Reklama

Mit polskiego kina

Mit polskiego kina

18.01.2008
Czyta się kilka minut
Niezależnie od licznych odkryć biograficznych, od literackiej urody, wreszcie naukowej precyzji, ta książka - przypominająca największą gwiazdę przedwojennego polskiego kina - jest świadectwem prawdziwej fascynacji.
Jadwiga Smosarska z Franciszkiem Brodniewiczem w filmie Mieczysława Krawicza "Dwie Joasie", 1936 r.
P

Przedwojenne polskie kino jest dziś zapomniane. Zniknęło z telewizji, nie trafia na przeglądy. Kojarzy się bardziej z taniochą, wąsikiem dobrego wujaszka i afektami pensjonarek niż z intelektualną bohemą, realnym światem znaczeń i wpływów. Tym większa radość ze świetnej monografii Jadwigi Smosarskiej. Autorce, Małgorzacie Hendrykowskiej, udało się bowiem nie tylko ocalić tamten świat od zapomnienia i zniekształcenia, ale także przypomnieć jego największą gwiazdę.

Hendrykowska pisze o micie. Zapewne jedynym tak silnym filmowym micie przedwojennego polskiego kina. Upraszczając - Smosarska była wówczas polską Julią Roberts. Albo Meg Ryan. Uosabiała cechy, które dla przeciętnego widza (i teatromana) były niedościgłym marzeniem. Skromna i urodziwa, wytworna, myśląca, ale nie przeintelektualizowana. W książce Smosarska otrzymuje prawdziwą twarz. Jest nie tylko posągową pięknością z "Trędowatej" czy "Barbary Radziwiłłówny". Często waha się i błądzi. Staje się ludzka, prawdziwa, żywiołowa.

Zawsze marzyła o sukcesach w teatrze, tymczasem zawodowe szczęście odnalazła wyłącznie w kinie. Niezwykle popularna, w niczym nie przypominała dzisiejszych bohaterek tabloidów. Miała niepodrabiany wdzięk, kulturę osobistą i klasę, a owa klasa, psychofizyczny splot tradycji, dobrego wychowania i wrodzonych predestynacji, pomogły jej znosić długie powojenne lata zawodowej banicji, a także - niestety nie takie znowu rzadkie - artystyczne porażki.

Jarosław Iwaszkiewicz wspomina na przykład, jak wspaniale zniosła Smosarska teatralną katastrofę, którą okazała się inscenizacja jego "Kochanków z Werony" ("w takich warunkach doceniłem całą kulturę, całe dobre serce Jadzi"). Teatralnych blamaży było w jej biografii więcej, chyba nawet zbyt wiele jak na wybujałe ambicje. Nie bardzo sprawdzała się w komediach, zawodziła w klasyce (Viola w "Wieczorze Trzech Króli" Szekspira), co najmniej pobłażliwie traktowano udział Smosarskiej w eksperymentach ("Łańcuch" Morawskiej). Paradoksalnie bowiem, status gwiazdy w niczym nie pomógł jej aktorstwu. Jak pisze Hendrykowska: "Smosarska stała się niewolnicą własnego wizerunku, utrwalonego w zbiorowej świadomości widzów". Miała jasno określone zadanie: była zbiorowym snem o dobrej Polce, zapłakanej i ofiarnej, cierpliwie wyczekującej męża-żołnierza lub poświęcającej się dla dobra kraju. Dzisiaj grałaby może w ukochanym przez miliony Polaków serialu lub w romantycznych komediach; wtedy jej miłosne afekty kojarzyły się raczej z płótnami Kossaka. Z miłością do ojczyzny, męża i dzieci.

Małgorzata Hendrykowska zauważa celnie, że nieeksponująca swojego sex appealu Smosarska była raczej ikoną kobiet niż fantazmatem męskich pragnień. Nawet w drugim okresie zawrotnej kariery, kiedy grała w niezwykle popularnych obyczajowych tragifarsach ("Czy Lucyna to dziewczyna", "Dwie Joasie", "Jadzia"), kreując młodą, ambitną i przedsiębiorczą kobietę, "swój sukces opiera na stabilnej konstrukcji szczęśliwego życia rodzinnego". Scenarzyści pisali role "dla Jadziuni", publiczność czekała na "naszą Jadzię", prawie nikt nie czekał na artystkę. Smosarska miała tego dotkliwą świadomość. Kiedy uwięziona w nazbyt już sztywnym i przewidywalnym gorsecie ról próbowała zmian - z reguły ponosiła klęskę ("Grzeszna miłość").

