Marek Hłasko potrzebuje nowych odczytań w duchu feministycznym. Aura maczyzmu przestała działać

Radosław Młynarczyk, literaturoznawca: Hłasko nie był ćmą barową, nie chodził wiecznie pijany, nie pisał na serwetkach. Był wręcz tytanem pracy. Chciał uchodzić za utracjusza, bo potrzebował tego do prozy.
Czyta się kilka minut
Marek Hłasko w swoim mieszkaniu przy ul. Częstochowskiej na Ochocie, Warszawa, 1975 r. // Fot. Adam Mottl / PAP
Marek Hłasko w swoim mieszkaniu przy ul. Częstochowskiej na Ochocie, Warszawa, 1975 r. // Fot. Adam Mottl / PAP

MICHAŁ SOWIŃSKI: Gdzie na mapie literatury znajduje się dziś Marek Hłasko?

Radosław Młynarczyk: Problem z Hłaską jest taki, że przestał trafiać do najmłodszego pokolenia. I mam tu na myśli zarówno akademików i osoby świadome współczesnej humanistyki, jak i tak zwanych zwykłych odbiorców, czyli osoby czytające literaturę po prostu dla przyjemności.

Dlaczego?

Przestała działać aura maczyzmu, jak się za nim przez dekady ciągnęła. To ona stanowiła o sile tej postaci i jego prozy – a dziś stała się obciążeniem. Najmłodsi czytelnicy, a szczególnie czytelniczki, nie chcą takiej literatury. Nie chcą czytać o facetach ubrudzonych smarem, bijących swoje kobiety. Absolutnie to rozumiem.

To czym można skusić współczesnego czytelnika do Hłaski?

Potrzebne jest nowe odczytanie jego twórczości – idące w stronę teorii feministycznych, kładące nacisk na przemoc, traumę. Hłasko należy do pokolenia dekadę młodszego od Kolumbów, doświadczenie wojenne w nim i jego rówieśnikach było mocne, ale nie było to doświadczenie walki, tylko okrucieństwa wojennego zapamiętanego z dzieciństwa. U Hłaski wychodzi to raz za razem, zarówno w utworach pisanych jeszcze w Polsce, jak i w tych późniejszych, już emigracyjnych. Takie odczytanie byłoby z pewnością odświeżające.

A jeszcze inaczej?

Parę lat temu doktoranci z Instytutu Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego czytali Hłaskę topograficznie, czyli tropem kreowanej przestrzeni, bardzo dosłownie rozumianej. W świetle współczesnych studiów nad urbanistyką to również może być ciekawy punkt wyjścia.

A argument, że Hłasko opisywał swój świat takim, jakim go widział? Szary, siermiężny, pełen przemocy…

To szkolna wykładnia jego prozy, dość płytka i mało przekonująca. Wręcz krzywdząca, bo radykalnie szufladkująca.

Przez dekady Hłasko uchodził za pisarza, który, wydawałoby się, opisuje uniwersalne dla młodych doświadczenie Weltschmerzu.

I to doświadczenie, samo w sobie, się nie zmieniło. Zmieniła się za to samoświadomość. Ta wrażliwość – choćby związana z nieszczęśliwą miłością – dalej rezonuje, ale nie jest to już bezrefleksyjny zachwyt, z jakim faktycznie mieliśmy do czynienia przez dziesięciolecia. Odkrycie, że świat jest okrutny, że nie ma w sobie romantyzmu, że chce zdeptać prawdziwe uczucie – pewnie, to wszystko dalej jest w mocy, ale zatopione w niestrawnej już dziś ilości mizoginizmu.

Kontekst innej epoki trochę go nie broni?

Zapewne – mizoginizm można podzielić na psychologiczny i światopoglądowy. Hłasko na pewno nie nienawidził kobiet, w tym aspekcie często próbuję go bronić. Ale światopoglądowo – tu już trudniej, bo bez wątpienia wyznawał wartości, z którymi trudno nawet dyskutować. Dziś młodzi ludzie są na takie rzeczy szczególnie wrażliwi. Żyjemy w czasach, gdy artysta i jego dzieło są ze sobą mocno połączeni w przestrzeni publicznej – jedno wpływa na ocenę drugiego, dlatego łatwo zostać skancelowanym, szczególnie jeśli już nie ma się szans na obronę.

Cofnijmy się zatem do czasów, gdy był niekwestionowanym celebrytą.

Sławę zyskał w czasie, gdy z patosem opisywano place budowy i traktory. Nawet gdy flirtował z socrealizmem, to był on jedynie tłem dla dużo ważniejszych wydarzeń i relacji. W tym sensie Hłasko przywrócił człowiekowi podmiotowość w powojennej literaturze – tej tworzonej po niesławnym dekrecie szczecińskim z 1949 roku. Do tego opisywał świat bliski ówczesnym ludziom, na przykład ruiny Starego Miasta w Warszawie, małe miasteczka z błotnistymi drogami, szare i nijakie przedmieścia itd., a nie robotników, którzy w pocie czoła wykuwali nową, świetlaną przyszłość. 

