Dobrze wiemy, że ludzie są zdolni zarówno do altruizmu, jak i okropnych zbrodni; potrafią oddać swoje życie za innych, ale też cudze życie brutalnie odebrać. Co odpowiada za tę mroczną i tę jasną stronę naszej natury? I czego jest w nas więcej: skłonności do dobra czy do zła?
Pytania filozoficzne, takie jak te, mają to do siebie, że trudno na nie odpowiedzieć, nawet jeśli współczesna nauka rzuca światło na zagadnienia, których one dotykają. Dzieje się tak, ponieważ pojęcia pojawiające się w debatach filozoficznych, zwłaszcza tych o długiej tradycji, nie przekładają się zbyt dobrze na eksperymentalne procedury będące rdzeniem współczesnej nauki.
Rousseau, Hobbes i Huxley: odmienne wizje natury człowieka
W nowożytnej filozofii debata nad pochodzeniem dobra i zła oraz moralną kondycją ludzkości skoncentrowała się na „stanie natury” – okresie naszego rozwoju, który poprzedzał powstanie cywilizacji opartych na rolnictwie. Rozważania te inspirowane były przez spotkania Europejczyków z populacjami łowców-zbieraczy z Nowego Świata, których wiele miało miejsce w epoce odkryć geograficznych i kolonializmu. Żyjący w XVIII w. Jan Jakub Rousseau stan natury utożsamiał z poczuciem pierwotnej, beztroskiej szczęśliwości, związanej z życiem z dnia na dzień na łonie natury, nieskażonym chciwością czy żądzą zdobycia władzy. Romantyczne wyobrażenia o sielankowej egzystencji łowców-zbieraczy zrodziły mit „szlachetnego dzikusa” – człowieka rodem z biblijnego ogrodu Eden, żyjącego w harmonii z przyrodą i innymi ludźmi.
Nie wszyscy propagowali tę samą wizję stanu natury – żyjący wiek przed Rousseau Tomasz Hobbes wyobrażał go sobie jako stan wojny każdego z każdym, której kres położyło dopiero uświadomienie sobie przez ludzi, że mogą znacznie więcej osiągnąć, jeśli powstrzymają się od wszechobecnej przemocy.
Gdy Karol Darwin ogłosił teorię ewolucji, debata nad pochodzeniem skłonności do dobra i zła u ludzi wpisała się w szerszą dyskusję nad miejscem i rolą rywalizacji oraz współpracy w przyrodzie. Jej najważniejszymi uczestnikami byli Piotr Kropotkin i Thomas Huxley. Pierwszy zachwycał się zjawiskiem „pomocy wzajemnej” (altruizmu i kooperacji, jak powiedzielibyśmy dzisiaj) i uważał, że to leżące u jej podstaw instynkty prospołeczne są tym, co umożliwia intelektualny rozwój gatunków – także naszego. Zwierzęta żyjące samotniczo, unikające towarzystwa i kontaktów społecznych, stawiające na rywalizację, a nie współpracę, zajmują niższe szczeble drabiny rozwoju. To świadczy o tym, że prospołeczne instynkty, które można uznać za podstawę zachowań moralnych, są głęboko zakorzenione w naszej ewolucyjnej historii.
Huxley z kolei pisał o nieustannej „walce o byt” toczonej przez każdy organizm i przekonywał, że nasza natura przypomina ogród, w którym plenią się rozmaite chwasty egoizmu, agresji czy chciwości – i trzeba niemałego wysiłku ogrodnika, by te chwasty wykorzenić. Na szczęście mamy odpowiednie narzędzia dostarczane przez kulturę, które pozwalają ten ogród utrzymać w jako takim stanie – wychowanie do życia w społeczeństwie i zasady moralne wpajane nam od najmłodszych lat.
