Reklama

Moich dwóch papieży

Moich dwóch papieży

08.01.2020
Czyta się kilka minut
„To będzie bardzo osobista opinia. Bo osobiście znam obu bohaterów filmu. Mogę nawet powiedzieć, że cieszę się ich przyjaźnią” – Leonardo Boff, brazylijski teolog, jeden z ojców teologii wyzwolenia, współpracownik kard. Ratzingera i papieża Franciszka, kreśli refleksję na kanwie filmu „Dwóch papieży”.
Świąteczne spotkanie Papieża Franciszka i Benedykta XVI, 23 grudnia 2019 r. /FOT. AFP PHOTO / OSSERVATORE ROMANO / EAST NEWS
D

Dwóch papieży” Fernanda Mereillesa, cenionego brazylijskiego reżysera, to film dobry – tak od strony technicznej, jak i estetycznej. W imponujący sposób pokazuje Watykan, jego klimat i piękne przestrzenie. W dialogach usłyszymy wiele znanych twierdzeń teologicznych, które oddają poglądy głównych bohaterów, choć – co oczywiste – napisane zostały z dużą dozą kreatywności, na co pozwala ten rodzaj sztuki. Ale – co dla mnie najistotniejsze – film oparty jest na faktach i opisuje wiele konkretnych, historycznych wydarzeń.


KADR Z FILMU „DWÓCH PAPIEŻY” / MATERIAŁY PRASOWE

Surowy i delikatny

Wobec prof. Josepha Ratzingera mam dług wdzięczności. To on pierwszy zauważył i docenił moją pracę doktorską „Die Kirche als Sakrament im Horizont der Welterfahrung” (Kościół w kontekście światowych doświadczeń). Wspomógł mnie finansowo znaczną sumą marek, znalazł wydawcę, co nie było łatwe, bo mało kto chciał ryzykować publikację tak obszernej, ponad 500-stronicowej książki. Praca została bardzo dobrze przyjęta przez międzynarodową społeczność teologów – Yves Congar, francuski dominikanin i specjalista od eklezjologii, uznał ją za dzieło fundamentalne.

Ratzinger jest osobą delikatną i niezwykle inteligentną. Do tego jest nieśmiały i bardzo powściągliwy. Nigdy nie słyszałem, by podnosił głos. Gdy dowiedziałem się o jego wyborze na papieża, pomyślałem: „On chyba nigdy dotąd nie objął i nie przytulił nikogo, co dopiero kobiety... Nigdy nie musiał nawiązywać kontaktu z tłumami. To będzie dla niego prawdziwym cierpieniem”.

Nasza przyjaźń umocniła się po 1974 r., gdy przez kolejne pięć lat, w okolicy Zesłania Ducha Świętego (zwykle w maju), spotykaliśmy się w międzynarodowej grupie 25 teologów w Nijmegen, w Holandii, albo w innym mieście europejskim. Przez tydzień toczyliśmy ekumeniczne dyskusje, zwykle wraz z niewielką grupą naukowców (był wśród nich m.in. Paulo Freire, znany pedagog brazylijski, autor „Pedagogiki uciśnionych”), o najważniejszych problemach świata i Kościoła. Redagowaliśmy czasopismo „Consilium”, wydawane w siedmiu językach (ukazuje się do dziś), gdzie publikowały same najtęższe głowy, specjaliści z przeróżnych obszarów wiedzy – od seksualności, przez teologię wyzwolenia, po kosmologię.

Podczas tych spotkań prof. Ratzinger prawie zawsze siedział koło mnie. Po obiedzie, gdy wszyscy szli na krótką sjestę, spacerowałem z nim po ogrodzie, dyskutując o teologii naszych ulubionych autorów – św. Augustyna i św. Bonawentury.

Przyjaźń silniejsza niż doktryna

Gdy był już kardynałem i prefektem Kongregacji Nauki Wiary, przypadła mu niewdzięczna rola przesłuchiwania mnie w sprawie książki „Kościół. Charyzmat i władza”. To był rok 1984. Ratzinger miał funkcję śledczego, ja broniłem swoich poglądów. Był stanowczy, ale rozmowę prowadził w bardzo elegancki i kulturalny sposób. Zaraz po niej czekało go jeszcze trudniejsze spotkanie z brazylijskimi kardynałami Paolem Evaristo Arnsem i Aloísiem Lorscheiderem, którzy towarzyszyli mi w Rzymie i zeznawali na moją korzyść. Było trzech na jednego. Ratzinger czuł się w tej roli dość niezręcznie.