Znowu – trudno powiedzieć, że opisywał rzeczywistość taką, jaka była, bo to nadmierne uproszczenie. Niemniej ten wycinek, który umieszczał w swojej prozie, był szczególnie bliski wielu ludziom. Miał też talent do dialogów, dlatego też tak chętnie jego prozę przenoszono na ekran – między innymi został zaproszony do pisania dialogów przez Stanisława Dygata.

A jego knajpiana legenda?

Oczywiście też przyczyniła się do sukcesu, szczególnie te cztery lata przelotu po Warszawie, ale to w dużej mierze była kreacja. Nie był z pewnością ćmą barową, nie chodził wiecznie pijany, nie pisał na serwetkach. Od debiutu w 1954 roku do wyjazdu cztery lata później napisał ponad 30 opowiadań – to pokazuje, jak intensywnie i sumiennie pracował. Był wręcz tytanem pracy. Chciał uchodzić za utracjusza, bo było mu to potrzebne do prozy. Często podsłuchiwał ludzi na mieście, przenosił do tekstów zasłyszane rozmowy i historie, czasem wręcz sam je prowokował.

To wszystko się skończyło po wyjeździe do Paryża?

W 1958 roku skończyła się jego kariera w Polsce. Został objęty kampanią nienawiści w krajowej prasie. Wymyślano wiele oczerniających historii o tym, jak się prowadzi, podszeptywano je nawet rodzinie, co miało duże znaczenie dla tych relacji. Matka Hłaski bardzo kochała syna, ale też zaskakująco łatwo dawała się podpuszczać tego typu prowokacjom. W ten sposób zniknął z oficjalnego obiegu.

Niektórzy oczywiście czytali „Kulturę”, więc znali niektóre teksty, na przykład „Cmentarze”. Niemniej od wyjazdu funkcjonował w Polsce wyłącznie w literackim podziemiu. I – co szczególnie bolesne – nikt specjalnie się o niego nie upominał. Wcześniej miał wielu przyjaciół czy raczej wielbicieli – Jerzy Andrzejewski, Wilhelm Mach, Jarosław Iwaszkiewicz, Henryk Bereza – którzy jednak, z wyjątkiem tego ostatniego, szybko o nim zapominają.

Pojawia się znów w latach 70.

Aczkolwiek tak na dobre wraca do polskiej literatury dopiero w połowie lat 80. słynną czarną serią opracowaną przez Lecha Kurpiewskiego i Michała Komara. Dopiero wtedy można o nim oficjalnie mówić. W 1985 roku powstaje film Feliksa Falka „Idol”, w którym Krzysztof Pieczyński gra dziennikarza zafascynowanego pisarzem zmarłym na emigracji – postanawia przywrócić go do życia.

W tej historii wiele elementów zgadza się z biografią Hłaski – a jeszcze więcej z jego legendą. W 1982 roku wydano „Sonatę marymoncką”, choć to akurat nie przysłużyło się renesansowi Hłaski, bo to jego nie najlepszy utwór, bardzo socrealistyczny z ducha, bardziej nawet niż odnaleziony przeze mnie „Wilk”. W latach 90. pojawia się też kilka ważnych pozycji biograficznych, między innymi „Piękny dwudziestoletni” Andrzeja Czyżewskiego, kuzyna pisarza.

Potem zainteresowanie nieco przygasa.

To prawda. W 2014 roku ukazuje się tom jego listów – bardzo ważny dla historii polskiej literatury, bo Hłasko korespondował niemalże ze wszystkimi ważnymi postaciami swojej epoki. Niemniej same listy przeznaczone były przede wszystkim dla najbardziej zagorzałych fanów Hłaski…

Natomiast „Wilk”, wydany po raz pierwszy w 2015 roku, sprawił, że o Hłasce było przez chwilę znowu głośno. Gdyby nie Pan, nie moglibyśmy go przeczytać.

To był przypadek. W Ossolineum znajduje się obszerne archiwum Hłaski, przekazane przez rodzinę. Wiedziony instynktem badawczym, postanowiłem je gruntownie przejrzeć. W ten sposób natrafiłem na powieść – i to w trzech egzemplarzach – która nie była wcześniej wydana. Omyłkowo została uznana za „Sonatę marymoncką”. Wygrzebałem ją, opracowałem i znalazłem wydawcę, czyli Iskry – z którymi Hłasko miał podpisaną umowę, ale nigdy nie zdecydował się na publikację. To był początek przygody. 

W następnej kolejności opublikowaliśmy zbiór socrealistycznych opowiadań, niezbyt dobrych i kompromitujących politycznie Hłaskę, za co oberwało mi się od Henryka Grynberga na łamach „Gazety Wyborczej”. Później przypomnieliśmy młodzieńczy pamiętnik, który Hłasko pisał jeszcze w czasie wojny, dorzuciliśmy do tego kilka listów. No i oczywiście wznowienie dzieł zebranych, które domknęliśmy dopiero w 2021 roku.