Ukochana filmowa cierpiętnica - w wywiadach z lat 20. i 30. konsekwentnie podtrzymująca swój sentymentalny wizerunek - w rzeczywistości była osobą rozsądną i trzeźwo stąpającą po ziemi. Nie przypominała rozerotyzowanej Poli Negri, ambiwalentnej Marleny Dietrich, wyniosłej Grety Garbo - była swojska, zaradna i poczciwa.

Nie pozwalała sobie na plotki, romanse i skandale. Wszystko miała dokładnie zaplanowane: tak zwany dobry mariaż (małżeństwo z inżynierem Zygmuntem Protassewiczem w wieku 37 lat), przemyślane inwestycje, mądry plan na karierę. Żadnych widowiskowych omdleń, hodowli bengalskich tygrysów i ryzykownych koafiur. Ale co tak naprawdę kryło się pod tą idealnie poukładaną powłoką? Czy krzyczała? Histeryzowała? Wpadała w depresję?

Poruszające są zwłaszcza fragmenty poświęcone słabo znanym powojennym losom aktorki, jej niespełnionym marzeniom, coraz częstszym wizytom w Polsce. Smosarska tęskniła za Polską, ale w kraju nie czuła się komfortowo. Prawdopodobnie źle znosiła swój wiek; zawsze pięknie ubrana i umalowana, nie lubiła się fotografować. Zdawała sobie sprawę, że w świadomości wielbicieli na zawsze pozostanie śliczną, młodą Jadzią, panieneczką czekającą na księcia z wąsikiem Valentino. Jadzia nie powinna mieć zmarszczek.

Małgorzata Hendrykowska napisała monografię, od której trudno się oderwać. Niezależnie od licznych odkryć biograficznych, od literackiej urody, wreszcie naukowej precyzji (kompletna filmografia), ta książka jest świadectwem prawdziwej fascynacji. Znakomita filmoznawczyni konsekwentnie śledząca początki naszego kina, w książce o Smosarskiej staje się zarazem jedną z wielbicielek "Jadzi", która nie do końca rozumie powody tej fascynacji i dlatego ciągle pyta - nas widzów, nas czytelników i siebie - skąd bierze się to zaczarowanie? Gdzie tkwiła siła przyciągania Smosarskiej, na czym polegał jej fenomen?

Udział aktora filmowego w tworzeniu kultury jest przecież nieprzewidywalny: zależy w równym stopniu od otrzymanych ról i od czasów. Tylko wybrańcy losu trafiają w "swój czas" - czyli w ów szczególny historyczny moment, kiedy postać z ekranu staje się światłem dla widowni lub jej szkłem powiększającym. Jadwiga Smosarska dla kilku pokoleń była takim światłem. Jak wiele lat później - w zupełnie innych okolicznościach - Cybulski, może jeszcze Kobiela, Łomnicki, może Olbrychski. Była najprawdziwszą gwiazdą.

Przedwojenne wspaniałe aktorskie twarze: Junosza-Stępowski, Zelwerowicz, Leszczyński, Ćwiklińska, Jaracz... Zawsze podejrzewałem, a Małgorzata Hendrykowska tylko te domysły potwierdza, że wszyscy oni traktowali kino jako przygodę zdecydowanie drugorzędną wobec teatru. Tymczasem - jakie to okrucieństwo losu! - w powszechnej pamięci przetrwali wyłącznie na ekranie. Czytamy wprawdzie o ich sukcesach scenicznych i niezwykłej pracy nad rolą, ale widzimy tylko mimikę, gesty i zachowania utrwalone na celuloidzie. To dzięki kinu zyskali nieśmiertelność. Jak Smosarska.

Oglądam reprodukowane w książce jej fotografie. Na pierwszej przypomina dziewczynę z filmu Viscontiego. Piękny kapelusz z rondem, rozmarzone oczy, z których za chwilę, tak czujemy, popłyną gorzkie łzy. Na ostatniej widać piękną damę w sile wieku, ze sznurem pereł na szyi, zapatrzoną wprost w obiektyw. Uśmiecha się delikatnie. Myślę, że dobrze wie, że wygrała. Mimo wszystko. Nie czas na łzy.

Małgorzata Hendrykowska, Smosarska, Poznań 2007, Wydawnictwo Uniwersytetu Adama Mickiewicza.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]