Rok później otrzymałem informację o zakończeniu procesu, odebraniu mi katedry teologii, odwołaniu z funkcji pełnionych w wydawnictwie Vozes i nałożeniu kary „uległego milczenia” (silentium obsequiosum): zakazano mi nauczania, udzielania wywiadów i jakichkolwiek publikacji i wypowiedzi publicznych. Decyzję podjęło 13 kardynałów (liczba nieparzysta uniemożliwia wynik remisowy). Dowiedziałem się później, od jego osobistego sekretarza, że sam Ratzinger był po mojej stronie, ale został przegłosowany. Dodam, że ilekroć później dziennikarze pytali go o mnie, zawsze dowcipnie odpowiadał, że jestem ein frommer Theologe (pobożnym teologiem), który pewnego dnia powróci na właściwą drogę.

Z czasem każdy z nas dostał od życia inną rolę, znaleźliśmy się w całkowicie różnych sytuacjach. On został papieżem, ja – świeckim teologiem. Ale nasza przyjaźń przetrwała.

Nigdy osobiście go nie odwiedziłem w Watykanie. Pośrednikiem w naszych kontaktach był kard. Arns, mój profesor teologii z Petrópolis. Zresztą, nigdy również nie zabiegałem o spotkanie z Janem Pawłem II. Taki mam temperament. Nie lubię pchać się do pierwszych rzędów. Raz tylko, po konferencji profesorów prawa kanonicznego w Lugano, dla których wygłosiłem wykład z teologii systematycznej, pojechaliśmy wszyscy do Watykanu. Wtedy kard. Ratzinger zobaczył mnie, wyciągnął z szeregu i przedstawił papieżowi, mówiąc kilka ciepłych słów. Pamiętam, że papież powiedział bardzo wolno: „Uczę się portugalskiego. Powolutku czytam twoje książki”.

Gdy w latach 90. przygotowywano dla kard. Ratzingera „Księgę pamiątkową”, w której wypowiadało się wiele znanych osobistości, poproszono mnie – wiem, że z jego inicjatywy – o kilka słów świadectwa. To było już po nałożeniu na mnie kary, ale z prawdziwą przyjemnością napisałem bardzo ciepłe wspomnienie. Przyjaźń jest silniejsza niż ludzka doktryna.

Teolog integralnego wyzwolenia

Z Jorgem Bergoglio spotkałem się po raz pierwszy w 1972 r. w Colégio Máximo de San Miguel w Buenos Aires. Braliśmy udział w dyskusji – on mówił o wyjątkowości ścieżki duchowej św. Ignacego Loyoli, ja – o drodze duchowej św. Franciszka. Rozmawialiśmy też o teologii wyzwolenia w wersji argentyńskiej (troska o ludzi pozbawionych głosu i zagrożoną kulturę), jak również brazylijskiej i peruwiańskiej (główne problemy: niesprawiedliwość społeczna, historyczny wyzysk ludności rdzennej i pochodzenia afrykańskiego). Z tego spotkania pochodzi fotografia, którą on, już z Rzymu, był uprzejmy mi przysłać. Jest na niej cała grupa teolożek i teologów – większość już nie żyje, niektórzy byli prześladowani i torturowani przez wojskowe reżimy w Argentynie i Chile. On stoi, czwarty z prawej, ja siedzę w pierwszym rzędzie, drugi od lewej. Potem straciliśmy kontakt na wiele lat.


Grupa teolożek i teologów podczas spotkania w Colégio Máximo de San Miguel w Buenos Aires, 1972 r. Jorge Bergoglio stoi, czwarty z prawej, Leonardo Boff siedzi w pierwszym rzędzie, drugi od lewej. / FOT. ARCHIWUM PRYWATNE LEONARDA BOFFA

Juan Carlos Scannone, teolog, zmarły niedawno nasz wspólny mistrz, opowiadał mi, że Bergoglio wstąpił do zakonu jako „późne powołanie” (wcześniej był chemikiem, co zostało pokazane w filmie), i od razu zapalił się do teologii wyzwolenia. Poprzysiągł sobie, że w każdym tygodniu jedno popołudnie albo nawet cały dzień spędzi w fawelach (slumsach) – samotnie, chodząc od domu do domu, rozmawiając z ludźmi. Dochował wierności tej przysiędze nawet jako kardynał Buenos Aires.

Był prowincjałem jezuitów. Bardzo surowym. To wtedy musiał stanąć wobec dylematu, który do dziś ciąży mu w sercu: dwaj jezuici – o. Jalish i o. Yorio (poznałem ich osobiście w Quilmes, na obrzeżach Buenos Aires) postanowili żyć w slumsach, wspierając ludzi biednych i z marginesu. Jeśli wtedy, w Argentynie, ktoś tak myślał, uważany był za marksistę i wywrotowca (podobnie było w Brazylii w 1964 r., a zdaje się, że i dziś, za nowego rządu). Jalish i Yorio byli śledzeni przez służbę bezpieczeństwa. Bergoglio wiedział, co im grozi – więzienie i tortury. Chciał ich ocalić, więc nakazał, pod rygorem ślubu posłuszeństwa, by porzucili fawelę. Oni bronili się słowami Ewangelii. Mówili, że pasterz nie opuszcza swojej trzody, swojego ludu, ale ma uczestniczyć w tym, co mu przeznaczone. I że bardziej trzeba słuchać Boga niż przełożonych.

