Ostatnie zachowania Władysława Kosiniaka-Kamysza zaskoczyły wszystkich. Zapowiedzi wprowadzenia w szkołach wychowania patriotycznego i nazywanie partnerów koalicyjnych „lewactwem” wzbudziło w formacjach współpracujących z PSL podejrzenie, że ludowcy już rozglądają się za nowym politycznym rozdaniem. Znani byli przecież w przeszłości z tzw. obrotowości, czyli gotowości do wchodzenia w sojusze niemal z każdym.
Tak daleko idące wnioski są jednak przesadą. Dziś bardziej chodzi o nadkruszenie duopolu PiS–KO, który dusi mniejsze partie, oraz zwiększenie prezydenckich szans Szymona Hołowni, który nie jest już taką gwiazdą jak w tygodniach przed sformowaniem rządu Donalda Tuska. Sami politycy PSL przekonują, że tak naprawdę chodzi im o szczerość w wyrażaniu poglądów, która pomoże oczyścić atmosferę i obronić obecną koalicję.
PSL walczy
W czasie drugiej wojny światowej na murach polskich miast pojawiły się napisy „PPR walczy”. Choć w czasach PRL zdjęcia tego hasła były wykorzystywane propagandowo, w rzeczywistości ich ilość była śladowa; Polska Partia Robotnicza w czasach II wojny światowej stanowiła polityczny margines.
Właśnie czasów wojny dotyczyła pierwsza zaskakująca wypowiedź prezesa PSL. Władysław Kosiniak-Kamysz skrytykował obecną dyrekcję Muzeum II Wojny Światowej za to, że przywracając do kształtu pierwotnego ekspozycję, zmienioną w 2016 r. przez PiS, ograniczyło rolę rotmistrza Witolda Pileckiego, św. Maksymiliana Kolbego i rodziny Ulmów. Zwłaszcza interwencja w obronie tych ostatnich może nie do końca dziwić, bo ratujący Żydów Ulmowie przed wojną byli związani ze Stronnictwem Ludowym.
Niemniej całe wystąpienie Kosiniaka-Kamysza mogło być dla opinii publicznej zaskoczeniem. Wypowiedzi liderów PSL w sporach ideowych były w III RP tak samo rzadkie, jak wojenne napisy „PPR walczy”. Ludowcy zwykle trzymali się na uboczu najgorętszych politycznych naparzanek (spór o najnowszą historię oraz preferowany model patriotyzmu budzi zawsze ogromne emocje) i koncentrowali się na pragmatycznej polityce. Czyli zazwyczaj na dbaniu o interes własnego, wiejskiego elektoratu, ewentualnie na sprzyjaniu patriotyzmowi gospodarczemu. No i oczywiście, co lubią podkreślać przeciwnicy PSL, na skutecznym zabieganiu o stołki dla swoich działaczy, niezależnie od tego, kto właśnie rządził. Jednocześnie, gdy dochodziło do ważnych dla polskiego społeczeństwa sporów ideowych, ludowcy umywali ręce, przekonując, że takie sprawy są raczej domeną prywatną, a podczas głosowań nie ma u nich dyscypliny partyjnej.
Jednak w ostatnich tygodniach to się wyraźnie zmieniło. Sformułowana przez Kosiniaka-Kamysza ocena kształtu ważnej muzealnej ekspozycji współbrzmiała z linią PiS i różniła się od wypowiedzi partnera z Trzeciej Drogi Szymona Hołowni, który oświadczył, że politycy nie powinni ingerować w kształt wystaw historycznych.
Niedługo później była jeszcze bardziej zaskakująca akcja lidera PSL, a zarazem wicepremiera i szefa MON. Wystąpił on z zapowiedzią przygotowania projektu ustawy o wychowaniu patriotycznym. Zaskoczył tym wszystkich partnerów z Koalicji 15 Października, a także resort edukacji narodowej, który właśnie dokonał zmian w podstawie programowej i liście lektur w odmiennym kierunku. Jego przedstawicielki, minister Barbara Nowacka i wiceminister Katarzyna Lubnauer, wyrażały publicznie zdziwienie, że Kosiniak-Kamysz nawet nie skonsultował tego pomysłu z MEN.