Pochodzenie złych i dobrych skłonności
W swoich rozważaniach nad stanem natury zarówno wspomniani filozofowie polityczni – Hobbes i Rousseau – jak i biolodzy ewolucyjni – Huxley i Kropotkin – snuli przede wszystkim wyobrażenia na temat historycznego rozwoju ludzkich społeczności. Co ciekawe, z tej czwórki jedynie Kropotkin zauważył, że także przed nastaniem cywilizacji rolniczej ludzie żyli w grupach społecznych, a nie pojedynczo (swój słynny opis życia człowieka w stanie natury Hobbes rozpoczął od słowa „samotne” – po nim pojawiają się określenia „biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie”).
Kropotkin słusznie przekonywał, że za jego poglądem przemawiają dowody archeologiczne – np. narzędzia kamienne odnajdywane są zawsze w dużych skupiskach. Można się więc domyślać, że także dawniej łowcy-zbieracze żyli w grupach i że kierowali się jakimś kodeksem postępowania akceptowanego w danej społeczności oraz okazywali życzliwość przynajmniej wobec członków swojej grupy (inaczej by się ona rozpadła) – wbrew temu, co wyobrażał sobie Hobbes. Warto jednak zauważyć, że na kwestię pochodzenia naszych złych i dobrych skłonności można spojrzeć jeszcze z innej strony – rozwoju osobniczego.
Możemy bowiem postawić sprawę w taki sposób: czy rodzimy się z zestawem cech, które czynią z nas małych aniołków, skłonnych pomagać innym – i dopiero później, gdy dorastamy, coś się w nas psuje? Czy może przychodzimy na świat jako mali egoiści, ale rodzice i społeczeństwo uczą nas poskramiać swoje zgubne żądze?
Dodajmy, że debata nad pochodzeniem naszych skłonności do zachowań moralnie chwalebnych i nagannych (zakorzenionych w instynktach rywalizacji i współpracy, wpojonych nam przez ewolucję) ma także wymiar teologiczny. Grzech pierworodny, upadek ludzkości, wizja raju jako miejsca pozbawionego współzawodnictwa i przemocy, konieczność odkupienia czy wyzwolenia się z grzesznych uwarunkowań ciała – dotykamy tu kwestii, które są fundamentalne dla różnych religii.
Pewnie dlatego eksperyment Kiley Hamlin, Karen Wynn i Paula Blooma opisany w 2007 r. w „Nature” wzbudził tak wielkie zainteresowanie innych badaczy, filozofów i publicystów – wydawało się, że autorzy znaleźli sposób na to, by zbliżyć się do odpowiedzi na pytanie o to, ku czemu bardziej skłania nas natura: dobru czy złu. I była to odpowiedź, która mogła się nam podobać.
Badania z figurkami: jak niemowlęta reagują na różne zachowania
W badaniach uczestniczyło 28 niemowląt w wieku 6 oraz 10 miesięcy. W laboratorium, trzymane na kolanach przez swoje matki, oglądały animację, na której jedna postać (czerwona kulka z oczami) kilkakrotnie próbowała wdrapać się na wzniesienie, ale nie była w stanie tego zrobić. Następnie pojawiała się inna postać – żółty trójkąt lub niebieski kwadrat (każdy z animowanymi oczami) – która albo pomagała kulce dostać się na wzniesienie, albo jej w tym przeszkadzała. Niektórym dzieciom wyświetlono także scenę, w której pojawiała się postać neutralna – przesuwała się w górę wzniesienia lub w dół, ale nie wchodziła z nikim w interakcje.
Następnie dzieciom prezentowano jeden z trzech zestawów par figurek: postać pomagającą i przeszkadzającą; postać pomagającą i neutralną; lub postać przeszkadzającą i neutralną. Badacze obserwowali, po którą z tych figurek dzieci sięgną, co miało być wyrazem ich preferencji. Ogromna większość dzieci wybierała postaci pomagające, a nie przeszkadzające lub neutralne. Gdy miały do wyboru neutralną lub przeszkadzającą, sięgały po neutralną.
