Reklama

Mannowie

Mannowie

20.03.2006
Czyta się kilka minut
Nowa biografia Manna jest najobszerniejsza z dotychczas u nas wydanych. Zakrojona skromniej biografia jego żony kryje za to więcej tajemnic.
Tomasz i Katia z wnukami, Tonim i Fridem, 1948
I

Istnieje wiele typów biografii - nudnawe akademickie rozprawy, w których życie bohaterów rozprasza się we mgle nie zawsze interesujących szczegółów, i brukowe "biografie nieautoryzowane", usiłujące udowodnić, że wielcy tego świata - jeśli tylko pozbawić ich ubrania - są tacy sami jak przeciętni śmiertelnicy, a może nawet gorsi. Zdarzają się też hagiografie, białe i czarne mitologie.

Biografia powinna przypominać powieść, z tego tytułu, że obie mają ten sam prawzór - życie ludzkie. Powinno w niej być więc miejsce na pełnokrwistych bohaterów i gwałtowne zwroty akcji, na postaci pierwszo- i drugoplanowe oraz zupełnie pospolitych statystów, na wątki główne i poboczne, a także leitmotivy.

Biografia sprawiedliwa

Sytuacja komplikuje się nieco, gdy bohater biografi sam jest pisarzem. Ponieważ opowiedziane przez niego historie są zwykle znacznie ciekawsze niż jego życie, czytelnik, należący zazwyczaj do grona gorących zwolenników (albo zaciętych wrogów), poszukuje w niej raczej literatury niż życia, czy może raczej: literatury wcielonej w życie. Gdy zaś bohaterem jest w dodatku pisarz, który starał się ułożyć literacką opowieść z własnego życia, sytuacja osiąga najwyższy stopień dziwaczności i iście postmodernistycznego zwielokrotnienia odbić. Życie - literatura, literatura - życie, i tak dalej, prawie w nieskończoność...

Tak właśnie jest w przypadku portretu Tomasza Manna pióra Hermanna Kurzkego. Jaka to książka? Po pierwsze - najobszerniejsza z wydanych u nas biografii autora "Czarodziejskiej góry": łącznie z przypisami, bibliografią i indeksem liczy prawie 700 stron (jej polskie odpowiedniki, pochodzące na ogół z lat 70., nie mogą dziś uchodzić za pozycje reprezentatywne, już to z powodu znacznie skromniejszego zamysłu, już to z powodu autocenzury autorów, zarówno politycznej, jak i obyczajowej). Po drugie - jest to książka będąca efektem wieloletniej pracy i drobiazgowej analizy źródeł, również takich, do których nie mieli dostępu wcześniejsi biografowie pisarza. Po trzecie wreszcie - jest to pierwsza w języku polskim całkowicie bezpruderyjna książka o Mannie, obszernie traktująca zarówno o homoseksualnych wątkach w biografii pisarza, jak i tych jej momentach, które przeczą wizerunkowi Olimpijczyka z Lubeki, nieomylnego głosu Niemiec i dumnego pater familias, pieczołowicie budowanemu przez biografów, rodzinę i samego bohatera.

Kurzke, od wielu lat zajmujący się Mannem, zarówno jako wykładowca uniwersytecki, jak i edytor eseistyki pisarza, dysponował odpowiednim warsztatem, by podołać temu ogromnemu zadaniu. Jego książka jest próbą biografii sprawiedliwej, efektem poszukiwania złotego środka między pragnieniem oddania sprawiedliwości temu największemu może prozaikowi minionego wieku, a chęcią zmierzenia się z jego legendą. Bez ducha dociekliwości podjęcie tego zadania byłoby w ogóle pozbawione sensu. Bez szacunku dla Manna książka byłaby pozbawiona klasy.

Największą zaletą książki Kurzkego jest jej ton, w którym pobrzmiewa iście Mannowska ironia: połączenie czułości i bezwzględności, empatii i dystansu. Ta książka nie powstałaby bez miłości do Manna-pisarza. Kurzkemu nie towarzyszy chęć demitologizacji literatury za pośrednictwem skandalizujących szczegółów biograficznych, raczej przekonanie, że dopiero znajomość sposobu, w jaki życie zostaje przetworzone w literaturę, budzi najwyższy podziw. Mann podkreślał (w "Śmierci w Wenecji"): "jest rzeczą niewątpliwie dobrą, że świat zna tylko piękne dzieło, nie zaś jego pobudki, okoliczności jego powstania; gdyż znajomość źródeł, z których spłynął na artystę pomysł, wprawiłaby go w kłopot, odstraszyłaby go, i przez to unicestwiła działanie tego, co doskonałe". Kurzke każe nam podziwiać wirtuozerię, z którą "niepozorne życie zostało wyniesione do szlachetnej sztuki" - w przekonaniu, że znajomość źródeł może wzbudzać zrozumienie i współczucie.