O co im właściwie chodzi
Zmiana strategii w PSL dotyczy też świętej zasady braku dyscypliny w głosowaniach światopoglądowych. Przyczyną głośnej porażki koalicji rządzącej w kwestii dekryminalizacją aborcji byli właśnie ludowcy, którzy w zdecydowanej większości zagłosowali przeciw. Jak można usłyszeć w kuluarach, ci, którzy zastanawiali się nad wstrzymaniem od głosu, byli namawiani do tego, aby tego nie robić – w ten sposób PSL miał pokazać swoje wyraziste oblicze.
Niemniej jednak marszałek-senior Marek Sawicki zapewnia, że głosowanie to (za liberalizacją przepisów były tylko cztery posłanki PSL) odzwierciedla ideowy układ sił w stronnictwie, gdzie zdecydowaną większość stanowią działacze o poglądach konserwatywnych.
Jeszcze innym przejawem nowej linii PSL ma być zablokowanie prac (tak przekonują politycy innych ugrupowań Koalicji 15 Października) nad likwidacją Funduszu Kościelnego. Na czele zespołu, który ma nad tym pracować, stoi właśnie wicepremier Kosiniak-Kamysz, ale zespół ten w ostatnim czasie niewiele robi.
Krytycy PSL zwracają uwagę, że ludowcy najwyraźniej w poszukiwaniu politycznego interesu zaczynają swój kolejny „obrót” i coraz bardziej zaczynają zerkać w stronę PiS, licząc na to, że samym takim straszeniem partnerów z koalicji będą mogli sporo ugrać. Bo oczywiście jakiekolwiek realne porozumienie z PiS, co przyznają najważniejsi ludowcy, jest dziś zupełnie niemożliwe – za krótki czas upłynął od rządów formacji Kaczyńskiego i zbyt żywa jest pamięć o jej strategii niszczenia PSL na wsi.
Starsi politycy lewicy przypominają jednak przypadki z przeszłości, gdy PSL stosował różne formy nacisku w doraźnych celach, by np. powiększyć zasoby kadrowe swoich działaczy w strukturach rządowych czy spółkach Skarbu Państwa.
W Sejmie II kadencji (lata 1993-97) PSL miał ponad stuosobowy klub parlamentarny i wraz z SLD tworzył koalicję. Niejednokrotnie walcząc o własne polityczne interesy, opowiadał się jednak przeciw partnerowi, zwłaszcza po 1995 r., gdy prezydentem został dotychczasowy lider SLD Aleksander Kwaśniewski. Zdarzyło się nawet, że ludowcy złożyli wniosek o wotum nieufności wobec współtworzonego przez siebie rządu. W ostateczności jednak nie zagłosowali za nim (poza ówczesnym prezesem Waldemarem Pawlakiem). Działo się to jednak tuż pod koniec rządów tamtego sojuszu.
Gdy w 2001 r. znów powstała koalicja PSL z SLD (trzecim partnerem była Unia Pracy), ludowcy ponownie wykonali woltę. Zagłosowali przeciwko firmowanym przez rząd Millera winietom na autostrady. Zapłacili za to wyrzuceniem z koalicji, bo premier zinterpretował ich zachowanie jako typową dla PSL grę, prowadzącą do poszerzenia wpływów. PSL tym razem przedobrzyło, ale Millerowi ten ruch też się nie opłacił, bo niestabilna większość, jaką od tego momentu miał jego gabinet, przyspieszyła koniec epoki SLD.
Nadzwyczajna interwencja
Politycy PSL zaprzeczają, że dzisiejsze ruchy Kosiniaka-Kamysza podyktowane są gierką nastawioną na doraźne cele. Jeżeli już, mówią, jest to realizacja strategii mającej pokazać rzeczywiste oblicze ideowe PSL.
– Bardzo nas przez lata bolało, że PiS zawłaszczał przekaz patriotyczny, a nas przedstawiał jako spadkobierców ZSL – mówi poseł Andrzej Grzyb.
Oczywiście zwykły rachunek polityczny w tym wszystkim też jest ważny. Po pierwsze stoi za nim chęć odzyskania części elektoratu straconego na rzecz PiS, czyli wyborców pochodzących ze wsi i małych miast. – Po ostatniej awanturze aborcyjnej zadzwonił do mnie człowiek, który powiedział wprost: „tylko PiS, Konfederacja i wy bronicie życia oraz wartości. Możecie liczyć na moje wsparcie”. To pokazuje, że choć dotąd głosował zapewne na PiS, dziś może poprzeć nas – opowiada poseł PSL.
