtedy, w sierpniu 1998 r., wśród polityków i dziennikarzy w Bratysławie zapewne się gotowało, za kilka tygodni rozstrzygnąć się miały losy kraju. Ja jednak, snując się leniwie od kawiarni do kawiarni, nie miałam wtedy jeszcze o tym pojęcia. Być może ktoś się zdziwi, że odwiedzałam kawiarnie, a nie muzea. Jednak uważam, że to poprzez gastronomię można najlepiej poznać kraj, a na historię i zabytki przychodzi czas później.

Bratysława na zawsze wryła mi się zatem w pamięć jako miejsce, gdzie można wypić znakomitą kawę, gdzie do obiadu częściej podaje się wino niż piwo, gdzie kelnerzy częściej niż w Czechach się uśmiechają, a za każdym rogiem czeka niespodzianka.

Ta moja pierwsza Bratysława to Czumil, czyli "Ten, który się gapi": rzeźba przedstawiająca uśmiechniętego robotnika wyglądającego z kanału. Wtedy mówiło się, że to symbol antymecziarowskiego "podziemia", teraz to obowiązkowy punkt fotograficzny turystów. To pasaże w starych kamienicach, odnowione, w połączeniu z elementami nowoczesnej architektury: ze szklanym dachem, sztucznymi strumyczkami, rzeźbami i oczywiście kawiarniami. To wielkie platany na Placu Hviezdoslava przed rozpadającym się wiekowym hotelem "Carlton". Dunaj za okrągłymi okienkami kajuty hotelu "Gracia", gdzie od tamtego czasu zawsze się zatrzymuję, lubiąc słuchać buczenia barek płynących w kierunku Bałkanów.

To w końcu letni wieczór, kiedy nad plątaniną uliczek na Starówce rozbłysły laserowe linie. "Miał to być taki zegar, ale nie wyszło, chyba brakło pieniędzy i tak zostało" - tłumaczył nam ktoś pod średniowieczną Michalską Bramą. Nie wiem, czy to prawdziwe wytłumaczenie, ale lubię je, bo w Bratysławie czas nigdy nie był ważny.

Mečiar i faceci w czerni

Minuty zaczęły być ważne, ciężkie jak ołów i płynące wolniej od Dunaju pod koniec września, przed ogłoszeniem prognoz wyników wyborów parlamentarnych. Wygrała szeroka - od lewicy do chadeków - koalicja antymecziarowska. Dla Słowacji zaczęło się nowe życie i natychmiast pojawiło się pytanie: czy Mečiar, który zniknął wtedy na wiele godzin, odda władzę pokojowo? Po kilkunastu godzinach napięcia pojawił się jednak w telewizji i zaśpiewał na ludową nutę: "Z Panem Bogiem, ja odchodzę...". I poszedł.

Wyborcze napięcie pomagały łagodzić specjały słowackich "gęsich godów", czyli burczak (ledwie fermentujący sok z winogron) oraz rozmaite potrawy z gęsi. "Gęsie gody" tradycyjnie obchodzi się na Słowacji we wrześniu i warto wtedy przyjechać do Bratysławy; wieczory są ciągle ciepłe i można łagodnie pożegnać się z latem.

Niewiele brakowało, aby mnie te przyjemności ominęły, bo mój mąż - wówczas korespondent jednej z polskich gazet w Czechach i na Słowacji - poważnie zastanawiał się, czy pozwolić mi przyjechać z nim na te wybory. Bo w tamtych latach na ulice miasta wracał strach, jak za komunizmu. Za opozycyjnymi dziennikarzami i politykami snuli się tajniacy, zdarzało się zastraszanie, pobicia czy podpalenia samochodów. Porwano syna ówczesnego prezydenta Michala Kováča, a jeden z ludzi, którzy chcieli ukarania porywaczy, zginął w samochodzie-pułapce.