Zostali uprowadzeni i poddani torturom. Po czasie Jalish, który teraz mieszka w Niemczech, pogodził się z Bergogliem. Yorio do końca czuł się zdradzony i dystansował się od swego byłego przełożonego. Zmarł w Urugwaju kilka lat temu.

Próbuję zrozumieć tę graniczną sytuację, właściwie bez wyjścia, w której znalazł się o. Bergoglio, reprezentując urząd Kościoła i ponosząc odpowiedzialność za powierzonych mu ludzi. Czuję gorycz, jakiej musiał doznawać. Wiemy, że wiele osób udało mu się uratować, ukryć w jezuickim kolegium, przewieźć przez granicę, dzięki czemu uniknęli pewnej śmierci.

Nasz wspólny dom

Nawiązaliśmy ponownie kontakt już po jego wyborze na papieża. Wiedział, że zajmuję się ekologią, troską o Wspólny Dom, Matkę Ziemię. Poprosił mnie o pomoc w tej materii, potem pomagałem mu dość regularnie. Kiedyś powiedział: „Nie wysyłaj tekstów na adres Watykanu, bo nigdy do mnie nie trafią (jak to w kurii – położą i zapomną). Przekazuj je ambasadorowi Argentyny przy Stolicy Apostolskiej, temu, z którym codziennie rano piję yerba mate”. Tak robiłem. Mówi się, że w encyklice „Laudato si” są moje poglądy, moje słowa. Jakie to ma znaczenie? Encyklikę napisał papież, a on dobiera sobie konsultantów, jakich chce. Wysyłałem mu też teksty na synod panamazoński w 2019 r.

Po konklawe wybrał sobie imię Franciszek, co zasugerował mu jego przyjaciel z Brazylii, kard. Cláudio Hummes. Ten sam kardynał poradził mu, by w zdecydowany sposób stanął przy „opcji dla ubogich”. I tak się stało. Jezuicka dyscyplina złączyła się z franciszkańską łagodnością. W stosunku do kurii, skandali pedofilskich czy korupcji w banku watykańskim jest bardzo surowy i rygorystyczny. Wobec ludzi – wręcz przeciwnie: czuły i braterski.

Żaden papież nie walczył tak zdecydowanie z systemem, który zagubił solidarność, wrażliwość i współczucie dla milionów biednych i głodnych, a zaczął czcić pieniądz jak bożka. Systemem, który niszczy przyrodę, życie i Matkę Ziemię. Chyba nie muszę pisać, o jaki system chodzi. Franciszkowa „opcja na rzecz ubogich” mówi sama za siebie. Dzięki odważnej postawie wobec zagrożeń ekologicznych, globalnego ocieplenia i dehumanizacji relacji społecznych papież stał się nie tylko przywódcą religijnym, ale i politycznym. Jego głos jest słyszany i szanowany na całym świecie.

Dwa modele człowieka i Kościoła

Film pokazuje dwie różne osobowości religijne i dwa modele Kościoła. Oczywiście obaj bohaterowie przedstawieni są w sposób głęboko ludzki – z zaletami i wadami. Chociaż Benedykt, pokazany na ekranie, nie ma całej tej subtelności i elegancji, którą odznaczał się prawdziwy Ratzinger. W jednej ze scen podnosi nawet głos i krzyczy, co – moim zdaniem – jest bardzo mało prawdopodobne i sprzeczne z jego charakterem.


CZYTAJ TAKŻE

ROZMOWA Z ANTHONYM MCCARTENEM, SCENARZYSTĄ FILMU „DWÓCH PAPIEŻY”: To wykraczało poza wszelkie granice. Pisać dialogi dla papieży? Żyjących? Co ja wiem? Ale taka jest przecież moja praca – jestem specjalistą od bezczelności.


Ale ma też swoją prawdziwą ciemną stronę: pobłażliwość wobec księży pedofilów. Nie wolno nam zapomnieć, że nakazał wszystkim biskupom – w tajemnicy, której nigdy nie wolno złamać, sub Secretum Pontificium – by nie wydawali księży i biskupów oskarżanych o czyny pedofilskie sądom cywilnym. Mieli być – po wyznaniu grzechów – przenoszeni w inne miejsce. To zdemoralizowało instytucję Kościoła. Nie zdawał sobie sprawy, że tu nie chodzi o sam grzech, który można wyznać na spowiedzi i otrzymać rozgrzeszenie, ale o zbrodnie popełnione na niewinnych, które organy sprawiedliwości muszą zbadać i ukarać. Nie chronił ofiar, ale dobre imię Kościoła. Takie zachowanie zostało mocno skrytykowane przez Bergoglia.