Skrywanie i odkrywanie

No właśnie - literatura i życie. Książka Kurzkego nosi podtytuł "życie jako dzieło sztuki". Ta kluczowa relacja jest w tym przypadku relacją wieloznaczną, wielopoziomową i na niej - jak najsłuszniej - koncentruje się autor. Relacja ta dotyczy pragnienia bohatera, by własnemu życiu nadać zwartość i przejrzystość, a szczegółom biograficznym niemal symboliczne znaczenie. Dotyczy więc sposobu przeżywania życia, któremu odebrana zostaje przypadkowość i elementarna spontaniczność. Dotyczy stylizacji własnego życia (Goethe głównym, choć wcale nie jedynym wzorem), której Mann dał wyraz w niezliczonych wypowiedziach i fragmentach o charakterze biograficznym. Dotyczy literackiej transpozycji życia, gdyż Mann wyznawał zasadę, że lepiej "przychodzić na gotowe", niż zmyślać, a jego utwory, aż po najdrobniejsze szczegóły, mają swoje źródła w autentycznych zdarzeniach i postaciach, a ich głównym źródłem są obserwacja, historie zasłyszane, korespondencja, wreszcie dziennik (nieraz po kilkudziesięciu latach). Dotyczy skrywania szczegółów biograficznych w życiu i odkrywania ich w sztuce.

Śledząc homoseksualne wątki biografii pisarza, z punktu widzenia dzisiejszej obyczajowości mało bulwersujące - chodzi bowiem o homoerotyzm platoniczny, pielęgnowany raczej w wyobraźni niż realizujący się w życiu - Kurzke dostrzega w modernistycznym sposobie przeżywania homoseksualności jako rozdarcia prawzór wszystkich najważniejszych Mannowskich opozycji: między życiem i sztuką, niewinnością i grzechem, duchowością i cielesnością, mieszczaństwem i bohemą. Unikając pokusy interpretowania wszystkiego poprzez erotyczną ambiwalencję bohatera, przekonująco dowodzi, że literatura była dla Manna - który w życiu "postanowił nadać sobie konstytucję" i świadomie wybrał mieszczańską postać egzystencji - formą zastępczego przeżywania innych, bardziej katastroficznych wariantów własnego losu. Pokazuje zadziwiającą siłę, z jaką to, co stłumione, stało się zarazem twórcze i płodne, a to, co zakryte w życiu, zostało konsekwentnie odkryte w literaturze.

Stosując na szeroką (chwilami może zbyt szeroką) skalę klucz psychoanalityczny, pozostający zresztą w doskonałej zgodności z duchem twórczości Manna, autor "Życia jako dzieła sztuki" nie rezygnuje z zamiaru ujęcia całości życia swego bohatera. Godna podziwu jest wybrana przez niego forma. Stojącemu wobec ogromu materiału Kurzkemu udało się znaleźć złoty środek między narracją chronologiczną a tematyczną. W rezultacie idzie raczej w głąb, śledząc szczegółowo i fascynująco, w jaki sposób życie zamieniło się w literaturę, niż przesuwa się po powierzchni dat i nazwisk. Jednocześnie rzadko traci widok całości, prawie nigdy nie pozostawiając czytelnika zagubionym.

Służba, psy i tytoń

Książka została zbudowana z mnóstwa zazwyczaj krótkich, tematycznych rozdziałów, tworzących większe chronologiczne całości. W tej mozaice jest, oczywiście, miejsce na tematy kluczowe: życie rodzinne; kwestię zaangażowania Manna w wojenną propagandę w trakcie I wojny; "Rozważania człowieka apolitycznego" (potraktowane przez biografa bardziej jako idealny autoportret niż wyraz rzeczywistych poglądów zagubionego w tamtym czasie autora); stosunki z Henrykiem Mannem; stosunkowo późne, bo przypadające dopiero na 1936 rok, otwarte opowiedzenie się przeciwko Hitlerowi (to spóźnienie Kurzke w dużej mierze usprawiedliwia); sygnały niechęci ze zniszczonych przez bombardowanie Niemiec; stanowisko pisarza wobec zimnej wojny.