Inni zwracają uwagę, że Kosiniak-Kamysz nie mógł nie zaostrzyć retoryki po tym, co ludowców spotkało po głosowaniu dotyczącym depenalizacji aborcji. – Mówiąc o „lewactwie”, tylko odpowiedział na ataki, w czasie których pod jego adresem zaczęły padać okrzyki „spierdalaj”, a biura poselskie niektórych kolegów były oblewane czerwoną farbą – mówi inny polityk PSL. – Poza tym dzięki tym jego słowom przestaliśmy być w końcu „letni” – dodaje.
Zdaniem Marka Sawickiego, który zwykle otwarcie pozwala sobie mówić więcej niż inni, zmiana retoryki Kosiniaka-Kamysza ma też inny wymiar. Ma być czymś w rodzaju nadzwyczajnej politycznej interwencji, tym razem w obronie zagrożonego sojuszu rządowego. Bo, jak mówi Sawicki, Kosiniak-Kamysz musiał zareagować na „fanaberie” lewicy sprzeczne z umową koalicyjną, które objawiły się podczas ostatnich głosowań. Tym bardziej że nadarzyła się ku temu okazja; akurat wypadała 129. rocznica powstania ruchu ludowego.
– Jeśli w przypadku ustawy o ochronie granic, wzmacniającej uprawnienia wojska i Straży Granicznej, na dodatek przyjętej na Radzie Ministrów, połowa klubu lewicy głosuje przeciw, w tym dwie panie minister rządu Donalda Tuska, to koalicyjny wicepremier nie może nie zareagować. Tym bardziej, że nie zareagował sam Tusk, który karcił polityków po sprawie aborcji, choć to był poselski projekt, a tym razem milczał. Dlatego trudno się dziwić Kosiniakowi, że zabrał głos w taki sposób – tłumaczy Sawicki.
Polityk PSL podkreśla, że nie może być dowolności w głosowaniu w przypadku projektów rządowych, co zresztą zostało zapisane w umowie koalicyjnej. Dlatego zachowanie jej polityków w sprawie ustawy granicznej, co w kuluarach komentowane było jako zemsta za głosowanie PSL w sprawie aborcji, Sawicki określa mocno: jako naplucie całemu rządowi w twarz.
– Tymczasem pan premier udaje, że nic się nie stało. Niech się więc nie dziwi, jeśli kolejni ministrowe, a już na pewno posłowie, nie będą głosować za jego ustawami. Co on wtedy zrobi? - pyta marszałek senior.
Trzy filary koalicji
Sawicki przypomina też, że porozumienie koalicyjne opiera się na trzech filarach. Pierwszy: sprawy uzgodnione realizowane są natychmiast. Drugi: w kwestiach spornych podejmowane są próby dogadania się. I trzeci: jeśli są sprawy, w których koalicjanci na pewno się nie porozumieją, to przynajmniej nie zgłaszają projektów ustaw przeciw sobie. Tymczasem, dodaje Sawicki, dziś żaden z tych elementów nie działa. Sprawy uzgodnione się ślimaczą, nie ma np. pakietu ustaw reformujących wymiar sprawiedliwości – pod auspicjami ministra sprawiedliwości Adama Bodnara powstało zaledwie kilka projektów.
Nie ma też zapowiadanej w umowie koalicyjnej reformy finansów publicznych, tak by skończyć z sytuacją stworzoną przez PiS, w której samorządowcy muszą „wisieć” na klamkach ministrów i prosić o pieniądze. W tym samym czasie lewica nie ma zahamowań, by zgłaszać własne ustawy, co do których wiadomo, że nie będzie pełnej zgody. W dodatku nie głosuje za projektami rządowymi, jak w przypadku wspomnianego użycia broni. Stąd Tusk, zdaniem Sawickiego, jeśli chce, by koalicja przetrwała, powinien nie tylko pilnować ministrów podczas głosowań za projektami rządowymi, ale i „pogonić szefów resortów, aby przyspieszyli prace nad projektami, które są w umowie koalicyjnej”.