Benedykt XVI poszedł śladami Jana Pawła II, który tak w moralności, jak i w doktrynie był konserwatystą. Próbował relatywizować reformę (aggiornamento) Soboru Watykańskiego II (1962-1965). Postrzegał Kościół jako twierdzę, ze wszystkich stron oblężoną przez wrogie siły, do których zaliczał też błędy i odchylenia nowoczesności. Rozwiązaniem miał być powrót do dyscypliny dawnych lat, jeszcze z czasu Soboru Trydenckiego (XVI wiek) i Watykańskiego I (1870). Ortodoksja i zdrowa doktryna stały się centralnym punktem jego pontyfikatu, tak jakby zbawienie zależało od nauczania, a nie naszego postępowania. Trzymając się tej linii, kard. Ratzinger był surowym prefektem Kongregacji Nauki Wiary: ponad 110 teologów zostało skazanych, złożonych z katedr uniwersyteckich czy też ukaranych w inny sposób. Jeden z nich, znakomity teolog europejski, potępiony bez słowa wyjaśnienia, był tak przygnębiony, że myślał o samobójstwie. Uratował go wyjazd do Ameryki Środkowej i praca ze wspólnotami podstawowymi Kościoła. Jest moim bliskim przyjacielem, nie mogę i nie chcę podawać jego nazwiska. Ja sam nigdy nie skarżyłem się na karę ani nie czułem się skrzywdzony przez Kongregację. Oni postępowali według własnej logiki, ja kierowałem się swoją. Według ich zasad powinienem zostać ukarany, z kolei ja, jako teolog, choć już niereprezentujący instytucji kościelnej, mogłem mówić to, co myślę (a zawsze mówiłem prawdę, choć im, w Rzymie, nie zawsze się to podobało).

Za Jana Pawła II, a potem za Benedykta XVI w Kościele nastała zima. Kolejne pokolenia kapłanów były formowane w stylu doktrynalnym, ze wzrokiem utkwionym w przeszłości, z odwoływaniem się do symboli klerykalnej władzy. Biskupi byli świętą władzą kościelną, a nie pasterzami powierzonego im ludu.

Czuły, braterski, innowacyjny

Franciszek to zupełnie inny model religijności. Przychodzi z krańców świata, spoza starego, dogorywającego chrześcijaństwa Europy. Zwiastuje wiosnę Kościołowi i zsekularyzowanemu światu.

Od razu wprowadził nowe zwyczaje: zrezygnował z mucetu (małej pelerynki z brokatu, obszywanej gronostajami), symbolu władzy rzymskich, pogańskich cesarzy. W filmie mówi: „Karnawał się skończył”. Nie przyjął złotego krzyża – pozostał przy swoim starym, stalowym. Odmówił założenia czerwonych butów od Prady, zostawiając dotychczasowe, zniszczone, czarne. Powiedział, że wybrano go na biskupa Rzymu i tylko z tego powodu przysługuje mu tytuł papieża. Chce ożywić Kościół nie za pomocą prawa, ale miłością i kolegialnością, współpracując z innymi biskupami. W pierwszym wystąpieniu powiedział, że „chciałby Kościoła biednego dla biednych”. Nie mieszka w pałacu papieskim, bo to uwłaczałoby duchowi św. Franciszka z Asyżu, tylko w hotelu dla kardynałów. Staje z innymi w kolejce po obiad, komentując z humorem, że „w ten sposób trudniej go będzie otruć”.

Jego ideałem jest Kościół – szpital polowy, służący każdemu człowiekowi, bez pytania o pochodzenie i sytuację moralną. Kościół otwarty na peryferia ludzkiej egzystencji. Szanuje dogmaty i doktrynę, ale wyraźnie mówi, że woli stanąć twarzą w twarz z Jezusem historycznym, który pokazywał, jak iść do ludzi i jak otoczyć ich duszpasterską troską. Powtarza, że Jezus przyszedł na świat, by uczyć bezwarunkowej miłości, solidarności i przebaczenia. Nieskończone Boże miłosierdzie jest najważniejsze: „Bóg nie zna wiecznego potępienia”. Gdyby istniało, Bóg przegrałby ze złem, a On przegrać nie może. Jego miłosierdzie nie zna granic. Wzywa wszystkich, którzy zostali oczyszczeni z grzechów i niegodziwości, aby szli do domu, który Ojciec i Matka przygotowali nam na wieczność. Umrzeć – to usłyszeć Boże wezwanie i z radością pójść na spotkanie.

Franciszek to zupełnie inny pontyfikat niż dwa poprzednie. I całkiem inny człowiek. Gdy traci nad sobą panowanie, następnego dnia publicznie przeprasza. Jest w nim radość życia: muzyka Beatlesów, kibicowanie ulubionej drużynie San Lorenzo, tango.