Ciekawie wypadają fragmenty poświęcone stosunkowi Manna do różnych zjawisk i sfer życia: służby (mocno autorytarny), palenia i psów (entuzjastyczny), alkoholu (wstrzemięźliwy). Fascynujące są kulisy wczesnych, mniej znanych utworów Manna: dramatu "Fiorenza" (opowiadającego o konflikcie Savonaroli z Lorenzem de Medici) czy opowiadania "Z rodu Wälsungów", stanowiącego w dużej mierze literacki portret rodziny Pringsheimów (czyli najbliższych żony autora), które wywołało rodzinny skandal. Kurzke analizuje też relacje Manna z innymi wybitnymi pisarzami niemieckimi (m.in. Brechtem i Jüngerem), jego stosunek do katolicyzmu i protestantyzmu, mocno gnostycki światopogląd. Wyliczać można bez końca.

Ciekawym problemem podjętym przez biografa jest stosunek Manna do żydostwa. Pisarzowi zarzucano nie tylko filosemityzm (faszystowska propaganda powoływała się zarówno na twórczość pisarza, z "Józefem i jego braćmi" na czele, jak i na fakt wżenienia się przez niego w zasymilowaną rodzinę żydowską), ale - już po jego śmierci i wydaniu korespondencji oraz dzienników - również antysemityzm. Kierując się dyrektywą starannego wczuwania się w kontekst bezpowrotnie minionej epoki, a nie przykładania do przeszłości miar współczesnych, Kurzke pokazuje, że pojedyncze (rzeczywiście bardzo nieliczne) antysemickie wypowiedzi Manna znaczyły co innego przed Holokaustem niż po nim i, powołując się przede wszystkim na zachowania swego bohatera, sprowadza argumenty jego oskarżycieli do absurdu, obnażając mielizny politycznej poprawności.

Gruntowna, obszerna biografia Manna stała się z konieczności opowieścią o ludziach kształtujących oblicze bezpowrotnie minionej epoki. Ta biografia została skonstruowana tak, że zawiera w sobie, potencjalnie, możliwość nieskończonego niemal rozrostu. Biografia żony pisarza, Katii, autorstwa Inge i Waltera Jensów ("Pani Tomaszowa Mann") jest zakrojona o wiele skromniej. Sam tytuł mówi wiele, sugerując paradoksalną próbę przedstawienia życia niesamodzielnego, zdominowanego przez służbę mężowi i jego twórczości.

Zasadnicza część tej biografii przynosi wiele interesujących szczegółów, jednak dla tych, którzy sięgnęli wcześniej po książkę Kurzkego, nie jest zaskoczeniem. Ciekawe, że w trakcie jej lektury ma się wrażenie obcowania z tajemnicą - na pewno w większym stopniu niż w przypadku portretu Manna, który powstał jako efekt radykalnego przenicowania jego biografii. Autorzy szukają klucza do osobowości bohaterki, jej wewnętrznej siły, ale tajemnica ciągle im się wymyka, a życiorys nie daje się łatwo otworzyć.

Pani Tomaszowa Mann

W biografii "Pani Tomaszowej Mann" najciekawsze są dwa rozdziały - przedstawiające jej życie w epoce przed i po Czarodzieju. Pierwszy jest opowieścią o dorastaniu w domu Pringsheimów, jednej z najświetniejszych rodzin monachijskich. Alfred Pringsheim był matematykiem, wysoko cenionym profesorem, Hedwig Pringsheim - córką pisarza Ernsta Dohma i bojowniczki o prawa kobiet Hedwig Schleh, w młodości aktorką. Ich dom stanowił ważne centrum życia kulturalnego, w którym pielęgnowano kult Ryszarda Wagnera.

Dla dzisiejszego czytelnika najbardziej uderzający jest obyczajowy i światopoglądowy liberalizm Pringsheimów, przejawiający się w ich zupełnie "współczesnym" (partnerskim, jednocześnie pełnym wyrozumiałości, a niekiedy pobłażania) podejściu do dzieci. Staranne, dogłębne wykształcenie otrzymało całe rodzeństwo Pringsheimów - nie tylko czterej chłopcy, ale również Katia, która, co w pierwszych latach XX wieku wciąż należało w Niemczech do wyjątków, po zdaniu matury rozpoczęła studia. Okazuje się więc, że z formalnego punktu widzenia Katia była lepiej wykształcona od przyszłego męża, który nie miał nawet matury...