Na przestrzeni ostatnich 10 lat brałem udział w licznych debatach i konferencjach poświęconych Hłasce, spotkałem też wielu ludzi, którzy wciąż go czytają – zarówno tych starszych, którym Hłasko kojarzy się z młodością, jak i średniego pokolenia, pamiętających go mgliście jeszcze z listy lektur. No i tych najmłodszych.

Przed którymi trzeba Hłaski bronić.

Co też jest dobre – prowokowanie do dyskusji podtrzymuje żywą pamięć.

Co się dzieje z Hłaską po 1958 roku, gdy już na zawsze wyjeżdża z kraju?

Trafia do Maisons-Laffitte, gdzie dostaje nagrodę „Kultury”. Natomiast jego krajowa sława nie miała większego przełożenia na sytuację za granicą. Był popularny wśród Polonii, ale poza nią już niekoniecznie. Trafiały się tłumaczenia na różne języki, ale nie gościł na uniwersytetach, nie miał wielu spotkań autorskich. Daleko było mu do szacunku, jakim darzony był choćby Miłosz w latach 70. i 80. Dlatego też próbował wrócić do Polski, co mu skutecznie uniemożliwiono. Między innymi dlatego wyjechał do Izraela. Tam jego rozpoznawalność jeszcze się utrzymuje, ale głównie dzięki zabiegom Polonii i Żydów, którzy po wojnie wyemigrowali z Polski do Izraela.

Czyli nie był już celebrytą.

Swoje liczne podróże w latach 60. odbywał nie jako popularny polski autor, ale jako partner znanej niemieckiej aktorki Sonji Ziemann – to kolejny element jego legendy, z którym trzeba się zmierzyć. Odwiedził Hiszpanię, Chorwację, Grecję, Anglię czy Szwajcarię tylko dlatego, że kręciła ona tam filmy. Hłasko cały czas dużo pisał i nawet na tym zarabiał, jednak szybko wszystko wydawał i pozostawał na utrzymaniu żony. Oczywiście nie przeszkadzało mu to w zawieraniu znajomości z innymi kobietami.

Nie były to jednak najszczęśliwsze lata jego życia.

Z jednej strony nostalgia za krajem, z drugiej słabnąca popularność jako pisarza sprawiły, że popadł w depresję – i to kliniczną, trzykrotnie trafiał do szpitala. Do tego uzależnienie od środków nasennych i w jakimś stopniu od alkoholu. Nomadyczność miała w jego przypadku wysoką cenę. Będąc jeszcze z Sonją, kilkukrotnie odwiedzał Izrael, gdzie mieszkała jego nowa miłość Esther Steinbach.

W 1966 roku podjął decyzję o samodzielnym wyjeździe do USA, mając nadzieję na karierę w Hollywood, co się niestety nie udało. Była to kolejna sroga lekcja życia – zamiast pisać scenariusze do kasowych filmów, pracował u matki Grynberga w sklepie monopolowym albo w fabryce blachy. Wszystko po to, aby się utrzymać, bo nigdy nie przestał pisać. Z czasem zaczął tworzyć dłuższe formy – powieści coraz bardziej skupione na tematyce egzystencjalnej. Próbował się mierzyć nawet z tematyką biblijną i pytaniami o istnienie Boga. Nie były to już scenki rodzajowe jak na początku, jeszcze w Polsce. Zrobił też kurs pilota samolotów, za który oczywiście zapłaciła jego żona.

Nie mógł sobie znaleźć miejsca na świecie.

Akurat ta część legendy nie wymaga sprostowań. Nie mógł w spokoju tworzyć, targały nim cały czas sprzeczne emocje i tęsknoty.

Może klucz polityczny jest jakimś punktem zaczepienia dziś? Ujmowanie się za losem robotników, i to po obu stronach żelaznej kurtyny.

Jest w tym coś na rzeczy – bez wątpienia miał w sobie socjalistyczną wrażliwość, ale trzeba pamiętać, że nie był intelektualistą. Dużo czytał, ale nie miał wykształcenia, więc daleko było mu do obowiązujących ówcześnie ideologii. Rzeczywiście, ujmował się za robotnikami – przede wszystkim jako ludźmi. Wierzył, że życie jest ważniejsze od pracy. Trzymał się z boku, dlatego nie jest łatwo przetłumaczyć go na współczesne języki polityki.

Podsumowując naszą rozmowę – dlaczego dziś warto czytać Hłaskę?

Bo jest bardzo wdzięcznym do interpretacji autorem, a jednocześnie wciąż nie jest domknięty, wciąż czeka na kolejne odczytania – wciąż ma coś ciekawego i ważnego do powiedzenia o naszym świecie. Trzeba go tylko osadzać w nowych, krytycznych kontekstach.

Radosław Młynarczyk

 

RADOSŁAW MŁYNARCZYK (ur. 1990) – literaturoznawca, badacz twórczości Marka Hłaski, autor książki „Hłasko. Proletariacki książę”. Współzałożyciel działającej przy Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Gdańskiego pracowni naukowej Literackie Trójmiasto” .

 

 

 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Piękny zapomniany

Artykuł pochodzi z dodatku Hłasko i Gombrowicz