„Uliczka była brudna. Uliczka przycupnięta drewnianymi, zapadłymi koślawo w ziemię domkami jak wszystkie inne ulice Marymontu: piaszczyste i krzywe, krzywe – jakby je ktoś pijanymi wyznaczał krokami” – takimi słowami zaczyna się młodzieńcza (i niedawno dopiero odnaleziona) powieść Hłaski „Wilk”. Zdania te wyznaczają kierunek przyszłej drogi, jaką obrał w swoich tekstach. Ich bohaterowie przemierzają miejsca, które są odpychające i odrażające – niezależnie od szerokości geograficznej.
Hłasko zmarł w Wiesbaden (środkowe Niemcy), ale wcześniej mieszkał w Los Angeles, Tel Awiwie, Ejlacie, Paryżu czy Berlinie Zachodnim. Wiele z tych miast opisał, podobnie jak rodzinną Warszawę czy równie mu bliski Wrocław. Nigdzie nie mógł znaleźć miejsca. Z drugiej strony wszystkie miasta opisywał w ciemnych barwach. Bohaterowie jego powieści czy opowiadań, w większości samotnicy i wyrzutkowie, potrzebowali bowiem odpowiedniej scenografii dla swoich brudnych czynów.
Jedną z takich postaci jest Robert z izraelskiej noweli „Drugie zabicie psa”. „Świat był ciemnym, plugawym zaułkiem, po którym będę się pętać bez końca” – mówi w pewnym momencie. Robert razem z przyjacielem inscenizują przedstawienie, mające na celu uwiedzenie kobiety i wyłudzenie od niej pieniędzy. Odgrywają zatem skomplikowane role pełne pustych emocji i bezcelowych czynów, jedynie po to, by zarobić na życie. Ten motyw wydaje się również kluczowy do zrozumienia całej prozy Hłaski, w której ludzie są w ciągłym ruchu, ale żyją w mrocznym świecie, z którego nie potrafią się wydostać – nie mogą więc zaprzestać odgrywania roli, jaką im zapisano. A ta potrzebuje z kolei adekwatnego tła. Koło się zamyka.
Pierwszy krok
Debiutancki zbiór opowiadań Hłaski „Pierwszy krok w chmurach” rozgrywa się w dużej mierze w Warszawie. Nie utraciłyby one jednak na wartości, gdyby pousuwać z nich geograficzne nazwy własne. Nie bez powodu Agnieszka Karpowicz swój artykuł na temat miejsc w prozie Hłaski nazwała „Topofobie”. Badaczka pisze wprost: „Warszawskie dzielnice nie pojawiają się przecież w tych opowiadaniach jako konkretne miejsca, lecz jako nośniki znaczeń (…)”. Fabuły tych opowiadań mogłyby rozgrywać się równie dobrze w Chicago czasów prohibicji, w mroźnych Helsinkach czy upalnej Casablance. Hłasko za każdym razem tworzy na własne potrzeby upadłe polis, które niszczy niewinność bohaterów, a na każdym ich dobrym uczynku cieniem kładzie się podłość innych mieszkańców. Miasto jest zatem lustrem, które ukazuje kondycję ludzi. Jego klimat, aura czy wygląd budynków odpowiadają czynom i wydarzeniom, których będą świadkami lub przyczyną.
Bohaterowie tych opowiadań zamieszkują brudne i brzydkie domy, z których okna nie widać księżyca ani gwiazd („Okno”). Ściany są poczerniałe, schody wytarte, a podwórko zielone od wilgoci („List”). Mieszkają tam stare matki o brzydkich twarzach, które nie zachowały nic ze swojej prawdy („Dom mojej matki”). Drzewo, które kwitło obok, uschło poprzedniej wiosny („Okno”). Nocą wybija godzina prostytutek i pijanych, przeszywana głosem harmonii („Dwaj mężczyźni na drodze”). Jeśli w dzień pada, to niebo wygląda jak brudna ścierka („Kancik, czyli wszystko się zmieniło”), a jeśli świeci słońce, to skwar napełnia udręką każdy zakątek miasta („Pijany o dwunastej w południe”). W sobotę miasto ma pijaną twarz („Pierwszy krok w chmurach”). Wyjście na ulice budzi u bohatera wściekłość i przerażenie („Pętla”).