Badacze sprawdzali też reakcję niemowląt na kolejną scenę, w której to postać próbująca wspiąć się na górkę (czerwona kulka) wybiera, do kogo podejdzie: postaci przeszkadzającej czy tej pomagającej. Niemowlęta okazywały zaskoczenie, gdy czerwona kulka zbliżała się do postaci przeszkadzającej, a nie pomagającej – miarą tego zaskoczenia było dłuższe obserwowanie całej sceny (z innych badań wiadomo, że dzieci szybciej nudzą się oglądaniem tego, co jest zgodne z ich wiedzą lub przewidywaniami).
Autorzy badań zinterpretowali ten interesujący wynik ostrożnie. Nie napisali, że skoro kilkumiesięczne dzieci (niezdolne jeszcze do językowej komunikacji, a więc umiarkowanie wystawione na nasze pouczenia) preferują postaci pomagające, życzliwe czy prospołeczne od tych, które przeszkadzają lub szkodzą innym, to powinniśmy uznać, że wielka debata filozofii została rozwiązana – mamy wrodzone skłonności do czynienia dobra. Zauważyli tylko, że wyniki wspierają pogląd, zgodnie z którym biologiczną adaptacją (a więc czymś wrodzonym) jest sama nasza zdolność do oceniania zachowania innych osób jako społecznie pozytywnego lub negatywnego.
A to jeszcze nie rozstrzyga o tym, co wpływa na to, że niemowlęta oceniają zachowania prospołeczne pozytywnie, a antyspołeczne – negatywnie. Preferencja do zachowań prospołecznych mogłaby być wrodzona, ale także mogłaby wynikać z bardzo wczesnych doświadczeń dzieci. Na przykład z obserwacji, że ludzie w ich otoczeniu na ogół okazują sobie życzliwość.
Niemniej, trzy lata później ten sam zespół badaczy wykazał w podobnie skonstruowanym eksperymencie, że już trzymiesięczne niemowlęta wykazują awersję do zachowań antyspołecznych. Tak wczesne pojawienie się w rozwoju takiej preferencji silnie sugeruje, że ma ona jednak charakter wrodzony.
Kłopotliwe preferencje niemowląt
Oba wspomniane badania przeprowadzone przez Hamlin, Wynn i Blooma przywołane zostały w trzech tysiącach kolejnych publikacji naukowych – raportów z dalszych badań (wśród nich były np. takie, które pokazały, że niemowlęta wolą wchodzić w interakcje z postaciami życzliwymi, nawet jeśli czeka je za to mniejsza nagroda niż za wejście w interakcje z postaciami nieżyczliwymi), ale także i rozpraw filozoficznych dotyczących ewolucji moralności.
Autorzy tych rozpraw tak chętnie ogłaszali triumf poglądów Rousseau nad tymi Hobbesa, że… Wynn, Bloom i współpracownicy postanowili zareagować. W artykule zatytułowanym „Not Noble Savages After All: Limits to Early Altruism” („A jednak nie szlachetny dzikus: ograniczenia wczesnego altruizmu”) z 2018 r. przekonywali, że choć dziecięcy altruizm i preferencje prospołeczne pojawiają się bardzo wcześnie w rozwoju (co sugeruje ich wrodzony charakter), to jednak są one dość selektywne. Dzieci wyraźnie preferują osoby, które były dla nich miłe, takim też chętniej same pomagają. Wolą ludzi, których znają, od obcych. Preferują też tych, którzy mówią ich rodzimym językiem albo przynależą do rasy, której przedstawicieli najczęściej spotykają. I co chyba najbardziej zaskakujące – niemowlęta są całkiem szczęśliwe, gdy widzą, że postać, która ma preferencje odmienne od nich samych (np. pokazuje, że lubi inne kolory), jest traktowana przez kolejną postać nieprzyjaźnie.
Ktoś mógłby powiedzieć, że takie stronnicze preferencje są jednak jakimś przejawem moralności – nawet jeśli nie jest to do końca moralność, której oczekiwalibyśmy od świętych. Rousseau i tak mylił się więc mniej niż Hobbes.