Bergoglio w filmie to czuły, braterski i pełen pomysłów człowiek, który potrafi wprowadzić odrobinę szaleństwa nawet w ciche i skupione człowieczeństwo Ratzingera. Wspólny taniec z Benedyktem – rzecz niewyobrażalna dla niemieckiego akademika – to piękny obraz, jak mimo różnic w poglądach i życiowych doświadczeniach możemy się wzajemnie uzupełniać i dopełniać.

Bo film Mereillesa to metafora ludzkiej kondycji, człowieczeństwa realizowanego na różne sposoby: w delikatności i surowości. Warto zobaczyć, co znaczy wzajemny szacunek, uważne słuchanie się, mówienie prawdy bez udawania i ukrywania tego, co się myśli. Warto zrozumieć, że wzajemne przebaczenie i długi, pełen miłości uścisk – jak w kończącej film scenie – to źródło ożywczej, każdemu potrzebnej siły, która napędza naszą duchowość i człowieczeństwo. I że rozluźnienie atmosfery sprzyja zacieśnianiu przyjaźni.

Przełożył Edward Augustyn

Pierwsza wersja artykułu ukazała się na blogu Leonarda Boffa. Publikujemy tekst uzupełniony przez Autora – na naszą prośbę – o kilka dodatkowych informacji.


FOT. ARCHIWUM PRYWATNE LEONARDA BOFFA

LEONARDO BOFF (ur. 1938) – brazylijski filozof i teolog, uważany za jednego z ojców teologii wyzwolenia. W 1959 r. wstąpił do zakonu franciszkanów, po święceniach kapłańskich (1964) studiował w USA, Belgii i Niemczech, gdzie obronił doktorat z teologii (jednym z recenzentów pracy był ks. Joseph Ratzinger). Od 1970 do 1995 r. członek kolegium redakcyjnego słynnego czasopisma teologicznego „Concilium”, konsultant brazylijskiej konferencji episkopatu.

Przemoc prawicowych dyktatur, nierówności społeczne i łamanie praw człowieka doprowadziły go – podobnie jak i kilku innych południowoamerykańskich teologów – do szukania w Ewangelii uzasadnienia dla rewolucji społecznej i walki klas. Elementy marksistowskie „teologii wyzwolenia” – jak zaczęto określać ten nurt – były krytykowane przez Watykan. W 1984 r. Kongregacja Doktryny Wiary, której przewodniczył kard. Ratzinger, wszczęła dochodzenie w sprawie niezgodnych z nauczaniem Kościoła stwierdzeń w książce Boffa „Kościół. Charyzmat i władza”. Proces zakończył się w 1985 r. nałożeniem nakazu milczenia, złagodzonym rok później. Źle odbierane było także czynne zaangażowanie o. Boffa w politykę i ekologię. Zagrożony kolejnymi sankcjami kanonicznymi, Boff odszedł z zakonu (1992) i poprosił o przeniesienie do stanu świeckiego.

Wykładał etykę, filozofię religii i ekologię na uniwersytecie w Rio de Janeiro, zaangażował się w działalność ruchów lewicowych i antyglobalistycznych. Popularyzuje „teologię holistyczną”, łączącą Ewangelię z rozwiązywaniem problemów społecznych, gospodarczych, ekologicznych, walką o równouprawnienie kobiet, obroną mniejszości narodowych, religijnych i seksualnych. W 2001 r. otrzymał nagrodę „Right Livelihood Award”, za „odwagę w rozwiązywaniu problemów świata”. Jest członkiem Międzynarodowej Komisji „Carta da Terra”. Wspierał poprzedniego prezydenta Brazylii Luiza Lulę da Silva, jest zagorzałym krytykiem aktualnego, prawicowego rządu prezydenta Jaira Bolsonaro.

Jest autorem ponad stu książek (najważniejsza – „Jezus Chrystus Wyzwoliciel” – uważana jest za fundamentalne dzieło teologii wyzwolenia). Mieszka w rezerwacie ekologicznym Jardim Araras w Petropolis (Brazylia) wraz z partnerką Marcią Marią Monteneiro de Mirandą (obrończynią praw człowieka) i szóstką adoptowanych dzieci.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Nie mówi o tuszowaniu pedofilii, ale o "poblażliwosci" i zaleceniu, by nie powiadamiać organów świeckich. Procesy karne kanoniczne były prowadzone.

Po obejrzeniu filmu i refleksjom,jakie się pojawiły dobrze było przeczytać ten artykuł.I nie sposób nie zgodzić się z Leonardo Boffem.