Taka była atmosfera tamtych lat. Starczyło się pokazać w kawiarni z kimś publicznie znanym albo kilka razy odwiedzić któregoś z opozycjonistów, aby stać się nagle obiektem zainteresowań dziwnych facetów z rozbieganymi oczami. Jeden z nich jechał kiedyś za moim mężem-korespondentem od domu znanego dziennikarza Milana šimečki, wysiadywał godzinami w samochodzie pod hotelem, aż w końcu w kawiarni podszedł i drżącym głosem poprosił: "Moja mama jest w szpitalu, muszę do niej natychmiast zadzwonić, czy może mi pan pożyczyć komórkę?".

Ta próba wyciągnięcia numeru telefonu od dziennikarza, który spotykał się z opozycją, nie była przeprowadzona po mistrzowsku... Ale też taka - trochę straszna, trochę śmieszna - była słowacka rzeczywistość lat 90.

Efekt dawało to niezamierzenie szokujący: o kraju i o mieście w europejskich gazetach, także w Polsce, czytano wyłącznie przy okazji skandali, zamachów na demokrację i wolność słowa, tajemniczych operacji tajnych służb i rosyjskich interesów.

Kasztany i polityka

Z drugiej strony, w samej Bratysławie życie codzienne było nieporównywalnie bardziej kolorowe i sympatyczne niż w jakimkolwiek mieście w Polsce. Domy były wprawdzie obwieszone rusztowaniami, a ulice rozkopane (trwało generalne odnawianie Starego Miasta). Mimo to od rana ulice, sklepy i knajpy były pełne, i to nie turystów (jak w Budapeszcie czy Pradze), ale miejscowych. Było niewiarygodnie tanio, co sprawiało, że zwyczajowo chodziło się do kawiarni poczytać gazetę zdjętą z wieszaka.

Przybysza z Polski uderzała lekko prowincjonalna senność i kameralność. Starczyło usiąść w którymkolwiek z ogródków, aby w ciągu kilkunastu minut z przewalającego się tłumu wyłuskać przynajmniej kilka znanych twarzy, bo w tym mieście (mniejszym od Poznania) znają się niemal wszyscy.

W porównaniu z Polską czy Czechami "Blava" leży znacznie bardziej na południu Europy, i to też czuć na ulicach. Nie chodzi nawet o kawiarniane ogródki, bo te od dawna urządza się także w Polsce. W Bratysławie jako spadek po egalitarnym socjalizmie zostało sporo tanich knajpek i taniutkich garkuchni. Nawet w tych najskromniejszych, gdzie przy aluminiowych stołach jadło się na stojąco, Polak z otwartymi ustami patrzył na nieznane rytuały. Na przykład winne: na blacie stał zawsze przykryty ściereczką dzbanek z czerwonym winem, a w zagłębieniu lady nalane było wino białe, schłodzone. Czerpano je specjalną chochlą do szklanek, dolewając wody gazowanej. W lecie na stołach stawiano zimną wodę w dzbankach do picia - obyczaj znany z Francji czy Włoch. Kiedy robiło się zimniej, za grosze sprzedawano w plastikowych kubkach grzane wino, a z pieców na węgiel drzewny pieczone kasztany w papierowych rożkach, jak w Wiedniu.

I co najbardziej uderzało: i wino, i kasztany nie były cudami dla bogatych snobów, ale częścią życia tych ludzi, traktowaną jak oczywistość - tak jak w Polsce śledzie. Ten brak pompy, to jedna z najmilszych cech stolicy Słowacji.

Kiedy przyszły wybory 1998 r. - od których zależało słowackie być albo nie być - do miasta zjechał tłum obserwatorów i dziennikarzy. Wielu z nich, wykarmionych medialnymi doniesieniami, spodziewało się czegoś ponurego w stylu Warszawy z lat 80. Trafili pod koniec upalnego lata na organizowane akurat przez opozycję koncerty rockowe, tańce pod gołym niebem i śmiechy do rana. Najważniejsza w nowożytnej historii kraju kampania wyborcza przypominała imprezę w kawiarni.