Warszawa oraz inne miejsca w tych opowiadaniach stanowią jedynie tło, metaforę, miejsce utkane ze zbiorowej wyobraźni. W takiej przestrzeni nie ma miejsca na prawdziwą miłość, bo zostanie ona zniszczona przez napotkanych nad rzeką przypadkowych pijaków. Deszcz nie daje oczyszczenia, a słońce ciepła. Podobnie jest z ludźmi – wszystkie ich odruchy są negatywne, nie przynoszą nic dobrego. Jeśli więc nie ma nigdzie ratunku, człowiek w końcu musi dać się ubrudzić.
Widać to świetnie w warszawskim opowiadaniu „Ósmy dzień tygodnia”. Niebo jest tam „brudne i pełne pustych chmur”, „nawet cienie są lepkie”, „w niedzielę zawsze pada deszcz”. Bohaterowie zderzają się z nędzną i pijacką rzeczywistością. Sami w końcu nią przesiąkają, bo Hłasko w każdym swoim tekście pisze, że nie ma ratunku dla wzniosłych marzeń, jest tylko brudna i szara rzeczywistość. Przestrzeń u Hłaski to bowiem nie fizyczne miejsce na mapie. „To także pewien zespół wyobrażeń i doświadczeń właściwych temu miejscu, styl bycia z nim związany, przedmiot tęsknot i element tożsamościowy, przestrzeń nawiązywania relacji międzyludzkich” – na co słusznie uwagę zwracają Agnieszka Karpowicz i Piotr Kłubkowski w tekście otwierającym książkę pod wymownym tytułem „Sto metrów asfaltu. Warszawa Marka Hłaski”.
Sartre i papierosy
Ten sposób tworzenia przestrzeni i kreowania bohaterów nie był niczym wyjątkowym w ówczesnej literaturze. Bez wątpienia wpływ na to miało doświadczenie II wojny światowej, traumy związane z utratą spokojnego dzieciństwa i poczucie ciągłego zagrożenia. Jednak równie ważne wydają się zmiany zachodzące w kulturze i prądy płynące z Zachodu. Nie tylko bowiem Hłasko tworzył literaturę, gdzie bohaterowie odgrywali z góry narzucone im role, a świat opisywano w brudnych i ciemnych barwach. Wystarczy wspomnieć inne gwiazdy młodego pokolenia, debiutujące w połowie lat 50. ubiegłego wieku. Niewiele młodszy od Hłaski Ireneusz Iredyński wydał wtedy „Dzień oszusta”, w której to powieści bohater jest zwykłym tricksterem i naciągaczem, słońce zaś oślepia i męczy. W podobnej aurze utrzymane są dzieła Andrzeja Bursy („Zabicie ciotki”) czy Stanisława Czycza („And”).
Hłasko, żeby powołać się na słynną książkę Jana Błońskiego, był jednym z pierwszych pisarzy, który zwiastował zmianę warty w polskiej literaturze. Nowe pokolenie młodych autorów radykalnie odcięło się od socrealizmu i tego, co było wcześniej. Jeśli w literaturze socrealistycznej społeczeństwo dawało poczucie wsparcia, u nich rujnowało, gnębiło, stanowiło zagrożenie. Stworzyli zatem mroczną wizję rzeczywistości, gdzie ludzie z zasady byli źli i nieautentyczni, zniewoleni i zniszczeni. Ich celem nie było budowanie, ale degradacja. W takiej scenerii zatem należało ich umieścić. Dlatego Hłasko stworzył świat, w którym żadna dobra idea nie ma szans powodzenia, a czysta miłość wydaje się szaleństwem. „Szlachetni kochankowie – jak pisał Błoński – nie mogli się połączyć bądź dlatego, że uniemożliwiały im to przyziemne, praktyczne konieczności, bądź dlatego, że ledwie narodzoną miłość znikczemniało spojrzenie społeczeństwa, odmawiające zakochanym uznania czy godności (»piekło to inni!«)”.