Nie ma to jak ocena i wizja wierności i trwałości małżeństwa z punktu widzenia notorycznego rozwodnika, czy wizja czystości z punktu widzenia producenta pornografii. Nie ma to jak wizja duszpasterstwa papieskiego z punktu widzenia upadłego zakonnika który zerwał śluby zakonne i kapłańskie oraz rozpoczął jawne życie w cudzołóstwie. Gratuluje tego luterańskiego smaku i wyczucia Panie Augustynie …

Ale komus przeszkadzają moje opinie o panu Boffie, z którego taki chrześcijanin jak z koziej nogi traba:)))). Kasowanie nic nie pomoze, gdyż pan Boff jest tym kim jest, a jego opinie o obu papieżach są z tego powodu kompletnie niewiarygodne

;)

Pierwszy, usunięty wpis Kaliny widziałem i może był on rzeczywiście w tonie, w jakim nie powinno się mówić o papieżu w piśmie nawet tylko historycznie katolickim, ale wulgaryzmów nie zawierał. Nie lepiej było zostawić osąd czytelnikom? Albo chociaż zaznaczyć, że wpis był i został usunięty przez moderatora? Zabawne, że TP nie widzi nic niestosownego w dopuszczaniu na swoje łamy red. Wanat i to już po tym, kiedy wypowiedziała się o papieżu Franciszku (tak jest, o waszym ukochanym Następcy Piotra!) dużo, dużo ordynarniej. Nigdy za to nie przeprosiła, o ile mi wiadomo.

Dziękuję obu Panom za zrozumienie:)))

Przeczytałam właśnie wiadomość na MSN: "W kwietniu troje eremitów ogłosiło deklarację, w której oświadczyli, że papież poprzez swoje wypowiedzi, zachowanie, nauczanie i działania okazał się być „wielkim heretykiem”. Troje eremitów żyjących na jednej z wysp Orkadów, którzy oskarżają papieża Franciszka o herezję zostało ekskomunikowanych przez miejscowego biskupa. Dopóki nie pojednają się z Kościołem o. Stephen de Kerdrel, s. Colette Roberts i br. Damon Kelly nie mogą przyjmować sakramentów....Obecnie eremici żyją na liczącej 600 mieszkańców wyspie Westray w archipelagu Orkadów w towarzystwie licznych kotów." Musze przyznać, ze bardziej niż atakiem na Francesco owi eremici wzbudzili moja sympatię tymi kotami:)))

ponieważ i ciebie,(być może) czekałby ten sam los. Dlaczego? 1 - lubisz koty, 2 - nie lubisz papy Franciszka. Przy czym pojęcie "nie lubisz", to bardzo subtelne określenie. Bardziej pasuje mi określenie "żenujące". Dotyczy to również postu, który ci wykasowano. Dlatego z pewnością, ideologicznie pasujesz do tej trójcy. Byłoby do pary, nie mówiąc o kotach.

Nie masz pojęcia DRU, jak mnie zainspirowała wiadomość o tych eremitach. Nie dość ze kochają koty, to jeszcze zyja na niemal bezludnej wysepce, gdzie można całymi dniami nie stykać się z głupimi ludźmi. W tak wspaniałych warunkach nawet Papa Francesco by mi nie przeszkadzał:)))

chcieć to móc..Bez smartfona, bez Bacha,tylko z mądrymi ludźmi,no i z kotami. Obstawiam, bardzo szybko,zatęskniłabyś do papy Franciszka i nie tylko.

Bez smartfona - jak najbardziej. Bez Bacha - nie ma takiej możliwości:))) A poważnie - u benedyktynów w Tyńcu można sobie wynająć pokoik eremicki i pobyć tam w pięknych okolicznościach przyrody. Całe zycie się szykuje, żeby wkraść się tam w łaski, ale zawsze cos staje na przeszkodzie: praca, rodzina etc. Niedługo stane się całkowita emerytką, wiec pomysle nad tym.:)))

I do tego piękny widok na Wisłę.Organy też nie najgorsze.....

uważam, że problem to nie kwestia sympatii czy antypatii do tej czy innej osoby papieża - to sprawa wyboru takiego lub innego k o ś c i o ł a - jego dogmatycznej, tradycyjnie hierarchicznej i konserwatywnej wizji prezentowanej przez Benedykta, albo ewangelicznej, o wiele skromniejszej i pokornej w wersji Franciszkowej - Pani z pewnością zdaje sobie z tego sprawę, ja się jedynie takiemu wyborowi dziwię