Vianočne trhy

Potem, gdy na czele rządu stanął obecny premier Mikuláš Dzurinda i gdy Słowacja zaczęła błyskawicznie doganiać w integracji euroatlantyckiej swoich wyszehradzkich partnerów, bywałam często i w stolicy, i w innych zakątkach kraju. Bratysławę szczególnie ciepło wspominam z grudnia 2001 r. Pojechałam tam wtedy po półroczu, pierwszy raz w życiu spędzonym non stop w Warszawie. Sześć miesięcy warszawskiego komunikacyjnego chaosu, szarzyzny na ulicach, drożyzny w sklepach i snobizmu w knajpach dało całej mojej rodzinie mocno w kość. W takim stanie lekkiej depresji pojechaliśmy do "Blavy". Trochę służbowo, trochę rodzinnie. Ja biegałam na spotkania, mąż z dzieckiem przebijali się z wózkiem przez zaspy z hotelu na rynek Starego Miasta.

A tam - vianone trhy, czyli jarmark bożonarodzeniowy, który trwał niemal cały grudzień. Choinka, stragany, szopka z żywymi zwierzętami i św. Józef traktujący naszego Adasia jak stałego klienta i wtykający mu dodatkowe porcje sianka do karmienia małej kózki. W brei śnieżnej - identycznej jak ta w Polsce - brnęli jednak ludzie, którzy mieli i pieniądze (bo taniej), i ochotę na wspólną zabawę. Właśnie to pragnienie współuczestnictwa było najbardziej uderzające.

Podobne jarmarki odbywają się we wszystkich większych miastach i są częścią turystycznego biznesu. W Bratysławie nieliczni turyści tonęli w morzu miejscowych, którzy słuchali kolęd śpiewanych przez szkolne chórki, jedli chleb ze smalcem i cebulą ze straganów i przytupywali na mrozie. I ta niezwykła, nie do zrozumienia cecha: alkohol - wino, grog i piwo - sprzedawano wszędzie, a w tłumie nie widać było nikogo, kto by przeholował. Wiem, bo na jednym z koncertów byłam z niespełna dwuletnim dzieckiem grubo po godz. 22. Było wesoło, śpiewnie i tak świątecznie pokojowo, że żal było wyjeżdżać. I nikt nie rzucał pustymi butelkami w powietrze.

Blava 2006

W ostatnim czasie Słowacja, a razem z nią Bratysława, bardzo się zmieniła: "środkowoeuropejski tygrys" przyciąga wielkich inwestorów i zainteresowanie światowych mediów, a za nimi przybywają turyści. Na ulicach robi się tłoczniej, przybywa eleganckich sklepów, zacieśnia się związek z pobliskim Wiedniem. Słabo bo słabo, ale jednak miasto odzyskuje kosmopolityczny charakter. To jednak europejski unikat: w każdym kiosku można tam kupić codziennie gazety słowackie, czeskie, austriackie i węgierskie. W górę poszły ceny nieruchomości i zapewne ten ruch zlikwidował moją ulubioną kawiarnię w jednym z pasaży, ze sztucznym strumyczkiem, gdzie podczas każdego pobytu musiałam wypić przynajmniej raz kawę.

Teraz jest tam ekskluzywny sklep z francuskimi ubrankami dla dzieci. Nad poczciwym Czumilem żarzą się różowe światła neonu kasyna. Za to hotel "Carlton" jest przepięknie odnowiony i znów pełen gości. Również Plac Hviezdoslava odzyskał dawny blask.

Miasto żyje. I, jak kiedyś, za każdym rogiem czeka niespodzianka.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działu Świat, specjalizuje się też w tekstach o historii XX wieku. Pracowała przy wielu projektach historii mówionej (m.in. w Muzeum Powstania Warszawskiego)  i filmach...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]