Jedno z ciekawszych pytań wyłaniających się z tych badań dotyczy tego, dlaczego w ogóle niektóre dzieci wybierają postaci antyspołeczne. Podczas wykładu w ramach Copernicus Festival w 2017 r. w Krakowie Karen Wynn mówiła, że niektóre dzieci przejawiają stabilną preferencję do postaci antyspołecznych. Skąd taka preferencja się bierze? Z wczesnych doświadczeń? Jest wrodzona? I, co pewnie najważniejsze, czy takie dzieci wyrosną w przyszłości na psychopatów?
Na czym polega kryzys replikacyjny w badaniach
Na te pytania nie udało się jeszcze odpowiedzieć, ale pojawiły się nowe dane, które mogą wpłynąć na całą debatę nad kształtowaniem się preferencji społecznych u niemowląt – a przez to także na debatę nad pochodzeniem moralności. Kilka miesięcy temu ukazał się raport z ogromnego badania przeprowadzonego przez Kelsey Luccę i współpracowników z 37 laboratoriów naukowych zlokalizowanych na pięciu kontynentach, w którym wzięło udział ponad tysiąc niemowląt. Celem tego przedsięwzięcia było odtworzenie oryginalnego badania Hamlin, Wynn i Blooma z 2007 r. na wielokrotnie większej populacji, wśród dzieci pochodzących z różnych kultur. W nauce określa się to mianem replikacji – udana replikacja badań (uzyskanie tych samych wyników przy zastosowaniu tej samej procedury) wzmacnia nasze przekonanie, że dane zjawisko występuje w rzeczywistości.
I choć wcześniej wiele podobnych, lecz mniejszych eksperymentów również wskazywało na pojawiającą się u niemowląt preferencję do zachowań prospołecznych, to w tych największych badaniach ta preferencja się nie ujawniła. Okazało się, że niemal dokładnie połowa dzieci wybiera postać antyspołeczną, druga połowa – prospołeczną. Taki wynik oznacza, że dzieci sięgają po przypadkowe postaci – a więc o żadnej preferencji nie może być mowy.
Dr Michał Misiak z Uniwersytetu Wrocławskiego, który współorganizował badania, w rozmowie z „Tygodnikiem” przyznaje, że skłania się ku takiej interpretacji nowych wyników.
– Część badań psychologicznych po prostu się nie replikuje. Szczególnie dotkliwie odczuwamy to w psychologii społecznej. Choć nie twierdzę, że to konkretne badanie dowodzi, iż małe dzieci w ogóle nie potrafią odróżniać postaci prospołecznych od antyspołecznych, uważam, że konieczne jest zwiększenie skrupulatności metod stosowanych do badania tego zjawiska – mówi dr Misiak.
Prof. Mateusz Hohol z Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych UJ, który naukowo zajmuje się m.in. replikacją badań w psychologii i znany jest także z tych łamów, podkreśla, że zjawisko nieudanych replikacji jest powszechne.
– Obecny kryzys replikacyjny w psychologii wybuchł kilkanaście lat temu. 270 badaczy zrzeszonych w inicjatywie Open Science Collaboration opublikowało w 2015 r. na łamach „Science” raport, zgodnie z którym na 100 badań udało się uzyskać wyniki zbieżne z oryginałem w mniej niż 40 proc. Spośród subdyscyplin psychologii najgorzej było z powtórzeniem wyników z zakresu psychologii społecznej – mówi prof. Hohol. – Kryzys nie jest jednak jedynie wyzwaniem dla psychologii, ale szansą na głębszy namysł zarówno nad teoriami, jak i „kuchnią” badawczą – tym jak przeprowadza się eksperymenty, wykonuje się analizy statystyczne i raportuje ich wyniki. Ujawnienie słabości dyscypliny uwidoczniło zarazem wbudowane w nią mechanizmy samonaprawy – dodaje.
Na czym polegają pozytywne zmiany w praktykach badawczych?
– Badacze zaczęli upubliczniać informacje o tym, na czym będzie polegał eksperyment, jakie mają hipotezy i jak analizowane będą dane, na długo przed wejściem do laboratorium. Coraz powszechniejsze staje się dzielenie zebranymi danymi. Poprawiono standardy raportowania wyników analiz. Wreszcie, szczególnie istotne badania powtarzane są w skoordynowanych, wielozespołowych eksperymentach – tłumaczy prof. Hohol.