Inni politycy PSL przekonują, że zaostrzenie przez nich retorycznego kursu to nie tylko wyraz frustracji, ale właśnie rodzaj „misji ratunkowej” dla koalicji. I przypominają, że w przeszłości, dzięki niekonwencjonalnym zachowaniom, PSL nie raz doprowadzał do realizacji trudnych politycznie celów.
Na przykład w 1997 r. to właśnie dzięki PSL (w Sejmie zdominowanym przez SLD i niemal pozbawionym prawicy), udało się uchwalić ustawę lustracyjną, porządkującą chaos w tej sprawie. Ludowcy, już jako ugrupowanie opozycyjne, odegrali też kluczową rolę w powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej w następnym parlamencie, w którym rządziła koalicja AWS–Unia Wolności. Posłowie obu tych ugrupowań przegłosowali w 1998 r. ustawę o utworzeniu IPN, ale zawetował ją prezydent Kwaśniewski. AWS i UW nie miały wtedy większości trzech piątych, by odrzucić weto. Z pomocą pospieszył PSL, który co prawda miał zaledwie 26-osobowy klub parlamentarny, ale to wystarczyło, aby odrzucić weto i powołać IPN, dziś jedną z fundamentalnych instytucji państwa. Oczywiście potem we władzach Instytutu ludowcy uzyskali oczekiwaną liczbę miejsc dla swoich ludzi.
Ośmioletnia koalicja rządowa PSL z PO w latach 2007-15 też była pełna napięć. Jednak to dzięki postulatom zgłaszanym przez PSL udało się nieco złagodzić np. reformę emerytalną, która była najtrudniejszym przedsięwzięciem tamtej koalicji. Ludowcy w takich sprawach wykazywali zwykle instynkt polityczny, a ich postulaty na ogół po latach okazywały się słuszne. Instynkt ten nie opuszczał ich też przy zawieranych porozumieniach wyborczych. Dziś widać, że korzystne dla ludowców było wycofanie się po wyborach do PE w 2019 r. z Koalicji Europejskiej i start w wyborach parlamentarnych razem z Kukiz’15 pod szyldem Koalicji Polskiej. Co prawda największym profitentem tego porozumienia okazał się sam Paweł Kukiz, ale ludowcy nie stracili, bo dostali kilka procent głosów więcej, a oddali kukizowcom tylko trzy mandaty. Jednocześnie PSL skorzystał na współtworzeniu paktu senackiego zarówno w 2019, jak i w 2023 roku.
Rola Hołowni
Jak na razie korzystne dla ludowców wydaje się także porozumienie z Polską 2050 w ramach Trzeciej Drogi, a układ ten nie jest bez wpływu na ostatnie, asertywne przebudzenie PSL. Kontekstem są oczywiście wybory prezydenckie. Dziś wiadomo, że jedynym pewnym horyzontem dla Trzeciej Drogi – jako porozumienia PSL i Polski 2050 – są wybory głowy państwa wiosną 2025 r. Ludowcom oczywiście zależy na dobrym wyniku Szymona Hołowni, który jest niemal pewnym kandydatem całej Trzeciej Drogi.
Wygrana Hołowni, ale też jego dobry wynik, umocni politycznie całą Trzecią Drogę, a więc również PSL, zarazem ludowcy mogą liczyć na przejęcie części aktywów Polski 2050, której jedynym spoiwem jest sam Hołownia. Stąd, według niektórych, ostatnią akcję PSL i wypowiedzi jego lidera można zinterpretować jako skomplikowaną grę polityczną z wyborami prezydenckimi w tle. PSL zwrotem w prawo ma próbować zagospodarować konserwatywne skrzydło potencjalnego elektoratu Hołowni i odebrać część głosów kandydatowi PiS. Z kolei bardziej umiarkowany lider Polski 2050 ma „łowić” w centrum. – Wychodzimy z założenia, że jeśli kandydat KO będzie miał twarz Marty Lempart, to nie wygra wyborów, a nam to tylko pomoże – mówi polityk PSL.
Czy postępowanie ludowców przyniesie im korzyści, okaże się po jakimś czasie. Z punktu widzenia PSL sytuacja, w której kilku działaczy PiS, sfrustrowanych sytuacją w tym ugrupowaniu postanowi zmienić barwy i zapuka do ich drzwi, już będzie sukcesem. Będzie to oznaczało wyrwę w wysokim murze, który dzieli obecnie polską politykę.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