Stwierdzenie Sartre’a uchodzić może za hasło przewodnie egzystencjalizmu, rozumianego nie tyle jako nurt filozoficzny, ile raczej prąd literacki i ogólna moda. Agnieszka Osiecka w „Szpetnych czterdziestoletnich” pisze: „Ludzie wydzierali sobie Sartre’a, opijali się potwornie mocną herbatą, łazili po nocy na cmentarz i palili papierosy w charakterystyczny sposób – do końca, do poparzenia palców i ust”. Identyczne zdania można wyczytać u Kiry Gałczyńskiej, która w „Jak te lata się mylą…” stwierdziła, że w roku 1956 „istniała wśród nas, młodych, moda na ową mroczność, na niedopowiadanie wszystkiego do końca. Ulubionym kolorem była czerń, farbowałyśmy sobie w domu wszystko, co tylko udało się zdobyć na ciuchach”. Taka sama była również ówczesna literatura (i nie jest to wobec niej żaden zarzut) – liczyła się aura i smak chwili, który zazwyczaj był gorzki. Młodzi odkryli bezsens propagandowych haseł i podłość świata, więc odpowiedzieli na nie własną literaturą, w której świat był mroczny i podły. Ulica Miła, przywołując wiersz Broniewskiego, wcale nie była miła, a cały świat przypominał Nową Hutę z „Poematu dla dorosłych” Ważyka. Hłasko przez całą swoją twórczość wiernie trzymał się takiego spojrzenia na świat. Warszawska Praga czy Marymont budzą zgrozę i są przeciwko ludziom.
Niebywały wpływ na opisy rzeczywistości autora „Pętli” miało też kino noir, w którym królowały światłocienie, złe kobiety, a na szczęśliwe zakończenie nie było co liczyć. Wszystko to widać w opowiadaniach i powieściach Hłaski. Jego ulubionym aktorem był Humphrey Bogart, oddający cały ból i cierpienie bohatera jednym grymasem bądź bon motem. Zapytany w „Casablance” o swoją narodowość, odpowiada bez chwili wahania, że jest pijakiem. U Hłaski bohater pyta pielęgniarza, czy jego znajomy długo umierał, a ten odpowiada, że „umieramy całe życie”. Również miasto w filmach noir pełniło inną rolę niż topograficzną. Liczył się jego klimat, wszechobecny mrok i poczucie zbliżającej się klęski. Miasto pełniło jedynie rolę scenerii, która miała oddać charakter brudnego świata, przemierzanego przez głównego bohatera. Identycznie jak u Hłaski.
Drewniany most
„Sowa, córka piekarza” to ostatnia książka wydana za życia Hłaski. Autor wrócił w niej do Wrocławia, w którym mieszkał w latach 1946-1950 wraz z matką i do którego później przyjechał w 1953 roku jako początkujący pisarz (w tym też roku dzieje się akcja „Sowy...”). Hłasko znał więc bardzo dobrze Wrocław i jego topografię, jednak i w tej powieści nie ma to większego znaczenia. W pewnym momencie pisze: „pojechałem na most Grunwaldzki (…) na ten drewniany i cichy most”. Jeśli ktoś nie był nigdy we Wrocławiu, należy wspomnieć, że jest to najsłynniejszy most nad Odrą, symbol miasta, który jednak nigdy nie był drewniany. To sporej wielkości stalowa konstrukcja wsparta na dwóch granitowych pylonach. Nie sposób jej z niczym innym pomylić. Co więcej, Hłasko przez pewien czas mieszkał we Wrocławiu przy ulicy Haukego-Bosaka, czyli rzut kamieniem od rzeczonego mostu.
Rację ma Jerzy Jastrzębski, który napisał, że „Hłasko był głuchy na wrocławskie dźwięki, ślepy na pejzaże miasta, nieczuły na jego zapachy i smaki, na wrocławską zieleń, wiatr, pleśń i wilgoć przenikającą średniowieczne mury”. U autora „Pętli” miasto ma zapach smaru i gorącej smoły. Większość akcji dzieje się o zachodzie słońca lub w nocy. To świat, w którym bohaterowie przechodzą przez kolejne kręgi piekła. Hłasko bowiem był specjalistą od ludzkich dusz, a topografia w ogóle go nie interesowała.
Wrocław jest tu lustrem, które odbija kondycję bohaterów. Jeśli ich życie jest w ruinie, to miasto również będzie zrujnowane, jeśli oni mają złą przeszłość, to miasto również, jeśli są niepewni swojej teraźniejszości, to miasto także będzie nieokreślone. Będą zamieszkiwać je pijacy, podłe postacie, złe kobiety i osoby z przetrąconymi kręgosłupami moralnymi, ponieważ główni bohaterowie zawsze są krok od upadku i żadne piękno ich nie uratuje.
Dawid Szkoła (ur. 1985) – doktor nauk humanistycznych, autor pracy doktorskiej o egzystencjalizmie w twórczości autorów pokolenia ’56. Prowadzi zajęcia w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Wydał książkę „Eseje”. Mieszka we Wrocławiu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