Z pewnoscią dziwiłby się Pan mniej, gdyby Pan otworzył szerzej oczy i dostrzegł, ze Kosciół Franciszka nie zmienił się ani na jotę od czasów jego poprzednika. Owszem, Franciszek założył czarne buty zamiast czerwonych, mieszka w innym apartamencie, je w hotelowej stołówce, a podczas jego posiłków sa z tej stołówki wszyscy wypraszani i to na cito, ale proszę przyznać, ze jest to zasłona dymna dla oczywistej oczywistości: w Kosciele nie zmienia się absolutnie NIC mimo gadania i macenia wody. Proszę sobie przypomnieć kwestię ksiecia Saliny z "Lamparta": musi się wiele zmienić, aby wszystko pozostało po staremu. Jestem przekonana, ze Franciszek wziął to sobie do serca i po jezuicku manipuluje Ludem. Co do moich wyborów: nienawidzę hipokryzji i krętactwa. Jak już napisałam w innym poście: wolę rozpustnego papieża Aleksandra Borgię, który z niczym się nie krył, od tych wszystkich reformatorów kościelnych za dyche.

czy się zmienił i na ile to inna sprawa - tak potężnej instytucji nie zmienia się z dnia na dzień, to niemożliwe i to wiem na pewno tak samo jak i Pani - dziś Pani pisze, że Franciszek po jezuicku manipuluje, a jeszcze niedawno że to skończony prostak czy coś w tym stylu - to niezborne sądy, Pani go moim zdaniem najzwyczajniej n i e n a w i d z i i nawet nie stara się tego ukrywać, za to jego w Pani oczach prostactwo właśnie- jednocześnie pod niebiosa wynosząc Benedykta z jego elokwencją, wykształceniem, wiedzą, wymuskaniem i wychuchaniem itede [p.s. a co do Borgiów itede - z dwojga złego nie wybiorę ż a d n e g o]

Przypisuje mi Pan uczucie mocne, do którego nie jestem zdolna. Do wielkiej miłości tez nie jestem zdolna, niektórzy tak mają. Natomiast rzeczywiście czuje coś w rodzaju obrzydzenia, ale o tym już pisałam. Nie pasuje mi absolutnie mówienie i działanie pod publiczkę. W polityce swieckiej nazywa się to populizmem, myslę, ze nazwanie Francesca populista tez nie będzie od rzeczy. Chyba nie będzie Pan obstawał, ze Ratzinger był populistą, gdyż zawsze szedł pod prąd opiniom kolegów i wielu wiernych. Nawet dziś w wieku po 90-tce stawia się polityce, której nie akceptuje. Nic nie poradzę, ze mam szacunek do takich ludzi, bo warto być przyzwoitym. A co do sprzeczności miedzy prostactwem a populizmem - chyba nie twierdzi Pan tego poważnie. Powiem więcej. Trzeba być do szpiku kosci prostakiem, żeby tak kręcic ludźmi, aby nic nie zrobić w dziedzinie, która wymaga naprawy.

no tak, niech będzie że to Pani obrzydzenie - rzecz jasna ocena intencji poczynań Franciszka jest kwestią indywidualną, ale z jednym się zgodzić nie sposób: Franciszek j u ż dziś, i to bardzo mocno, zmienił kościół, zainspirował rzesze wiernych, ożywił w nim i pobudził do działania tych, co chcą w nim [kościele] widzieć spuściznę Jezusowego nauczania w praktyce życia, a nie tylko w gestach i deklaracjach będących zasłoną dla ewidentnie antyewangelicznego stylu funkcjonowania zwłaszcza hierarchii - i nie byłoby tak wielu i tak nieraz gwałtownych ataków na Franciszka, gdyby nie poważnie wskutek jego pontyfikatu zagrożone całkiem doczesne interesy kościelnej wierchuszki

Panie Eddie...takie "zmartwychwstanie" Koscioła już było. Może Pan z racji wieku nie pamięta, ale ja jak najbardziej. Objawił się papież, jakiego nigdy nie było, i porwał tłumy na całym swiecie. I porwał gestami bez znaczenia: całował ziemie, Koran, murzyńskie dzieci, podróżował po całym swiecie…. Wyrosło nawet "pokolenie JPII":))) Gdzie dziś jest to pokolenie? I Jan Paweł II mówił dużo i zawile. Nie jestem jakąś matwa niekumatą, ale daje Panu słowo, ze ja nie byłam w stanie zrozumieć, co mówi, takie to było pokręcone. Nie sadze, żeby inni byli dużo bardziej kumaci, a mimo to bili brawo, rzucali się na ziemie i robili przedstawienia godne mieszkańców buszu przed szamanem. Proszę mi więc przypomnieć: co takiego istotnego wniósł pontyfikat JPII w zycie Koscioła poza niewątpliwą osobowoscią "papieża z dalekiego kraju"? Casus Bergoglio jest bardzo podobny z zastrzeżeniem, ze Jan Paweł II był uczciwym, sympatycznym człowiekiem, a nie hipokrytą argentyńskim

tamten porwał, ten też porywa - ale ten krytykuje hierarchów, tamten ich tulił i nominował, łącznie z pedofilami, taką można by w skrócie różnicę podkreślić - co wniósł JP II do kościoła? - w Polsce pychę do n-tej potęgi, w skali świata bez wątpienia nowy, medialny styl działania - chyba wszystko, co mi do głowy przychodzi poza duperelami, nawet w kanonizacjach Franciszek bije go na głowę - proszę też zauważyć, że JP II chory system kościoła katolickiego de facto petryfikował, zaś pontyfikat Franciszka to jak wsadzenie kija w to zatęchłe mrowisko [i dodam, że w moich oczach JP II był celebrytą, świetnym aktorem i dyplomatą i beznadziejnym papieżem - Franciszek gra słabo, a przemawia do ludzi autentyzmem i bezpośredniością, ale to oczywiście kwestia indywidualnych gustów i ocen...]