Z kolei okres po śmierci męża (przeżyła go o całe 25 lat) to z jednej strony lata pracowitego wypełniania obowiązków wdowy, ale też lata coraz większej samotności - odchodzenia braci, kolejnych dzieci, przyjaciół, lata życia pośród cieni. Wciąż wiele wizyt, spotkań, ale bardzo mało bezinteresownej życzliwości. Jednym z niewielu jasnych punktów była wspólna podróż do Izraela z Klausem Pringsheimem, ukochanym bratem bliźniakiem, znanym dyrygentem, stanowiąca jakby ciąg dalszy wspólnej z mężem wyprawy z lat 30. (dokumentacja do "Józefa"!). Jej kulminację stanowiła wizyta w gaju tysiąca drzew zasadzonym na cześć Manna.

Tajemnica, do której usiłują się zbliżyć biografowie Katii Mann: jak to możliwe, że niezależna, inteligentna kobieta, przed którą otworem stała świetna kariera naukowa, stała się panią Tomaszową Mann, poświęcając się bez reszty dla męża? Rzadko się skarżyła, a nie było jej łatwo - dbała o stabilność jego chwiejnego nastroju, występowała w roli pani domu, sekretarki i pierwszej konsultantki, starała się zapewnić poczucie bezpieczeństwa dzieciom, zwłaszcza tym, do których Tomasz Mann odnosił się niechętnie, w trakcie II wojny pomagała dziesiątkom niemieckich emigrantów, przez całe życie bystro się rozglądała, nie przepuszczając żadnej okazji, by dostarczać mężowi interesujących obserwacji, materiału, który on wykorzystywał w swoich książkach, w końcu była niemym obserwatorem jego erotycznych fascynacji.

Musiała, oczywiście, kochać Tomasza Manna, on zaś był świadomy faktu, że "potrzebuje jej naprawdę, bo bez niej nie może pracować". Musiała czuć się wyróżniona przez los, choć z punktu widzenia czysto ludzkiego wątpliwe to było wyróżnienie: życie u boku wiecznie użalającego się nad sobą, rozkapryszonego dziecka. Ale musiała też mieć poczucie służby czemuś wyższemu, nienazwanemu, wykraczającemu poza doraźną sławę, zaszczyty, pieniądze (ich przecież również nie skąpiło jej życie).

To coś krystalizowało się w chwilach, gdy Mann czytał na głos fragmenty "Czarodziejskiej góry", "Józefa i jego braci", "Wybrańca". Wiedziała, że to usprawiedliwia bardzo wiele, i czuła się dumna, że powstaje, w niemałej w końcu mierze, również za jej sprawą. Na pytanie: "czy było warto", odpowiedziałaby więc z pewnością tak jak my. Było warto.

PS: Wydawnictwu Twój Styl należą się wyrazy uznania za serię BIOgrafie, w której ukazały się obie zrecenzowane wyżej książki. Jej początkowo nieco rozwichrzony profil (Cesaria Evora i Gucci obok Maryny Cwietajewej i Hemingwaya) ostatnio jakby się wykrystalizował. W ten sposób powstała najlepsza w Polsce seria portretów ludzi literatury (nie tylko pisarzy, ale także ich najbliższych). Najlepsza dlatego, że bezkonkurencyjna. Ale także dlatego, że nie schodząca poniżej tzw. pewnego poziomu, a czasem znacznie go przewyższająca (legendarna książka Ernsta Pawla o Kafce sprzed dwu lat była samodzielnym osiągnięciem literackim, no, ale takie książki nie zdarzają się co dzień).

Na koniec jednak się przyczepię. Pomijam już liczne literówki, obnażające niedostatki korekty. Pomijam istotną pomyłkę we fragmencie dotyczącym Michaela Manna, który zmarł 1 stycznia 1977 roku, a nie 20 lat później, jak podaje polskie tłumaczenie. Bardziej dotkliwy w przypadku biografii Tomasza Manna jest brak polskiej sekcji w części bibliograficznej. Rozumiem, że kompletna bibliografia, dotycząca przekładów dzieł i opracowań, jak i licznych prac w języku polskim, byłaby może zadaniem ponad siły wydawcy, przydałyby się jednak choć dwie stronice jakiegoś wyboru reprezentatywnego. I jeszcze jedno - wprowadzone niedawno nowe opracowanie graficzne serii dowodzi, że gorszy - dużo gorszy - pieniądz wypiera lepszy.


Hermann Kurzke, "Tomasz Mann. Życie jako dzieło sztuki". Przeł. Ewa Kowynia, Warszawa 2005, Wydawnictwo Twój Styl; Inge i Walter Jens, "Pani Tomaszowa Mann". Przeł. Ewa Kowynia, Warszawa 2006, Wydawnictwo Twój Styl.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]