Reklama

Starsza pani znika

Starsza pani znika

02.07.2008
Czyta się kilka minut
W małej powieści Hansa Magnusa Enzensbergera wszystko zaczyna się od przypadku (przypadek, powiada autor, "jest wymówką tych, którzy mają kłopot z podaniem przyczyn").
"Józefina i ja" - okładka
P

Pan Chimko, ekonomista po trzydziestce, ceniony pracownik instytutu badawczego, pomaga na ulicy starszej pani, napadniętej przez rabusia na skuterze. Skradziona torebka wkrótce wraca do rąk właścicielki, która bynajmniej nie jest skora do wylewnego okazywania wdzięczności. Zamiast rozpływać się nad bohaterstwem Chimki, rzuca od niechcenia zaproszenie na herbatę.

W ten sposób wraz z bohaterem wkraczamy do domu pani Józefiny, w którym czas zatrzymał się dobre kilka dekad wcześniej. Biedermeierowska jadalnia, fortepian i porozkładane wszędzie książki, dużo książek. Przestronne pokoje oświetlane czterdziestowatowymi żarówkami "tlącymi się jak kaganek". Kto może mieszkać w tych wnętrzach? Chimko, wsłuchując się w głos Józefiny, "prawie męski, lekko schrypnięty alt", bez pudła odgaduje w niej sławną (niegdyś) śpiewaczkę.

Leni? Marlena?

Początkowo dostrzegamy w Józefinie jedynie niegroźną ekscentryczkę, której dystans do współczesności ma wymiar przede wszystkim kulturowy. Józefina nie znosi nowoczesnych wynalazków (a za taki uznaje nawet telefon), z dystansem przygląda się nawykom i fascynacjom człowieka masowego. Cały jej styl życia jest manifestacją niechęci do nowoczesnych, barbarzyńskich gustów - do "tak zwanych designerów, z których żaden nie miał w garści nożyc czy szydła" i "ludzi, którzy spacerują z nazwą fabryki na ubraniu - jak chodzące słupy ogłoszeniowe".

Bohaterka jest więc archetypiczną zapomnianą diwą - kimś w rodzaju Grety Garbo albo Marleny Dietrich u kresu swych dni. Zgorzkniałą, wspominającą lata świetności, trzech mężów i zastępy kochanków. Ukrywającą przed światem wstydliwe hobby - fascynację futbolem.

W książce Enzensbegera jest jednak trochę jak w starej komedii, w której niegroźna "starsza pani" stopniowo zrzuca łatwą do zlekceważenia maskę ekscentryczki, by ukazać twarz osoby silnej, zdeterminowanej, a nawet na swój sposób groźnej. Wraz z Chimką uświadamiamy sobie, że rozkwit jej kariery - przerwanej przez nagłe załamanie nerwowe - przypadł na czasy Hitlera. A więc bardziej Leni niż Marlena? - zastanawiamy się przez chwilę. Ale i to podejrzenie okazuje się nietrafne, o czym świadczy postać "tej trzeciej", służącej, Żydówki ze Śląska, której Józefina ocaliła w czasie wojny życie. Postać Józefiny krystalizuje się w końcu dla nas jako ucieleśnienie nieprzejednanej konserwatystki.

Pojedynek

"Sprawiedliwość? Piękna idea. Tyle że urąga wszelkiej empirii". "Oryginalność ma krótkie nogi. To wymysł osiemnastego wieku, o zgubnych skutkach, zwłaszcza dla sztuki" - to tylko kilka z jej tyrad. Józefina jest przekonana, że wszystkie wielkie projekty naprawy świata są z góry skazane na porażkę, a to z uwagi na nieuleczalną ułomność ludzkiej natury. "Sen to jedyny stan, w którym człowiek jest niewinny", mogłoby brzmieć jej credo.

Trudno o postać bardziej odmienną niż Chimko - lewicujący inteligent, ulegający wszystkim możliwym złudzeniom politycznej poprawności, z nadzieją patrzący na nadejście nowej politycznej ery, zjednoczenie Niemiec i rozpad ZSRR, z niechęcią - na mocarstwową politykę USA, której dowodem ma być trwająca właśnie wojna w Zatoce Perskiej. Z Józefiną łączy go jedynie burzliwe życie uczuciowe - w czasie, w którym toczy się akcja powieści, pociesza się romansem po rozwodzie z żoną (z epilogu dowiadujemy się, że i ten dobrze zapowiadający się związek okazał się nietrwały).

W dialog Chimki i Józefiny jest oczywiście wpisany dialog Enzensbergera z sobą samym, gniewnym poetą podejmującym ostrą polemiką z niemiecką historią i współczesnością, sympatykiem młodzieżowej rewolty 1968 roku. Pod względem artystycznym absolutnie młodzieńcza - wciągająca, błyskotliwa, zabawna, pełna tajemnych aluzji; pod względem duchowym starcza - tak można najkrócej podsumować tę powieść, w której autor zdaje się ulegać urokowi stworzonej przez siebie bohaterki. Dystans, ironia, sceptycyzm, cyniczna prowokacja tym razem okazują się bardziej wiarygodne od zaangażowania.

Powieściowy sukces poety

Nieczęsto zdarza się, by poeta osiągał tak ewidentny sukces w powieści. Enzensberger korzysta wprawdzie z "bezpiecznej" formy dziennika pana Chimki, która w tym przypadku okazuje się zaskakująco świeża i pojemna. Czytając zapisy rozmów bohatera i Józefiny, ma się wrażenie przysłuchiwania błyskotliwej rozmowie dwu diabelnie inteligentnych osób, które ani na moment nie tracą świadomości, że ich dialog jest nie tylko sporem na wiele zasadniczych tematów (od zaangażowania artystów w hitleryzm, poprzez upadek komunizmu i wojnę w Zatoce Perskiej po malarstwo Yvesa Kleina), ale przede wszystkim rodzajem gry, sofistycznego ćwiczenia. Satysfakcja z pokonania przeciwnika jest tu ważniejsza od dotarcia do prawdy, a pełen furii atak nie wyklucza nieoczekiwanego zawieszenia broni.

Pod koniec powieści wiele się wyjaśnia, ale powieść wcale nie zostaje domknięta, uderzając jednocześnie w kilka, zaskakująco odmiennych tonów. W tym zakończeniu jest sporo autorskiej autoironii, ale i metafizycznej zadumy, wynoszącej powieść Enzensbergera znacznie ponad poziom literackiej biżuterii.

Fryda, "ta trzecia", odchodzi, spakowawszy cały swój dobytek w szeleszczące torby z nylonu, "jakie często spotyka się na Wschodzie lub na Bałkanach". Służąca Józefiny nie brała udziału w niekończących się dialogach Chimki i swej pani. Należy do tej części ludzkości - niemej i sponiewieranej - o której zapominają często nawet ci, którzy oficjalnie występują w jej imieniu.

W końcu Fryda znika, tak jak zniknęła jej pani. Obydwie nie pozostawiają po sobie dosłownie żadnego śladu, tak że Chimko ma prawo się zastanawiać, czy w ogóle istniały. Przeszłość oddala się, niemożliwa do opowiedzenia i zinterpretowania. Jest jak ściana w piwnicy Frydy, pokryta zagadkowymi zdjęciami i pocztówkami z odległych czasów. Pole zostaje oczyszczone - dla nowych nadziei i złudzeń.

Hans Magnus Enzensberger, Józefina i ja, przeł. Andrzej Kopacki, Kraków 2008, Wydawnictwo Literackie.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]