całkiem świeże cytaty z Franciszka - nie sądzę, by Pani zdanie o nim zmieniły, ale są dobrą ilustracją tego co wcześniej napisałem, w ich świetle ekstaza nerwowa "starego", janapawłowego czy nawet benedyktowego kleru, wcale nie dziwi : ⛪ Papież Franciszek przestrzegł we wtorek przed "duszpasterską schizofrenią", jak nazwał postawę tych duchownych, którzy "mówią jedno, a robią drugie". Podczas mszy w watykańskim Domu świętej Marty powiedział, że często Lud Boży toleruje hipokrytów. Franciszek skoncentrował się na słowach zawartych w dzisiejszej Ewangelii "Jezus uczył jako ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie” (Mk 1, 22). Wskazał na różnicę między "posiadaniem władzy”, "autorytetu wewnętrznego” jak Jezus, a "sprawowaniem władzy bez autorytetu, jak uczeni w Piśmie”, którzy chociaż byli specjalistami w nauczaniu Prawa i byli słuchani przez lud, nie cieszyli się autorytetem. ⛪ "Ile zła wyrządzają niespójni chrześcijanie, którzy nie dają świadectwa, niespójni i schizofreniczni pasterze, którzy nie dają świadectwa" - stwierdził papież podczas tradycyjnej porannej mszy w kaplicy domu, gdzie mieszka. Franciszek wskazał, że "Jezus miał autorytet, bo była spójność między tym, czego nauczał, i tym, co robił, jak żył". "Owa spójność jest tym, co daje wyraz osobie posiadającej autorytet (...) Autorytet ukazuje się w konsekwencji i świadectwie” – wskazał Ojciec Święty. Papież powiedział, że taki brak spójności, który cechował faryzeuszy, Jezus określał mianem "hipokryzji". "To sposób działania tych, którzy pełnią odpowiedzialne funkcje wobec ludzi, w tym przypadku - duszpasterskie, ale nie są spójni, nie mają autorytetu. A Lud Boży jest łagodny i toleruje; toleruje tylu pasterzy-hipokrytów, tylu schizofrenicznych pasterzy, którzy mówią, a nie robią, są niekonsekwentni" - oświadczył. ⛪ Dlatego Pan Jezus przestrzegał lud: "Czyńcie więc i zachowujcie wszystko, co wam polecą, lecz uczynków ich nie naśladujcie” (Mt 23, 3). Papież przypomniał, że wielokrotnie Pan Jezus zwracał się do nich "obłudnicy”, jak to widzimy na przykład w 23 rozdziale Ewangelii św. Mateusza. "Obłuda jest sposobem działania tych, którzy są odpowiedzialni za ludzi - w tym przypadku chodzi o odpowiedzialność duszpasterską - ale nie są konsekwentni, nie są panami, nie mają autorytetu. A lud Boży jest łagodny i toleruje; toleruje wielu obłudnych pasterzy, wielu pasterzy schizofrenicznych, którzy mówią a nie czynią” – stwierdził Ojciec Święty. ⛪ Następnie Franciszek zauważył, że podobnie zachowują się niektórzy wierni: "chodzą na mszę we wszystkie niedziele, a żyją jak poganie". "Jak wiele zła wyrządzają chrześcijanie niekonsekwentni, którzy nie dają świadectwa oraz pasterze niekonsekwentni, schizofreniczni, nie dający świadectwa” – powiedział z ubolewaniem papież. "A ludzie mówią: «taka niespójność to skandal»" - dodał papież. Ojciec Święty zakończył swą homilię zachętą do modlitwy, aby wszyscy ochrzczeni mieli „autorytet”, który nie polega na wydawaniu rozkazów i podnoszeniu głosu, ale "na byciu konsekwentnym, byciu świadkiem i z tego powodu byciu towarzyszami drogi na ścieżkach Pana”. ⛪ https://deon.pl/kosciol/papiez-przestrzegl-przed-duszpasterska-schizofrenia-i-hipokryzja,719484

Oczywiście nawet Pan nie zauważył, ze Francesco mówił w gruncie rzeczy o sobie:)))

na poziomie netowej C klasy
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]