Nieudana replikacja badań naukowych może być zatem spowodowana tym, że przed laty praktyki badawcze były mniej rygorystyczne – i w danych zebranych na małych grupach badanych naukowcy dostrzegali wzorce, które nie występują w większej populacji. Przyczyny nieudanej replikacji równie dobrze mogą leżeć także gdzie indziej – możliwe, że zmieniła się rzeczywistość i w nowych warunkach dany efekt nie występuje lub nie da się go w ten sam sposób zidentyfikować.
Co mogło wpłynąć na zachowania dzieci: nowa hipoteza
Intrygującą hipotezę postawiła w tym kontekście prof. Kiley Hamlin – główna autorka zarówno badań z 2007 r., jak i uczestniczka najnowszej replikacji. Zapytałem ją o to, czy sądzi, że prospołeczne preferencje u niemowląt nie są jednak zjawiskiem powszechnym, jak wydawało się na podstawie badań z 2007 r., czy może w ciągu ostatnich dwóch dekad doszło do zmiany społecznej, która wpłynęła na niemowlęta i osłabiła ich wrażliwość na pro- i antyspołeczne zachowania (pierwsze, co przyszło mi do głowy, to zwiększenie kontaktu niemowląt z urządzeniami elektronicznymi). Prof. Hamlin uważa, że odpowiedzialność może spadać na… pandemię covidu. Nie miałaby ona jednak wpłynąć na preferencje dzieci, tylko na ich zdolność do jej ujawnienia w eksperymentach.
– Zauważyliśmy wraz z kolegami z innych zespołów, że wiele replikacji klasycznych eksperymentów wykonanych przed pandemią się nie udaje, gdy dzieci biorą w nich udział w laboratoriach – tłumaczy prof. Hamlin. – Prowadzimy także badania online, które dają dokładnie takie wyniki, jak badania przed pandemią. Uczestniczące w eksperymentach z domu niemowlęta wykazują prospołeczne preferencje i są skłonne pomagać innym. Jednak w laboratoriach obserwujemy gwałtowny spadek tych preferencji albo ich całkowity zanik – dodaje badaczka.
Zespół prof. Hamlin prowadzi długotrwałe badania nad tą samą populacją dzieci, więc będzie można zweryfikować, czy u tych, które doświadczyły pandemii i lockdownu, zmienią się wzorce rozwoju społecznego lub moralnego. Jednak pozostaje pytanie, dlaczego zmiana miałaby dotknąć dzieci, których w czasie pandemii jeszcze nie było na świecie.
– Nasza hipoteza głosi, że laboratorium jest dla niemowląt urodzonych po pandemii zbyt stresujące. Prawdopodobnie dlatego – co pokazują pewne dane – że obecnie niemowlęta mają rzadziej okazję spotykać nowe osoby i przebywać w nowym otoczeniu. Rodzice rzadziej zabierają je na zakupy czy bawią się z nimi na zewnątrz. Rzadziej mają okazję się przekonać, że obcy ludzie zwykle nie są kimś strasznym. Więc gdy przyjdą do laboratorium, to wszystko je rozprasza. Nie wiemy, czy ta hipoteza jest prawdziwa, ale wraz z badaczami z innych krajów, którzy mieli podobne obserwacje, pracujemy nad tym, by ją przetestować – mówi prof. Hamlin.
Badaczka przyznaje też, że jej zdaniem jeśli w przyszłości rodzice znowu zaczną częściej pokazywać niemowlętom obcych ludzi i miejsca, to replikacje eksperymentów laboratoryjnych zaczną się udawać. Jeśli ta hipoteza zostanie udowodniona, to potwierdzi się przynajmniej, że są na świecie rzeczy, o których nie śniło się nawet najczęściej cytowanym filozofom.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















